Cud Wisły, cud synergii

W sierpniu 1920 r. wygraliśmy nieprzypadkowo. Był to nieczęsty w naszych dziejach najnowszych moment, gdy każde pojedyncze działanie wzmacniało wspólny wysiłek.

Reklama

Cud Wisły, cud synergii

Cud Wisły, cud synergii

10.08.2020
Czyta się kilka minut
W sierpniu 1920 r. wygraliśmy nieprzypadkowo. Był to nieczęsty w naszych dziejach najnowszych moment, gdy każde pojedyncze działanie wzmacniało wspólny wysiłek.
Ładowanie nabojów do taśmy karabinu maszynowego, Nasielsk, lato 1920 r. Kontratakujące siły polskie stoczyły w dniach 14-16 sierpnia bitwę o to miasto, położone 50 km na północ od Warszawy. / FOTOGRAF NIEZNANY / WOJSKOWE BIURO HISTORYCZNE
Ładowanie nabojów do taśmy karabinu maszynowego, Nasielsk, lato 1920 r. Kontratakujące siły polskie stoczyły w dniach 14-16 sierpnia bitwę o to miasto, położone 50 km na północ od Warszawy. / FOTOGRAF NIEZNANY / WOJSKOWE BIURO HISTORYCZNE
1

14 sierpnia 1920 r. w warszawskim dzienniku „Rzecz­pospolita” ukazał się artykuł Stanisława Strońskiego, publicysty i polityka związanego z ruchem narodowym. Stroński apelował o powszechną modlitwę – o „ziszczenie się cudu Wisły”. Dzień wcześniej wojska bolszewickie zdobyły podwarszawski Radzymin. Odrodzona dwa lata wcześniej Polska stała w tych dniach nad przepaścią. Wydawało się, że trzeba cudu, by odwrócić los wojny.

Następnego dnia, 15 sierpnia, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, z archikatedry warszawskiej wyszła wielka procesja: błagająca o cud właśnie, o zwycięstwo. Kilka godzin wcześniej odbiliśmy Radzymin.

Ani Stroński, ani uczestnicy procesji nie mogli wiedzieć, że przełom już się dokonuje: 12 sierpnia do Skierniewic dotarł węgierski „pociąg życia” transportujący miliony nabojów, na Lubelszczyźnie trwała koncentracja grupy operacyjnej, która za chwilę uderzy na lewe skrzydło i tyły bolszewików, a dzięki kryptologom polski Sztab Generalny czytał bolszewicką korespondencję radiową.

Przedmoście warszawskie było w tych dniach „kowadłem”: miało wytrzymać – w ciężkich bojach obronnych – uderzenia bolszewickiego „młota”, nie dopuścić wroga na Pragę, a przy tym związać go walką, uniemożliwić manewr. Dzięki temu mógł skutecznie uderzyć podwójny polski „młot”: ten mniejszy z Modlina (armia Sikorskiego) i ten główny zza rzeki Wieprz (armia Piłsudskiego).

Cztery dni po artykule Strońskiego cud, o który wołał, już się ziścił: pobici bolszewicy cofali się w nieładzie, często w panice. Nie był to jeszcze koniec wojny, ale widmo klęski zostało oddalone.

Sierpniowa synergia

Co to jest cud? Można ograniczać znaczenie tego słowa do bezpośredniej ingerencji Boga w rzeczywistość doczesną (jak w procesach kanonizacyjnych), można też przyjąć szersze znaczenie: wydarzenie nagłe, niezrozumiałe w kategoriach potocznego myślenia, a pozytywne (korzystne dla oceniającego). Zwłaszcza – wydarzenie przełomowe.

Skoro tak, można mówić o „cudzie Wisły” (wolę to określenie od utartego później „cudu nad Wisłą”). Ale to nie znaczy, że zwrot w wojnie polsko-bolszewickiej, który nastąpił w dniach 14-18 sierpnia 1920 r., był cudem w rozumieniu religijnym, że można mówić (a taka była intencja propagujących ten termin od razu po wojnie): „cud, a nie wódz”. Wódz był jednym z elementów tego zwrotu, tego cudu.

Coś się stało w tych krytycznych dniach: oto nagle wszystko zaczęło się składać.

Żołnierz, zdemoralizowany tygodniami odwrotu, przyparty do Wisły, rozumiejący groźbę ostatecznej klęski, odzyskał ducha. Większość społeczeństwa zrozumiała powagę sytuacji i wsparła wojsko, nie tylko stając w szeregach Armii Ochotniczej, ale też – karmiąc i obuwając frontowców. Włościanie, dotąd niechętni nowemu państwu, odpowiedzieli na apel Wincentego Witosa, stając się – jak za Kościuszki – tymi, którzy „żywią i bronią”. Zamysł Naczelnego Wodza został sprawnie i kompetentnie rozpisany przez sztaby na tysiące szczegółowych rozkazów. Szyfranci nie popełnili błędów. Kurierzy dotarli do jednostek na czas. Eszelony węgierskiej amunicji, bez której Wojsko Polskie za kilka dni utraciłoby zdolność prowadzenia walki, zdążyły. Kolejarze, rusznikarze, szewcy, piekarze i wozacy – każdy zrobił swoje najlepiej, jak umiał.

„Dostali nowe czapki”: brzmi lapidarny opis tego zdjęcia, wykonanego na froncie wojny polsko-bolszewickiej. Widać na nim, jak różnymi mundurami posługiwało się Wojsko Polskie: kawalerzyści mają przerobione kurtki dawnych armii zaborczych, tzw. ułanki (zaprojektowane w 1917 r. dla Polskiej Siły Zbrojnej), kurtkę brytyjską oraz czapki tzw. typu angielskiego, zapewne zakupione z brytyjskiego demobilu. / WOJSKOWE BIURO HISTORYCZNE


Wreszcie podstawa wszystkiego: żołnierze i oficerowie, zmordowani, często głodni, raz jeszcze wykazali uparte męstwo: maszerowali i walczyli, walczyli i maszerowali (lub, jeśli taki był rozkaz, trwali w okopach, odpierając kolejne ataki wroga), często w rozpadających się butach lub zgoła boso. I wywalczyli, wymaszerowali zwycięstwo.

Był to nieczęsty w naszych dziejach najnowszych przykład synergii: każde działanie przyczyniało się do realizacji zamierzonego celu, wzmacniało wspólny wysiłek. Jak pisał sto lat wcześniej Kazimierz Brodziński: „czyń każdy w swoim kółku, co każe Duch Boży, a całość sama się złoży”. No, niezupełnie sama.

Aby było czym walczyć

Skupieni na wysiłku zbrojnym często zapominamy, że wymagał on stałego wsparcia. Zaopatrzenia. Polska była biedna, wyniszczona sześcioma latami wojen (tej światowej i tych kolejnych, po 1918 r.). Nie miała na swym terytorium ani jednego zakładu produkującego amunicję karabinową. Potrzebowaliśmy stałych dostaw amunicji, broni (która przecież zużywała się i psuła), żywności dla ludzi i furażu dla koni.

Mieliśmy sprzymierzeńca we Francji – mocarstwie dysponującym ogromnymi zapasami pozostałymi po Wielkiej Wojnie i doceniającym już zagrożenie, jakie stanowiła czerwona Rosja (choć Paryż wciąż liczył na przywrócenie Rosji białej). Ale z Francją nie graniczyliśmy, portu morskiego jeszcze nie mieliśmy, a nasi sąsiedzi nie byli skłonni nas wesprzeć. Paryż naciskał na Berlin i Pragę, słał transporty z portów nad Adriatykiem, nawet z Salonik. Niektóre docierały, inne były blokowane. Także materiał wojenny, dostarczony nam przez Węgry, nie trafiłby do nas bez przyzwolenia Francji.

Nasze misje wojskowe w krajach bałkańskich dokonywały cudów, załadunkiem i wyładunkiem nieraz musieli zajmować się żołnierze (czy to francuscy, czy polscy). W dodatku sympatyzujące z bolszewikami związki zawodowe dokerów (także we Francji) blokowały załadunek oraz (to w Gdańsku) wyładunek broni dla Polski. Transporty żywności przechodziły łatwiej.

W połowie lipca Niemcy wstrzymały transporty kolejowe dla Polski. Zaraz potem, 24 lipca, odmówiły ich przepuszczania Wolne Miasto Gdańsk i Czechosłowacja, dążąca do uzyskania wspólnej granicy z Rosją, choćby czerwoną. Najkrótsze drogi zostały zamknięte. Sytuacja stawała się krytyczna także pod tym względem.

„Drogą życia” stała się linia kolejowa z rumuńskich Czerniowiec przez Kołomyję do Przemyśla. Nie tylko sierpniowy „pociąg życia” z węgierskimi zapasami amunicji przejechał tamtędy latem 1920 r. – drogą długą, okrężną.

Pycha kroczy przed upadkiem

Dziennikarze sportowi mówią często, że „gra się tak, jak przeciwnik pozwala”. Jak zobaczymy, błędy nieprzyjaciela w tej wojnie walnie ułatwiły nam zwycięstwo. Błędy, których wspólnym mianownikiem była pycha.

Kierownictwo bolszewickie na początku sierpnia 1920 r. uznało, że Polska jest już pokonana i wystarczy ją dobić, a pierwszoplanowym celem staje się „poniesienie pożaru rewolucji” do Niemiec i na Węgry. Bolszewicy wciąż nie wyobrażali sobie „budowania socjalizmu w jednym kraju” – za warunek przetrwania rewolucji mieli ogarnięcie nią przemysłowych ośrodków Niemiec i Węgier.

To dlatego w krytycznych dniach sierpnia północno-zachodnie zgrupowanie ich wojsk, zamiast forsować Wisłę pod Płockiem i obchodzić Warszawę od zachodu, maszerowało na Toruń. Nie po to, aby odciąć szlak zaopatrzenia Polski z Gdańska, lecz aby jak najszybciej wkroczyć do Niemiec. Dopiero gdy 15 sierpnia zostało pobite pod Brodnicą, zawróciło ku Wiśle. Odparte od bram Włocławka 16 sierpnia, dwa dni później zaatakowało Płock, klucz do obejścia Warszawy. Ale tego dnia wszystko było już rozstrzygnięte: na głównym odcinku frontu Wojsko Polskie przechodziło do pościgu za rozgromionym wrogiem.

W lipcu i sierpniu 1920 r. do specjalnie utworzonej Armii Ochotniczej zgłosiło się ponad 100 tys. ludzi, często bardzo młodych, w tym prawie 25 tys. harcerzy. Na zdjęciu: punkt werbunkowy w Warszawie. / TYGODNIK ILUSTROWANY / DOMENA PUBLICZNA


Na froncie południowym było jeszcze gorzej (dla nas – jeszcze lepiej). Tam wojska bolszewickie, zamiast już pod koniec lipca skierować się ku Wiśle i ją sforsować, wciąż maszerowały na południowy zachód. Ich dowództwo lekceważyło powtarzające się rozkazy z Moskwy, aby zwrócić się na północ, i uparcie trzymało się pierwotnego celu, jakim było przedarcie się na Węgry. Nie najkrótszą, ale najdogodniejszą drogą: przez przełęcze Beskidu Niskiego (powtarzając plan armii rosyjskiej z wiosny 1915 r.). W tym celu trzeba było zdobyć Lwów i Przemyśl (pokonanie Polski w tej fazie działań tego nie wymagało). Zaś Armia Konna, choć już osłabiona, mądrze użyta wciąż mogła wygrać dla Moskwy wojnę.

W krytycznym momencie bolszewikom pod Warszawą zabrakło sił, rozproszonych na innych kierunkach, rwały się też ich łańcuchy dowodzenia (nie bez udziału naszej dywersji radiowej). Nam nie zabrakło nikogo: polskie dowództwo potrafiło zbudować w bitwie warszawskiej przewagę liczebną i techniczną, choć ogólnie siły polskie były słabsze. To był jeden z sekretów zwycięstwa.

Ale niemal do końca wszystko mogło potoczyć się inaczej. Do Michaiła Tuchaczewskiego, dowódcy sił idących na Warszawę, trafił – przypadkowo przechwycony – jeden z polskich rozkazów przygotowujących uderzenie znad Wieprza. Rozkaz, z którego jasno wynikał polski zamiar. Tuchaczewski zlekceważył ten dar losu, uznał go za polską prowokację. A miał dość sił i czasu, by wzmocnić swe skrzydła, stawić stanowczy opór, a w razie niepowodzenia – przygotować uporządkowany odwrót.

Parę dni później bolszewikom pozostał już tylko odwrót bezładny, ucieczka. Choć trzeba przyznać, że szybko odbudowali swą zdolność bojową. Dlatego konieczna była kolejna wielka bitwa tej wojny – nad Niemnem, w drugiej połowie września.

Spór o laur zwycięzcy

Od blisko stu lat spieramy się, komu przysługuje laur zwycięzcy w bitwie warszawskiej (a więc też – w całej wojnie). Słowa Strońskiego niemal natychmiast podchwyciły partie wrogie Piłsudskiemu. Wielu powtarza opowieści dyskredytujące Marszałka nawet dziś.

Odpowiedź na to pytanie jest prosta. Kogo obciążylibyśmy odpowiedzialnością za klęskę, gdyby nastąpiła? Oczywiście – Piłsudskiego. I słusznie. On był wodzem. Ale skoro tak – on też był zwycięzcą.

Niektórzy twierdzą, że faktyczne zwycięstwo dokonało się pod Radzyminem i Ossowem, a uderzenie znad Wieprza miało pomocnicze znaczenie. Inni sądzą, że idea tego uderzenia nie wyszła od Piłsudskiego. Stosownie do tego „właściwym” zwycięzcą byłby Józef Haller (obrońca Warszawy), Tadeusz Rozwadowski (szef Sztabu Generalnego) czy nawet gen. Maxime Weygand (szef francuskich doradców).

Jednak samo odparcie nieprzyjaciela na przedmościu warszawskim nie zmieniało sytuacji operacyjnej. Potężna armia wciąż stała pod Warszawą, kolejny szturm był kwestią dni. Nikt nie odbierze Hallerowi jego zasług: opanował panikę, zorganizował obronę Warszawy, powstrzymał wroga, co umożliwiło uderzenie znad Wieprza. Ale to ono było rozstrzygające: cios na głębokie tyły, łamiący kręgosłup sił nieprzyjaciela.

Czy pomysł takiego uderzenia mógł być dziełem Weyganda lub Rozwadowskiego? Tego pierwszego – z pewnością nie. Był on sztabowcem, nigdy nie dowodził wojskami w polu, a doświadczenia Wielkiej Wojny skłaniały go do myślenia kategoriami wojny pozycyjnej, przewagi ognia i masy… O wojnie manewrowej – taką była wojna roku 1920 – nie wiedział nic. Sam zresztą wielokrotnie zaprzeczał, aby był autorem tej idei.

Z kolei Rozwadowski był artylerzystą i sztabowcem. Jego największe dokonanie wojenne to opracowanie planu ognia artyleryjskiego podczas bitwy gorlickiej w 1915 r., nowatorskiego i skutecznego (był wtedy generałem c.k. armii). Ale nie on był twórcą zamysłu operacyjnego przełamania frontu rosyjskiego pod Gorlicami. Potem jako szef sztabu Polskiej Siły Zbrojnej, powołanej przez Niemców, okazał się znakomitym organizatorem, tworząc w krótkim czasie organizacyjne podstawy Wojska Polskiego. Dowodził w polu krótko (na froncie ukraińskim), wykazując się solidnością, ale nie inwencją operacyjną.

Rozkaz wbrew kanonom

W sierpniu 1920 r. Rozwadowski był zwolennikiem uderzenia na skrzydło bolszewickiego zgrupowania, stojącego tuż pod Warszawą. Gdyby je zrealizowano, byłoby to jedynie rozwiązanie taktyczne, które nie mogło odmienić losów wojny. Ale ponieważ był szefem Sztabu Generalnego, jego obowiązkiem była realizacja decyzji Wodza Naczelnego: przekształcenie jej w niezliczone rozkazy nie tylko dla wojsk na froncie, ale też dla tych na tyłach, odpowiedzialnych za zaopatrzenie. I to zadanie Rozwadowski wykonał znakomicie. To był jego udział w zwycięstwie. Nie potrzebuje nadmiernej, próżnej chwały.

Pozostaje Piłsudski. Był wodzem naczelnym, do niego należało wytyczanie celów, znajdowanie rozwiązań. Nie miał akademickiego wykształcenia wojskowego (podobnie jak jego główny przeciwnik, Tuchaczewski), miał natomiast doświadczenie dowódcze, już wcześniej często podejmował decyzje śmiałe i nieszablonowe. Rozumiał słabości armii, którą dowodził, dlatego szukał rozwiązań w manewrze. W natarciu, nie w obronie.

Kluczowa dyrektywa ofensywy znad Wieprza brzmiała: naprzód i tylko naprzód. Nieważne, czy sąsiedzi nadążają, czy mamy z nimi łączność: trzeba nacierać, bić wroga, siać zamęt na jego tyłach, rwać linie zaopatrzenia. To była taktyka kawalerii, choć realizowana siłami piechoty. Dyrektywa ta była jak najgłębiej sprzeczna z kanonami sztuki wojennej początku XX stulecia. Ale w tej bitwie, w tej wojnie, tylko ona mogła przynieść zwycięstwo.

Po sierpniu

Jak już wspomniałem, bitwa warszawska nie rozstrzygnęła wojny. Siły bolszewickie zebrały się znów w rejonie Grodna. Przygotowywały się do natarcia, tym razem na Białystok-Lublin. Dlatego tak ważne było w ostatnich dniach sierpnia wyeliminowanie, a nie tylko odparcie Armii Konnej. Jej marsz na północ nie mógł wprawdzie (jak lubią pisać Ukraińcy) zmienić losów bitwy warszawskiej, ale mógł umożliwić nieprzyjacielowi powstrzymanie odwrotu i koncentrację już pod Białymstokiem.

Do tego nie doszło: po bitwie pod Komarowem, stoczonej w ostatnich dniach sierpnia, resztki Armii Konnej musiały zostać wycofane z frontu, a siły ­bolszewickie na froncie południowym straciły zdolność do działań zaczepnych. Polscy żołnierze i sprzymierzeni z nami Ukraińcy nacierali na Podolu i Wołyniu, nie napotykając zdecydowanego oporu.

W drugiej połowie września Wojsko Polskie podjęło kolejną ofensywę, zwaną bitwą nad Niemnem, a bolszewicy znów zostali rozbici. Tym razem Armia Czerwona także na północy przestała być zdolna do działania, a Moskwa uznała, że trzeba przerwać wojnę. Po sześciu latach zmagań wojennych Rosja (carska, potem czerwona) była wprawdzie u kresu sił, ale na kolejną kampanię w 1921 r. jeszcze mogła sobie pozwolić. Sądzę, że zdecydowało co innego: świadomość, że nie ma szans na wywołanie komunistycznej rewolucji w Niemczech, nawet gdyby Armia Czerwona tam dotarła. Moskwa zdecydowała się cofnąć, przeczekać. Jak się okazało – czekała długo, prawie 20 lat.

Ale także Polska potrzebowała pokoju. Nie mogła ryzykować następnej kampanii. To dlatego we wrześniu 1920 r. nie poszliśmy na Kijów, choć droga była właściwie wolna, dlatego zdradziliśmy ukraińskich sojuszników, którzy byli towarzyszami broni, ale nie zdołali stać się partnerami. Dalszej wojny nie chciał w Polsce nikt, nawet Piłsudski: zbyt dotkliwa była świadomość tego, jak mało dzieliło nas w sierpniu od całkowitej klęski.

Maryja nad Radzyminem?

Odbicie Radzymina nastąpiło w dniu Wniebowzięcia, zlało się w świadomości warszawiaków z procesją i apelem Strońskiego. A potem pojawiły się opowieści o cudzie sensu stricto, o objawieniu Matki Bożej na polu walki. W grudniu 1920 r. Józef Teodorowicz, arcybiskup lwowski obrządku ormiańskiego, powiedział w kazaniu w archikatedrze warszawskiej: „Mówił mi kapłan, pracujący w szpitalu wojskowym, iż żołnierze rosyjscy zapewniali go i opisywali, jak pod Warszawą widzieli Najświętszą Pannę, okrywającą swym płaszczem Polski stolicę. I z różnych innych stron szły podobne świadectwa” (cytat za: „X arcy­biskup Teodorowicz »Na przełomie. Przemówienia i kazania narodowe«”, Księgarnia św. Wojciecha 1923 r.).

Trochę to dziwne: Maryja ukazuje się nie obrońcom Warszawy, lecz jej (niedoszłym) zdobywcom… W tym samym kazaniu arcybiskup wspomniał też o sowieckim ataku na most na Wiśle, który załamał się dzięki Bożemu natchnieniu i przełamaniu paniki przez jednego oficera, co miało być punktem zwrotnym całej bitwy, całej wojny. Jeszcze dziwniejsze, wszak bolszewicy w tej bitwie nawet nie powąchali Wisły.

Można te słowa złożyć na karb wojennego zamętu informacyjnego, można i na karb retoryki abp. Teodorowicza, wybitnego kaznodziei i krasomówcy. W tym samym kazaniu, implicite skierowanym przeciw Piłsudskiemu, mówił on, że „modły bitwę rozstrzygnęły, modły cud nad Wisłą sprowadziły”, i że „Bóg bierze w ręce przypadek”.

Z tym można się zgodzić, ale na innym poziomie refleksji. Modlitwa ma moc odmieniania świata. Jednak obok, a nie zamiast doczesnego wysiłku. Czy trzeba „ozdabiać” żołnierską chwałę i trud obrazem Matki Najświętszej, która zamiast krzepić swe wierne dzieci – płoszy bolszewików?

Potem – nie wiedzieć jak, nie wiedzieć skąd – pojawiły się opowieści, jak to Maryja objawiła się bolszewikom dwukrotnie, pod Wólką Radzymińską i Ossowem, za każdym razem nad ranem, na tle łuny wschodzącego słońca. Tyle że bolszewicy nacierali na zachód, wstające słońce mieli za plecami. Dodajmy, że nie ma dowodu, by którąkolwiek z tych opowieści spisano przed II wojną światową. Jedna z nich mówi, że Maryja miała się objawić bolszewikom w asyście „skrzydlatych jeźdźców” – to już wyraźne echo znanego obrazu Jerzego Kossaka, będącego przedstawieniem alegorycznym (kontratak na prawym brzegu Wisły obserwuje z łachy Piłsudski ze sztabem!), na którym Matka Boża Loretańska w asyście husarii unosi się nad Warszawą, wspierając jej obrońców.

Wolę wierzyć (i wierzę) we wzmacniającą narodową synergię szczególną pomoc Bożą dla obrońców Polski w tych dniach – od niedowiarka Piłsudskiego po szeregowców wszystkich wyznań – niż w to, że Matka Najświętsza zniżyła się do osobistego gonienia bolszewików. ©

Autor jest emerytowanym analitykiem Ośrodka Studiów Wschodnich im. Marka Karpia w Warszawie. We wrześniu nakładem Wydawnictwa Wysoki Zamek ukaże się jego książka „Ukraińskie stulecie 1914-2014. Szkice historyczne”.

Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Minął juz miesiąc od ukazania sie tego numeru TP, wiec moje pytanie jest spóźnione. Jako laik, jesli chodzi o historie wojskowosci, zapytam: jakie doswiadczenie w tworzeniu planów operacyjnych miał Józef Piłsudski? Jego dowodzenie na Wołyniu skonczyło się utratą niemal trzech czwartych stanu osobowego Legionów, co nie przeszkadza od przeszło stu lat zachwycac się krwawym bojem nad Stochodem i Kostiuchnówką. Czy przypadkiem Autor nie kontynuuje tej fatalnej dla polskiej mentalnosci opcji?
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]