Czas przyznać się do czegoś mało chwalebnego. Nie jest to zapewne powód do dumy, bo być może lepiej byłoby aspirować do uniwersalnej wyrozumiałości – ale najwyraźniej nie jest i nie będzie mi dana przynależność do hipisów. Otóż zdarza mi się nie przepadać, żywić rodzaj niechęci, a nawet uprzedzenia. Nie wobec jakichś wrodzonych właściwości ludzkich, na które nic poradzić nie można – bo cóż, nie można. Chodzi raczej o życiowe błahostki, drobnice – nawyki, rysy charakteru, przyzwyczajenia, które zgrzytają z moimi.
Bardzo ceniony przeze mnie prof. Bartłomiej Dobroczyński kiedyś wyznał w druku, że wieloletnią przyjaźń zakończył wskutek różnicy zdań na temat serialu „Twin Peaks”. Ja może nie podzielam aż w takim stopniu tej reakcji, ale przyznaję, że coś podobnego miewam; szanuję oczywiście bliźniego w człowieku, który np. ma silną potrzebę organizacji i sztywnego porządku (które mnie dla odmiany irytują), ale zdaję sobie sprawę, że potencjalny konflikt interesów jest nieunikniony i dlatego lepiej zachować dyplomatyczny dystans; nie będzie z tego ani udanej współpracy na niwie zawodowej, ani na prywatnej. Po prostu nie wchodźmy sobie specjalnie w paradę. Mnie zapewne też ktoś nie lubi z jakiejś błahej przyczyny.
Ta niechęć czy rezerwa nie jest podszyta innym uczuciem. Może czasem wynikać z niemiłych uprzednich doświadczeń, choć nie zawsze. Najczęściej jest to po prostu zwykłe, banalne, prostackie, pozbawione podtekstów, niewymagające psychoanalizy nielubienie, rzecz brzydka, lecz ludzka. Przyznaję się do niego, bo raz, że uczciwość wobec samej siebie może i naraża na pewne rozczarowanie, lecz oszczędza też wielu nieprzyjemności; a dwa – być może uda mi się dać dobry przykład w trudnej i zanikającej dziś sztuce niuansowania.
Niuansowania, bo oczywiście niechęć czy antypatia znajdują się w pewnym niebezpiecznym spektrum. Dalej od niego leży nietolerancja, a później – wrogość. Jestem tego świadoma. Ale być może prawo do nieprzepadania otwarcie za czymś to szansa, żeby zatrzymać się na tym łagodnym etapie i nie zjeżdżać po równi pochyłej (czy, jak kiedyś tutaj przekalkowałam z angielskiego, po „śliskim zboczu”).
Jak wspomniałam, za nielubieniem nie muszą stać żadne głębsze motywacje. Człowiek ma wiele defektów i niezrozumiałe działania, na które odpowiedź brzmi „po prostu tak mam”, do nich należą (choć można się spierać, czy to rzeczywiście taki znowu defekt). Zwyczajnie „im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było”. Ale żyjemy w czasach triumfu uproszczonej i często przeinaczonej wiedzy psychologicznej, która rozsnuwa obietnicę wytłumaczenia wszystkich niuansów zachowań i preferencji ludzkich.
Takim wytłumaczeniem często bywa klucz lękowy; zgodnie z nim, to lęk ma skrycie czaić się za każdym rodzajem niechęci, unikania, antypatii, irytacji, braku entuzjazmu itp. Jeśli więc np. nie podoba mi się nowy, syntetyczny głos w nawigacji Google Maps i nie interesują mnie zapowiedzi, że w niedalekiej przyszłości będzie można sobie wgrać ulubiony personalizowany głos, to mogę się spodziewać, że jakiś życzliwy spróbuje mnie przekonać, iż wie lepiej ode mnie, co czuję, i że z pewnością nie jest to złość na pogorszenie jakości usługi, lecz oczywiście „lęk przed nieznanym”. Jeśli postanawiam wybrać się np. do wróżki, to nie może motywować mnie ciekawość ani chęć niezobowiązującego eksperymentu, tylko, ma się rozumieć, lęk przed nieprzewidywalnym światem i potrzeba kontroli. Trochę jak w żartach z brodą z czasów początków psychoanalizy, kiedy to wszystko miało kojarzyć się oczywiście z tzw. jednym.
Takie wyjaśnienie jest popularne. Lęk to oczywiście emocja podstawowa, powszechna i bardzo ludzka. Zapewne też dość dobrze przebadana. Ale, co najważniejsze – do pewnego stopnia uleczalna. Taki lęk, który utrudnia życie bądź ma skłonność do pojawiania się bez powodu, można przynajmniej częściowo niwelować – czy to przez metody terapeutyczne, czy farmakologicznie. Być może chodzi o to, że jeśli założymy, że brzydkie zachowania u nas czy u kogo innego mają bazę w lęku, to da się je usunąć, a nas – naprostować, byśmy wyszli na ludzi. Jest to niewątpliwie obiecująca perspektywa.
Ale ludzie przejawiają zachowania rozmaite. Mam przypuszczenie, że w tym zbiorze mieszczą się i takie, które wyjaśnić nie tak łatwo, a jeszcze trudniej się z nimi pogodzić. Oprócz niechęci może być to np. złośliwa satysfakcja, mściwość, przyjemność z nękania bliźniego, potrzeba rozróby, skłonność do konfabulacji i innego rodzaju, nazwijmy to, grzeszki. One nie muszą być dożywotnim przeznaczeniem; bywa, że ulatniają się same, że egzorcyzmuje je samo życie. No ale są, i niekoniecznie u ich źródła leży coś sterowalnego. A jeśli przyjęlibyśmy do wiadomości, że bywamy niesterowalni, nienaprawialni, paradoksalni, a do tego niemili i przykrzy, to co by się stało?

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















