Wkoło Watykanu: o tym, jak podczas synodu gotować zupę na gwoździu

Trudno nie mieć wrażenia, że dla wielu uczestników synod to przedłużone rekolekcje połączone z warsztatami komunikacji, zarządzania czasem i budowania relacji.
w cyklu WKOŁO WATYKANU
Czyta się kilka minut
Przygotowania do obchodów Roku Jubileuszowego 2025 to również niekończące się remonty ulic. Turystom trudno się odnaleźć w zmieniającej się co chwilę organizacji ruchu. Rzym, 6 maja 2024 r. // Fot. Riccardo De Luca / Anadolu / Getty Images
Przygotowania do obchodów Roku Jubileuszowego 2025 to również niekończące się remonty ulic. Turystom trudno się odnaleźć w zmieniającej się co chwilę organizacji ruchu. Rzym, 6 maja 2024 r. // Fot. Riccardo De Luca / Anadolu / Getty Images

Byłem ofiarą tego gwoździa. Słynnego, włoskiego, wbitego o trzeciej nad ranem przez robotnika w główny kabel zasilający dwie największe stacje kolejowe Rzymu. Po trzech godzinach, gdy wyczerpały się urządzenia podtrzymujące zasilanie, zapanował chaos. Dokładnie wtedy, gdy wsiadałem do pociągu na stacji Latina, by zdążyć na inaugurację synodu.

Poszkodowanych były dziesiątki tysięcy, bo chaos objął cały kraj – nie da się bez konsekwencji zatrzymać na kilka godzin wszystkich pociągów w mieście, do którego prowadzą wszystkie drogi. Poszkodowanych bardziej niż ja, bo w końcu spóźnienie na mszę nie jest wielkim problemem. Siedząca obok mnie dziewczyna jechała na ważny egzamin, u wyjątkowo niewyrozumiałego profesora, o czym opowiadała z płaczem matce przez telefon. Starszy mężczyzna miał zgłosić się w szpitalu na zabieg. Młoda kobieta – podpisać umowę o pracę, o którą starała się od roku. To były prawdziwe dramaty.

W każdym razie na dach kolumnady Berniniego, a dokładnie jej lewego skrzydła, zwanego Braccio di Carlo Magno (Ramię Karola Wielkiego), skąd dziennikarze obserwują uroczystości na placu św. Piotra, dotarłem o 10.30, po pięciu godzinach od wyjścia z domu (a przecież miałem do pokonania – autobusem, pociągiem i metrem – raptem 60 kilometrów). Msza dobiegała końca.

Synod patrzy na świat. Bez wzajemności.

W kazaniu, którego nie słuchałem, ale przeczytałem w unieruchomionym pociągu (teksty papieskich przemówień dostajemy kilka godzin przed ich wygłoszeniem), Franciszek apelował do synodalnych delegatów, by nigdy nie odwracali oczu od świata i jego problemów.

Świat, niestety, tego zainteresowania nie odwdzięcza. W czasie pokutnego nabożeństwa, w wieczór poprzedzający rozpoczęcie synodu, jego oczy skierowane były w stronę Bliskiego Wschodu: stacje telewizyjne przerwały transmisję z Bazyliki św. Piotra, gdzie kardynałowie kajali się za grzechy Kościoła, by pokazać lecące na Izrael rakiety.

Miastu i światu – urbi et orbi – nie w głowie był synod.

Wydarzenia na Bliskim Wschodzie wpłynęły zresztą na atmosferę i program pierwszych dni obrad, które rozpoczynano modlitwą o pokój. Na niedzielę, 6 października, zaplanowano różaniec w tej intencji, odmawiany przez papieża i synodalnych delegatów przed obrazem Matki Bożej w Bazylice Santa Maria Maggiore, a poniedziałek, 7 października, ogłoszono dniem modlitwy i postu w pierwszą rocznicę ataku Hamasu na Izrael. Delegaci domagają się też, by oprócz modlitwy, synod wystosował apel pokojowy, będący jednocześnie oskarżeniem wobec producentów broni – jedynych osób, które na każdej wojnie zyskują, nic nie tracąc.

Rekolekcje i warsztaty

Gwoździem programu pierwszego dnia synodu były jednak relacje z prac specjalnych komisji, powołanych do zbadania najważniejszych kwestii, przed jakimi synod stanął rok temu. Piszę o tym obszerniej na łamach „TP”, w tym miejscu pozwolę wiec sobie jedynie na kilka subiektywnych wrażeń.

Sposób prezentacji raportów wiele mówi o synodalnych czy po prostu kościelnych elitach – ich poziomie, podejściu do powierzanych zadań, organizacji pracy, przestrzegania zasad. Wystąpienia były różne – lepsze (a nawet bardzo dobre) i gorsze (a nawet bardzo złe). Trudno jednak zrozumieć tych, którzy – wiedząc, że na prezentację będą mieć zaledwie 3 minuty – przygotowali sobie przemówienia liczące kilka stron. Chodzi przecież o prostą, ćwiczoną w każdej szkole umiejętność planowania wypowiedzi, ustnej lub pisemnej. No chyba że problem bierze się z przekonania, że kardynałów i biskupów żadne ograniczenia czasowe nie dotyczą. Na dzwonek, wzywający do zakończenia wypowiedzi, reagują bezbrzeżnym zdziwieniem. Ale szybko się uczą.

Zły car i dobrzy bojarzy

Zresztą mam wrażenie, że dla większości uczestników ten synod to takie przedłużone rekolekcje, na których mówi się o duchowych doświadczeniach, połączone z warsztatami komunikacji, zarządzania czasem, budowania relacji. 

Zatem wróćmy do relacji, ale tych z prac komisji. Było ich trzynaście i podzielić je można na trzy grupy. Jedni mówili o tym, co ich komisja rzeczywiście zrobiła. Drudzy – o tym, co dopiero zamierzają zrobić (pod warunkiem, że dostaną więcej czasu). Jeszcze inni – czego zrobić nie mogą, bo papież zabronił.

Do tej ostatniej grupy zaliczyłbym komisję obradującą nad diakonatem kobiet. Przewodzący jej kard. Victor Manuel Fernández już na wstępie przyznał, że publiczne, negatywne wypowiedzi papieża na ten temat związały mu ręce. Podobnie dzień później mówili na konferencji prasowej o. Giacomo Costa i bp Riccardo Battocchio, sekretarze specjalni synodu, dając do zrozumienia, że problem rozwiąże się w przyszłości, ale, jak na razie, trzeba uzbroić się w cierpliwość.

Zwykło się mówić: dobry car i źli bojarzy. Wygląda na to, że w Watykanie jest całkiem na odwrót: bojarzy są dobrzy, ale zły car im nie pozwala. Więc proszą o jeszcze trochę cierpliwości.

Włoskie przysłowia

W pracowitym tygodniu, gdy każdego dnia trzeba napisać relację z synodu (i starać się nie powtarzać), jednocześnie śledząc jego przebieg i uczestnicząc w ciągnących się godzinami konferencjach prasowych, ciężko znaleźć pozasynodalne tematy do newslettera. Trudno. Trzeba czasem ugotować zupę na gwoździu.

Zadziwia mnie mnogość włoskich powiedzeń i przysłów z gwoździem w roli głównej. U nas jest tylko „gwóźdź do trumny” i wspomniana „zupa z gwoździa”, a tam można „zawiesić na gwoździu buty” (albo sutannę), czyli zrezygnować z aktywności sportowej lub porzucić stan kapłański (w Polsce w takich sytuacjach gwóźdź zastępujemy kołkiem). Można też – w zupełnie innym znaczeniu – zawiesić na gwoździu kapelusz, co oznacza zasiedzenie się u kogoś w domu. Można „mieć gwóźdź w głowie” (być dręczonym obsesyjną myślą) albo „wbijać ciągle ten sam gwóźdź” (wracać z uporem maniaka do tego samego tematu), można się na gwoździu (czyli jednym pomyśle lub celu) zafiksować. Można też „zasadzić sobie gwóźdź” (mieć na głowie poważne zobowiązanie, np. kredyt) albo „ssać gwóźdź” (czyli robić coś bardzo nieprzyjemnego).

Jubileuszowa synchronizacja

Powiedzmy więc śmiało, że papież zasadził Rzymowi solidny gwóźdź, ogłaszając Rok Jubileuszowy. Chcąc się dobrze przygotować na przyjęcie pielgrzymów (szacunki mówią nawet o 35 milionach osób), władze stolicy przystąpiły do remontów, jednocześnie demonstrując wielką wiarę, że uda się je dokończyć przed grudniową inauguracją jubileuszu. Na razie miasto jest całkowicie rozkopane, a wkoło Watykanu nie da się nie tylko biegać, ale nawet chodzić.

Wyremontowana została też Sala Stampa. Przez ostatnie dwa lata korespondenci watykańscy korzystali z siedziby tymczasowej przy Via dell’Ospedale, ale na rozpoczęcie synodu mieliśmy wrócić do siedziby przy Via della Conciliazione 54, tuż przy wejściu na plac św. Piotra. Otwarcie opóźniło się, co prawda, o jeden dzień, ale i tak z wielkimi emocjami przekraczaliśmy stare progi i z jeszcze większymi rozglądaliśmy się wkoło, nie widząc większych zmian, a przynajmniej nie takich, jakich można się było spodziewać po tak długim remoncie.

Oczywiście, nie wszystko musi być widać. Wymieniono np. instalacje, o czym wiemy, bo część wciąż nie działa, a gdy piszę te słowa robotnicy synchronizują nad moją głową sygnał z placu św. Piotra – jak na wielkim monitorze, zawieszonym na ścianie, jest obraz, to nie ma dźwięku w głośnikach. Albo odwrotnie. Szukają też powodu, dla którego nie wszystkie stanowiska komputerowe mają prąd.

Dużo poważniejszym problemem jest jednak brak automatu do kawy, którego nie udało się wciąż przywieźć z tymczasowej siedziby. Można było w nim kupić za 40 centów naprawdę dobre espresso, bez którego ciężko pracować.

Czerwona Łódź

Przy wejściu do Sala Stampa zadomowili się natomiast bezdomni. Zawsze tu byli, jak i w innych miejscach wkoło Watykanu, ale przez trzy lata naszej nieobecności jeszcze ich przybyło: zajmują teraz cały portyk i schody. Rano witają każdego wyciągniętą ręką i pozdrowieniem „dottore” lub „eccellenza”, w zależności, czy wchodzący do budynku nosi krawat, czy koloratkę. W dniu rozpoczęcia synodu kard. Konrad Krajewski, prefekt Dykasterii ds. Posługi Miłosierdzia, zabrał ich do siebie na obiad, który sam przygotował, a do pomocy przy obsłudze stołu zatrudnił kard. Grzegorza Rysia, przyjaciela i krajana („czerwona Łódź” – żartują Polacy pracujący w Watykanie, nawiązując oczywiście do koloru kardynalskich szat).

Niewykluczone, że także w tym roku kard. Krajewski zorganizuje „synod ubogich”, czyli spotkanie papieża z grupą bezdomnych i biednych. Rok temu Franciszek pytał podopiecznych Dykasterii Miłosierdzia, czego oczekują od Kościoła. „Miłości, jedynie miłości” – mówili.

Małżeństwo jako przestępstwo

Choć są miejsca w Watykanie, gdzie miłość i miłosierdzie zawieszono na gwoździu. Kilka dni temu skończył się miesięczny okres wypowiedzenia, jaki dostała para pracowników Instytutu Dzieł Religijnych (pisałem o nich miesiąc temu). Warto przy tej okazji wrócić do ich historii, zwłaszcza że poznaliśmy nieco więcej szczegółów sprawy.

Zwolnieni pracownicy są parą od kilku lat, mają troje małych dzieci i chcieli zawrzeć małżeństwo sakramentalne, by uregulować swój stan prawny i kościelny. Zamiar zgłosili przełożonym na krótko przed wejściem w życie prawa zabraniającego zatrudniania w IOR osób spokrewnionych. Złożyli też do papieża prośbę o dyspensę od tych przepisów. A ponieważ jej nie otrzymali, 2 października nakazano im opuszczenie miejsca pracy i zwrócenie dokumentów uprawniających do wstępu na teren Watykanu oraz kart kredytowych i debetowych watykańskiego banku.

W obronie zwolnionych po raz kolejny stanęło Stowarzyszenie Świeckich Pracowników Watykanu (ADLV), które w opublikowanym oświadczeniu sprzeciwia się „traktowaniu małżeństwa na równi z przestępstwami czy czynami nielegalnymi, za które grozi zwolnienie z pracy” i zapowiada „zorganizowany protest” w obronie zwolnionych.

Pomoc prawną zwolnionym zaoferowała też Laura Sgrò, znana adwokatka, prowadząca największe sprawy przeciwko Watykanowi (reprezentowała m.in. rodzinę Emanueli Orlandi, zaginionej w 1983 r. 15-letniej córki pracownika gubernatoratu, matkę Cedrica Tornaya, szwajcarskiego gwardzisty oskarżonego o zabójstwo komendanta Aloisa Estermanna i jego żony w 1998 r., jak również wiele ofiar przestępstw pedofilskich). Sgrò zaskarżyła do sądu zwolnienie małżonków i zapewnia, że ma kilka mocnych argumentów, którymi nieludzką instytucję skutecznie przygwoździ. O czym oczywiście nie omieszkam Państwa poinformować. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”