Reklama

Wieniawski przed metą

Wieniawski przed metą

19.10.2016
Czyta się kilka minut
Ogłoszenie wyników przedostatniego etapu Konkursu Wieniawskiego w pełni potwierdziło tę jedną, odwieczną jego przypadłość. Nie wiadomo, kogo i po co, typuje.
Anna Orlik podczas konkursu Wieniawskiego. Fot: WALDEMAR WYLEGALSKI/POLSKAPRESSE
K

Kto zwycięży w Konkursie Wieniawskiego w Poznaniu? A co to znaczy w sytuacji, gdy niemal brak na nim osobowości solistycznych, a zdecydowana większość jego zwycięzców od pół wieku robi przede wszystkim kariery jako koncertmistrzowie wybitnych (choć nie najlepszych) orkiestr? Jakich cech szuka jury konkursu?

Od razu powiedzmy: koncertmistrz to szalenie odpowiedzialna i trudna funkcja, wspaniała droga, która pozwala na współkreowanie wielkich artystycznych wydarzeń i kontakt z niezwykłymi osobowościami. Konkurs wyłaniający kandydatów na koncertmistrzów to bardzo godna szacunku instytucja, do której powinny garnąć się masy skrzypków – szczęśliwców, bo mają możliwości, jakich nie mają np. pianiści. I garną się, ale najwyraźniej trudno określić, czego od nich wymagać.

Jasne, że muszą grać repertuar solistyczny. Do czego jednak potrzebny jest cały pierwszy etap konkursu, w którym 40 osób gra 50-minutowe półrecitale utworów w większości wirtuozowskich? W tym aż dwa Wieniawskiego, których praktycznie nie będą mieli okazji później wykonywać (także dlatego, że – nie czarujmy się – ta salonowa wirtuozeria to przebrzmiała dziś estetyka), a do tego Ysaÿe'a, z którym nie tyle technicznie, ale przede wszystkim koncepcyjnie potrafi sobie poradzić może kilku skrzypków na świecie? I jeszcze Szymanowski, który piękny i modny (cieszymy się tą modą!), ale niezwykle idiomatyczny i trudny interpretacyjnie (malarstwo dźwiękowe, specyficzna taneczność – jeżeli ktoś nie wchłania tego od lat, tylko przygotowuje się do konkursu, ma niewielkie szanse, że doczuje się tych głębi). Jedna część sonaty Beethovena, po jednej próbie z pianistą, nie wyczerpuje tematu kameralistyki ani wrażliwości na klasyczną formę. Wyniki I etapu jednak nie budziły mojego sprzeciwu, ale nie budziłyby też, gdyby w 2/3 były inne. Była to walka we mgle na technikę, bo ostatecznie to najwyżej można było ocenić. Za to odstraszająca – łatwo wyobrazić sobie skrzypka, który nie podejmie ryzyka tak wielkiego przygotowania do konkursu, który w najlepszym wypadku wypchnie go do kariery orkiestrowej.

W II etapie pojawia się sonata (XIX lub początek XX wieku) i nagle poziom konkursu szybuje w górę. To był chyba najciekawszy etap, mówiący najwięcej. Typowa wielka forma, którą skrzypkowie mają przygotowaną – potrafią odnaleźć sens, czyli słuchamy interpretacji. Ale i tu dostajemy porcję kawiarnianej wirtuozerii – Kreisler i znowu Wieniawski. Co ważniejsze? Po mało przekonującej Sonacie a-moll Schumanna granej przez faworyta, Seiji Okamoto (to utwór pozornie prosty, który trzeba zbudować niuansami, grał dobrze, ale nie wyczuł nic z tej wyjątkowości), okazuje się, że „Chiński tamburyn” – najlepsze może wykonanie Kreislera na Konkursie – mógł mieć większą wagę.

Wreszcie III etap. Mozart z orkiestrą (czy naprawdę do I części wybranego Koncertu trzeba jeszcze dużą I część Symfonii koncertującej – nie więcej powiedziałaby, ewentualnie, druga, powolna część Koncertu?) i jeden krótki kawałek z Sonat i Partit Bacha. To, co zazwyczaj jest na I etapie, tu na III. Myślałem, że spełni tę samą rolę – radykalnego testu na muzykalność. Dopóki nie ogłoszono wyników.

Mozarta można grać różnie. Okazało się jednak, że powinien być tylko klasycznym akademikiem. Wcale niekoniecznie nawet słodkim i śpiewnym – może być wręcz siermiężny, jakiego zaproponował jeden z faworytów, bardzo rzetelny Richard Lin. Może być nudny i bez żadnej koncepcji, jak w połowie wykonania Bomsori Kim – byle z głębokim wibratem, lejącym się legato, bez ozdobników czy taneczności. To samo dotyczy Bacha. Retoryka? Stylowość? To jakieś żarty? Bach to muzyka poważna. Nie zapominajmy.

Nie zapomnimy, ale po III etapie niemal bez znaczenia staje się, kto wygra Konkurs – wielkim Koncertem Brahmsa, Beethovena lub Szostakowicza. Nie stanie się nic złego. Najpewniej koncertmistrz.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Ur. 1973. Jest krytykiem i publicystą muzycznym, historykiem kultury, współpracownikiem „Tygodnika Powszechnego” oraz Polskiego Radia Chopin, członkiem jury International Classical Music...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]