Jak widzieli Hofmanna inni muzycy? Rubinstein, Rachmaninow, Horowitz

Wspomnienia pianistów i akompaniatorów – od Rachmaninowa po Chotzinoffa – odsłaniają kulisy jego techniki, sposobu pracy i codzienności artysty, którego kunszt fascynował kolegów po fachu bardziej niż publiczność.
Czyta się kilka minut
Recital Hofmanna w Carnegie Hall w Nowym Jorku, 8 lutego 1936 r. W programie były 32 różne kompozycje, do których dodał jeszcze 17 bisów. // Fot. Zbiory The International Piano Archives, University of Maryland
Recital Hofmanna w Carnegie Hall w Nowym Jorku, 8 lutego 1936 r. W programie były 32 różne kompozycje, do których dodał jeszcze 17 bisów. // Fot. Zbiory The International Piano Archives, University of Maryland

Od ogólnych zachwytów po szczegółowe opisy – sztuka Józefa Hofmanna prowokowała do chwytania za pióro i utrwalania wspomnień. Wśród ogromnej liczby świadectw wyróżniają się uwagi zapisane przez kolegów po fachu. O ile z pamiętników Artura Rubinsteina („Moje młode lata”) wyłania się nieskrywana zazdrość, a Claudio Arrau – skupiony na sztuce własnej i swojego otoczenia – nie potrafił zrozumieć odmiennego podejścia, o tyle inni byli pod wrażeniem zarówno techniki, jak i wyobraźni, a nawet sposobu pracy Hofmanna.

Zaliczają się do nich zarówno postaci wielkie, jak Siergiej Rachmaninow (ze słynnym „Kolejny utwór wypadł z mojego repertuaru” – po usłyszeniu wykonania chopinowskiej Sonaty h-moll przez Hofmanna), Wilhelm Backhaus czy młody Vladimir Horowitz (których reakcje znamy tylko z opowieści innych), a w Polsce analizujący warszawskie interpretacje Hofmanna Zbigniew Drzewiecki, jak i bohaterowie drugiego planu – a jednocześnie znakomici muzycy, towarzyszący często „gwiazdom” jako „akompaniatorzy”.

Józef Hofmann przed tubą do nagrań akustycznych (przed wprowadzeniem mikrofonu), podczas sesji dla Columbii. Nowy Jork, 1912 r. // Fot. zbiory The International Piano Archives, University of Maryland

Józef Hofmann oczami muzyków i pianistów

W ten sposób już podczas wczesnej podróży koncertowej po Stanach Zjednoczonych, wraz z również zdobywającym w tym czasie sławę skrzypkiem Fritzem Kreislerem, zachwycił się polskim pianistą akompaniator Kreislera, André Benoist (wspominający, jak podczas podróży pociągiem Hofmann, zaczepiany, odpowiadał, że „właśnie ćwiczy” – do czego nie potrzebował fortepianu, gdyż większość pracy wykonywał czysto mentalnie, przechodząc cały program w głowie dźwięk po dźwięku).

Szczególnie ciekawe opisy zostawili po sobie dwaj bliscy Hofmannowi pianiści, którzy w późniejszych latach zajęli się publicystyką i organizacją życia muzycznego, dochodząc w tym do najważniejszych stanowisk w Ameryce: Samuel Chotzinoff i Abram Chasins. Uwagi tego drugiego znaleźć można m.in. w jego popularnej książce „Speaking of Pianists”, natomiast wspomnienia Chotzinoffa nie zostały dotąd opublikowane.

Samuel Chotzinoff, urodzony w Witebsku w 1889 r., w roku 1915 został akompaniatorem młodziutkiego Jaschy Heifetza – największej gwiazdy wiolinistyki XX wieku. Później był krytykiem muzycznym i producentem w Radio Corporation of America, w której przekonał Artura Toscaniniego do transmisji radiowych koncertów pod jego batutą – tworząc być może najważniejszy cykl w dziejach muzycznej Ameryki, przełomowy dla świata radiofonii. W 1920 r. pianista wciąż jednak towarzyszył Heifetzowi – a 19-letni skrzypek miał właśnie debiutować w Londynie.

Common sense is very uncommon”. Technika i sposób pracy Hofmanna

„Znalazłem niedrogie mieszkanie w starym Egyptian House na Piccadilly, naprzeciwko Burlington Arcade i Bond Street. Moje pokoje – salon, sypialnia i łazienka – były uroczo zaniedbane, a w salonie stało stare pianino z kinkietami po obu stronach. Kiedy spróbowałem na nim zagrać, rozbawił mnie jednak i jednocześnie odstręczył brzęczący dźwięk – szybko zamknąłem pokrywę, mając nadzieję, że nigdy więcej nie będę musiał jej podnosić. Ku mojemu zaskoczeniu i radości dowiedziałem się, że mieszkanie tuż nade mną zajmuje pianista Józef Hofmann. Znałem go od paru lat i kilka dni po tym, jak się wprowadziłem, zaprosiłem go na drinka. W oczekiwaniu na tę wizytę i ogólnie przygotowując się do kawalerskiego życia w Londynie, zaopatrzyłem się w wina, alkohole i ciasteczka w puszkach z Fortnum & Mason, który wówczas mieścił się obok Egyptian House. Przyszedł Hofmann i wypił ogromną ilość porto. Dla zabawy poprosiłem go, żeby spróbował zagrać na pianinie. Usiadł, przebiegł palcami po klawiszach, zagrał kilka modulacji, po czym rozpoczął »Karnawał« Schumanna. Byłem skonsternowany tym, co usłyszałem. Pianino nie wydawało już żadnego brzęczenia. Po chwili mogło zdawać się, że to jakiś Steinway – tak dźwięcznie i pięknie brzmiał »Karnawał«. Gdy skończył, wyznałem Hofmannowi moją konfuzję. Wróciwszy do swojego porto, zaczął mówić o sztuce gry na fortepianie, która – jak mnie zapewnił – nie jest tajemnicą, za jaką się ją uważa, lecz jedynie kwestią zastosowania zdrowego rozsądku. Uważałem wtedy Hofmanna, i nadal uważam, za najwybitniejszego pianistę, jakiego kiedykolwiek słyszałem. Uznałem zatem za absurdalne, że tak wysoki poziom artystyczny może być dostępny dla praktycznie każdego, kto ma zdrowy rozsądek. Hofmann upierał się jednak, że tak jest, ponieważ zdrowy rozsądek jest niezdrowo rzadki [common sense is very uncommon]”.

Rywale: Hofmann i Paderewski

„Lubił gry słów. Lubił też sarkazm, rubaszne żarty i anegdoty. O niektórych naszych wspólnych znajomych i swoich kolegach wypowiadał się nie bez cynizmu. Hofmann był całkowicie bezpretensjonalny i drwił z tych, którzy mieli inne nastawienie. Zapytałem go, czy zna Paderewskiego, a on opowiedział mi, jak poprzedniego lata odwiedził swego rodaka w jego willi w Szwajcarii. Do dużego salonu wprowadził go lokaj w złotych galonach i bryczesach do kolan, prosząc o poczekanie. Pół godziny później, gdy cierpliwość Hofmanna się wyczerpała i miał już wychodzić, podwójne drzwi salonu otworzyły się na oścież i oszałamiający służący oznajmił poważnym głosem: »Le Maitre!«. Paderewski, we fraku, z wykrochmalonym kołnierzykiem i mankietami (była dziesiąta rano!), wkroczył niczym Ludwik XIV. Teraz pytam – kontynuował Hofmann z krzywym uśmiechem – czy to sympatyczny sposób na przywitanie się z kolegą artystą?

Co dziwne, nigdy nie słyszałem gry Paderewskiego i zapytałem Hofmanna, co sądzi o swoim rywalu (Paderewski był powszechnie uwielbiany, podczas gdy sztuka Hofmanna, wyżej oceniana przez muzyków, bywała niczym perły rzucane przed wieprze). »Och, jest bardzo dobry, ale – Hofmann przywołał słynny komentarz Rosenthala – to nie Paderewski!«.

(…) Mieszkając w tak bliskiej odległości, Hofmann i ja staliśmy się bliskimi przyjaciółmi. Znalazł we mnie dobrego towarzysza ze względu na mój entuzjazm dla klasyki i moje otwarte uwielbienie dla jego kunsztu. Spędzał znaczną część każdego dnia w moim mieszkaniu, ćwicząc na moim instrumencie i popijając porto. Jego ćwiczenie miało formę przemyślanego, powolnego i artykułowanego wykonywania trudnych ustępów, przypominając sportowców i konie pokazywane w zwolnionym tempie w filmach – w celu analizy uderzeń w golfie i tenisie oraz koordynacji mięśni rumaków wyścigowych. Siadałem blisko i obserwowałem ruchy jego dłoni, nadgarstków i palców, z nadzieją, że uda mi się go naśladować, rozwinąć własną technikę i zbliżyć się do jego tonu – szlachetnego, pięknego i władczego, niczym głos idealnego śpiewaka. Hofmann rzeczywiście twierdził, że wzorował swój dźwięk i frazowanie na sztuce wielkiego włoskiego barytona, Battistiniego (…).

Ale choćbym nie wiem jak się przyglądał i słuchał (»Widzisz, jakie to proste!« – mawiał Hofmann, powoli pokonując jakiś niemożliwy fragment lub prowadząc liryczną frazę z taką szlachetnością, że z zachwytem patrzyłem na moje stare pianino) – nie potrafiłem uchwycić jego sekretu”.

Codzienne życie i koncertowa rutyna Józefa Hofmanna

„Hofmann w tamtym okresie swego życia miał opinię nader oszczędnego. Niektórzy nazywali go nawet skąpym. Doszedłem do wniosku, że tak wielki artysta może być taki, jak mu pasuje. Uważałem więc za zaszczyt zapraszanie go na lunch i kolację tak często, jak tylko umożliwiały mu to inne zajęcia, i czułem się sowicie wynagradzany jego towarzystwem oraz zwięzłymi, sarkastycznymi wypowiedziami o muzyce i interpretacji. W trakcie kilku miesięcy te lunche lub kolacje stały się rutyną, aż pewnego wieczoru Hofmann zaskoczył mnie, prosząc kelnera o rachunek. Na moje protesty kurtuazyjnie wyjaśnił: »Byłoby inaczej, gdybym w tym sezonie nie występował. Mam jednak w Anglii sporo angażów«.

Pewnego dnia zagrał mi wszystkie utwory fortepianowe Schumanna – a przynajmniej wszystko, co znałem lub słyszałem tego kompozytora. Sesja trwała osiem godzin, z przerwą na jedzenie i picie. Hofmann, daleki od zmęczenia, po zakończeniu wyglądał na rozentuzjazmowanego. Dla mnie był to niezapomniany dzień.

Tej zimy Hofmann dał pięć recitali w londyńskim Queen’s Hall. Na szczęście byłem na wszystkich. Poza Jaschą Heifetzem Hofmann był najmniej kapryśnym ze wszystkich znanych mi muzyków. W wieczór swojego występu zazwyczaj schodził do mojego mieszkania już w stroju koncertowym i bardzo powoli przegrywał kilka trudniejszych fragmentów ze swojego programu. Następnie szliśmy do Queen’s Hall, oddalonego o około milę. W swojej garderobie, przed wyjściem na estradę, Hofmann moczył ręce w gorącej wodzie. Te pięć recitali bez wątpienia stanowiło dla mnie szczyt interpretacji instrumentalnej”.

Materiał udostępniony przez Pauline Chotzinoff, a następnie przez Gregora Benko.

Tłum. Jakub Puchalski

Chotzinoff o sobie

„Mój gust muzyczny, w dzieciństwie i wczesnej młodości naznaczony sentymentalizmem, został później oczyszczony przez sztukę Arturo Toscaniniego i Józefa Hofmanna, w której technika i interpretacja były nierozerwalne. Ci dwaj artyści stali się moimi przewodnikami. To, co słyszałem w Metropolitan Opera i w salach koncertowych, porównywałem z powściągliwą, wyrafinowaną, całkowicie pozbawioną czułostkowości sztuką moich dwóch idoli. W recenzjach krytykowałem niedojrzałe koncepcje muzyczne, sentymentalizm, efekt dla samego efektu i wszelkie próby grania dla poklasku”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 05/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Widzisz, jakie to proste!