Przełom kwietnia i maja w Południowej Afryce nie upłynął pod znakiem świętowania 32. rocznicy wolnych wyborów ani Dnia Pracy, choć oba święta obchodzi się tu z uwagą. Przykryły je masowe marsze w największych miastach, które przeciągnęły się na kolejne tygodnie. Ich hasło jest proste: „Precz z migrantami”.
Liderzy antyimigranckich ruchów Operation Dudula oraz March and March powtórzyli też wyznaczony już pod koniec 2025 r. termin. Oto do 30 czerwca br. niezalegalizowani migranci mieliby opuścić kraj. W międzyczasie rozeszła się dezinformacja, jakoby rząd usankcjonował tę datę.
To nie czcze groźby: co roku przemoc skierowana wobec migrantów przynosi w RPA ofiary śmiertelne. Na przestrzeni ostatnich lat to setki oficjalnie zarejestrowanych zgonów. Kilka osób zginęło także w wyniku ostatnich wystąpień.
Z sondaży wynika, że siedmiu na dziesięciu obywateli RPA uważa, iż migranci mają zły wpływ na gospodarkę; ośmiu, że rząd powinien ograniczyć napływ migrantów poszukujących pracy, a więcej niż jedna trzecia, że należy zakazać takiej migracji całkowicie.
Południowa Afryka, kraj „tęczowej nacji” i Nelsona Mandeli, ojczyzna humanistycznej ideologii Ubuntu (zakładającej, że całą ludzkość łączy uniwersalna więź), jest dziś w czołówce najbardziej ksenofobicznych społeczeństw na całym kontynencie.
Wiza do RPA: wyboista legalna droga
Grudzień 2025 r. Choć centrum przedłużania wiz w Kapsztadzie ma biuro na ósmym piętrze, to kolejka zaczyna się już na parterze. Mija kilkanaście minut, zanim strażnik zawoła do wind i razem z grupką ludzi dostanę się na niewielki korytarz osiem poziomów wyżej.
Brak ławek i krzeseł. Raz na jakiś czas pracownik wychodzi i rozdziela czekających na dwie grupy. Europejski turysta, który chce przedłużyć wycieczkę o kilka dni, stoi tu obok małżeństwa z Ameryki Południowej, które ubiega się o przedłużenie pozwolenia na pracę, oraz dwójki agentów. Ci ostatni – zawodowi „załatwiacze” wiz – narzekają najbardziej. Proces jest uciążliwy, „urzędnicy” utrudniają go na każdym kroku.
W zasadzie jedynym sposobem na uzyskanie wizy w RPA jest posiadanie zawodu z listy tzw. critical skills, np. lekarza czy inżyniera. Inni muszą dowieść, że ich zadań nie może wykonać obywatel RPA. Niezależnie od sytuacji, proces trwa niemniej niż kilkanaście miesięcy.
System jest krytycznie nietolerancyjny: między rokiem 2014 a 2021 tylko 9,5 tys. osób ubiegało się o zwykłą wizę pracowniczą (istnieje jeszcze opcja wizy korporacyjnej oraz dla pracowników firm międzynarodowych). Dostała je połowa z nich.
Ultimatum dla imigrantów: do 30 czerwca mają zniknąć
VFS Global, międzynarodowa firma, która zarządza procesem wizowym w imieniu rządu RPA, wielokrotnie była oskarżana o wyłudzanie pieniędzy i złe traktowanie aplikantów z biedniejszych państw. Rzeczywiście, opłata za samą wizytę to w przeliczeniu kilkaset złotych. I jak okazuje się po kilku godzinach czekania, w moim przypadku system jej nie zarejestrował. Małżeństwo zza Atlantyku też wraca z kwitkiem, mąż lada moment będzie tu nielegalnie.
Dostęp do wiz pracowniczych w RPA jest tak ograniczony, że jedyną szansą jest dostanie się do kraju nielegalnie, albo nielegalne przedłużenie pobytu w ramach innej wizyty: turystycznej lub dla azylantów. W efekcie pojawiają się nadużycia, jak problem „fałszywych uchodźców” i niechęć społeczeństwa do całej grupy. Coraz głośniej wybrzmiewa wezwanie do walki z migracją.
Gdy stoję w kolejce w centrum Kapsztadu, zuluski aktor i działacz antymigracyjny, Phakamile Ndabandaba, po raz pierwszy daje ultimatum: do 30 czerwca migranci mają zniknąć, albo kraj czeka strajk. Teraz, gdy termin się zbliża, coraz więcej Południowoafrykańczyków mówi, że może wydarzyć się o wiele więcej.
Groźby wobec imigrantów w RPA to problem całej Afryki
W odpowiedzi na te groźby, Ghana zdecydowała się na repatriację ponad 800 swoich obywateli. Jak donosiło później BBC, byli wśród nich ludzie, którzy spędzili w RPA długie lata, w tym właściciele biznesów.
Z kolei nigeryjska policja ostrzegła swoich obywateli, by nie dokonywali odwetu na Południowoafrykańczykach żyjących w Nigerii, i ogłosiła, że pracuje nad zapewnieniem im bezpieczeństwa. Tyle że obywateli RPA w Nigerii jest niewielu, a o żadnych atakach nie było dotąd mowy. Pozostaje pytanie: czy to troska, czy element dyplomatycznej gry i ostrzeżenie.
W każdym razie sprawa nie dotyczy już tylko jednego kraju – zaangażowała ona cały afrykański kontynent.
Stereotyp Nigeryjczyków-przestępców jest w RPA tak silny, że już lata temu znalazł wyraz w kulturze masowej. „Dystrykt 9”, filmowy blockbuster SF z 2009 r., ukazuje nigeryjskich gangsterów rządzących dzielnicami nędzy pod Johannesburgiem.
Film ten wpisuje się też w czołową antymigracyjną opowieść z Południowej Afryki. W jej myśl to zwłaszcza obcy odpowiadają za jedną z największych przestępczości na świecie. To oni „kradną” pracę w kraju, gdzie jedna trzecia dorosłych i ponad połowa młodych jej nie ma. To oni mają obciążać upadające usługi publiczne.
Imigranci jako wygodny winny kryzysu w Południowej Afryce
RPA jest najbogatszym krajem Afryki. Skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle? Bo, mówiąc najkrócej, zamiast mierzyć się z dziedzictwem apartheidu i niedostatkami demokracji, z problemami systemowymi, które nie mają wspólnej twarzy, z bezrobociem – łatwiej jest wskazać na imigrantów. Oni są wygodnym winnym.
Wedle oficjalnych liczb są ich nieco ponad dwa miliony (na 65 mln ludności), choć pojawiają się szacunki ponad dwukrotnie większe. Gdyby te ostatnie były prawdziwe, w RPA przebywałoby więcej osób bez dokumentów, niż liczy jej biała populacja.
Dzisiejsza imigracja ma wiele twarzy. Zdecydowana większość to ludzie z Afryki. Według parytetu siły nabywczej, RPA jest dziesięciokrotnie bogatsza od sąsiednich Mozambiku i Malawi, pięciokrotnie od Lesotho i ponad dwukrotnie od Zimbabwe.
Dalej: kilka procent spośród imigrantów to przybysze z Azji, a blisko pięć procent z Europy i USA. Południowa Afryka ściąga ich znakomitymi uniwersytetami, piękną przyrodą i – dla bogatych – zachodnim poziomem infrastruktury i medycyny. Gdy więc świat dowiadywał się, że biali „uchodźcy” z RPA zostaną przyjęci w Stanach, w tym samym czasie kolejni milionerzy z Zachodu nabywali wille w Kapsztadzie.
Statystyki pokazują, że to przede wszystkim ubożsi i zarabiający poniżej średniej obywatele RPA najbardziej zaostrzyli swoje postawy w ostatnich latach. Słychać głosy, że RPA stała się krajem nie dla swoich obywateli, lecz dla przyjezdnych: ubogich i bogatych (tych ostatnich znakomicie chroni policja i tysiące firm ochroniarskich).
Południowa Afryka zawsze była krajem przybyszów
Tylko kto w tym kraju jest tak naprawdę u siebie? Bo niewiele państw ma bardziej skomplikowaną strukturę – i historię – migracji niż Południowa Afryka.
„Sklejona” z szeregu wieloetnicznych regionów i zróżnicowanej kolonizacji europejskiej, która wspomagała się niewolnikami ściąganymi z całej Azji, dziś RPA jest domem dla milionów ludzi, którzy korzeni mogą szukać wszędzie. Gdzie indziej potomkowie hugenotów – francuskich ewangelików, którzy musieli uciekać z ojczyzny – żyją od tak dawna jak Indusi?
Koloredzi to z kolei potomkowie niewolników sprowadzanych do pracy z całego świata, Afrykanerzy mają swój Wielki Trek (migrację wewnętrzną z pierwszej połowy XIX w., pod presją brytyjską) i republiki, które założyli, uciekając przed Anglikami. Miliony obywateli z ludu Xhosa kilka razy w roku pokonują setki kilometrów, by odwiedzić krewnych we wsiach, w których sami pewnego dnia planują spędzić emeryturę.
Odkąd istnieje Południowa Afryka, migracja była jej częścią. Także po tym, jak w 1931 r. ogłoszono jej niepodległość od Wielkiej Brytanii. Przez kolejne dekady władze kraju, w którym panował apartheid – system dyskryminacji kolorowych – ściągały białych z całego świata, ale też pracowników do kopalń z krajów Afryki. Jednocześnie prowadząc ostrą politykę ochrony granic i wyrzucając niechcianych oraz tych, którzy przestawali być potrzebni.
Od systemu apartheidu do przemocy wobec obcych
Gdy na początku lat 90. XX w. zlikwidowano apartheid, RPA zachowała większość starych przepisów o migracji. Modyfikacje miały uwzględniać prawa człowieka, ale i tego szybko zaniechano. Wraz z kryzysami politycznymi końcówki pierwszej dekady wieku XXI, postawy wobec migrantów się zaostrzyły. Tak w ustawach, jak na ulicach.
W okolicach pandemii powstały nieformalne grupy, które głosiły postulat wyrzucenia „nielegalnych”. Choć ich nienawiść uderzała we wszystkich afrykańskich obcych, także tych przebywających tu legalnie. Przemoc wobec najbiedniejszych nieobywateli stała się powszechna. Think tank Uniwersytetu w Stellenbosch podejrzewał, że jej przesłanie wspierają rosyjskie konta w sieci.
Afrykański Kongres Narodowy, partia rządząca, starał się – i dalej się stara – z tymi emocjami walczyć. Ale ma na to coraz mniej przestrzeni. W koalicji rządowej po 2024 r. ministrem sportu został Gayton McKenzie – kaznodzieja, biznesmen i były więzień. McKenzie próbował wyrzucić ze swojego resortu wszystkich pracowników, którzy nie urodzili się w RPA (decyzję zablokował sąd konstytucyjny).
Z kolei Leon Schreiber, minister spraw wewnętrznych pochodzący z liberalnej ekonomicznie głównej partii koalicyjnej, regularnie chwali się deportacjami. Deportował blisko 110 tys. ludzi przez ostatnie dwa lata.
South Africa First: gdy państwo traci kontrolę
W efekcie władze w RPA miotają się pomiędzy ochroną praworządności w kraju oraz jego wizerunku na arenie międzynarodowej a rosnącą falą niechęci, która przechwyciła już główny nurt w społeczeństwie.
Wszystko to wybrzmiało w niedawnej czerwcowej odezwie prezydenta do narodu. Była to odezwa ważna, bo w tle kryje się coś więcej niż spór o migrację: państwo traci jedną z najważniejszych prerogatyw – zdolność egzekwowania prawa.
Gdy samozwańcze grupy legitymują i przepytują ludzi na ulicy, atakują ich biznesy i stawiają ultimata, de facto pogłębiają proces, o który oskarżają migrantów: erozję zaufania i bezsilność państwa.
Nawet ujęta w hasła mające brzmieć pozytywnie – jak South Africa First – ksenofobia wciąż niesie to samo przesłanie: migranci zabierają pracę i są niebezpieczni. A jeśli sami czują się zagrożeni, to powinni wyjechać. Koło się zamyka.
Migracja jako polityczny młot w rękach władzy
Dziennikarka panafrykańskiego pisma „The Continent” zebrała niedawno badania, z których wynika, że największe fale antymigracyjnego pobudzenia miały miejsce w okresie ostrych walk wewnątrz Afrykańskiego Kongresu Narodowego. Gdy w partii było spokojnie, również na ulicach mniej grzmiano oburzeniem na obcych.
To tylko korelacja. Ale pozostaje podejrzenie, że politycy Kongresu mogli wykorzystywać mobilizację antymigracyjną do walk w partii. W szczytowym okresie blisko 2,5 proc. mieszkańców RPA było opłacającymi składki członkami AKN. Lata skandali ujawniły powiązania polityków z kartelami taksówkowymi i organizacjami przestępczymi. Podmiotami, które potrafiły wyprowadzać miliony Południowoafrykańczyków na ulice i sterować emocjami.
Dopisuje to wcześniejszy rozdział do tego, co wydarza się dziś. Gdy polityka krajowa przestała być wewnętrzną sprawą jednej partii, rola migracji jako wielkiego politycznego młotka, po który może sięgnąć każdy, wzrosła. Młotek ten zaczął ważyć więcej.
Roczny zakaz wjazdu i lekcja uprzywilejowania
Moja wizyta w centrum wizowym w Kapsztadzie kończy się porażką. Podobnie rozmowy telefoniczne i maile do pracowników VFS Global. Sprawa ma finał na lotnisku w Johannesburgu. Urzędniczka nie czeka, aż pokażę oficjalne zaproszenie rządu RPA na konferencję w tym kraju – wbija do paszportu pieczątkę. Zakaz wjazdu na rok.
Tego samego dnia piszę odwołanie: uiściłem wszystkie opłaty, zaprosiło mnie ministerstwo, to błąd systemu uniemożliwił mi przedłużenie pobytu. Ale wiele wskazuje na to, że mój roczny „ban” minie, zanim ktokolwiek rozpatrzy odwołanie.
RPA stara się pozować na państwo jednakowo surowe wobec wszystkich. Mimo wszystko, jestem w uprzywilejowanej pozycji – ogłaszając wobec imigrantów swoje ultimatum, Phakamile Ndabandaba nie mówił do mnie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.










