Artykuł Józefa Majewskiego „Dogmaty nie spadły z nieba” musiał powstać. Pytania, które zawiera, nie od dzisiaj korcą ludzi wierzących, prowokują ludzi słabej wiary i zniechęcają tych, których wiara nie ma przemyślanych podstaw. Nie streszczam tekstu Majewskiego, bo mimo (chwilami) dość ogólnikowych stwierdzeń podaje on przykłady, które każdy (lub prawie każdy) musiał dawno znać z własnych poszukiwań.
Najpierw wątpliwości. Na przykład „wynoszenie niedogmatycznych poglądów i opinii na poziom dogmatów”… Zawsze sądziłem, że formułą dogmatyczną poglądy były opatrywane wówczas, gdy pojawiało się inne myślenie, inne rozumienie jakiegoś elementu wiary. Wtedy, nieraz po dość długim czasie, zjawiało się dogmatyczne orzeczenie Kościoła. Jeżeli nie było sporów co do sposobu rozumienia, definicja dogmatyczna się nie pojawiała. Formuły dogmatyczne bywały zaś chyba uzupełniane, modyfikowane, dostosowywane do aktualnego stanu wiedzy. Z pewnością były takie elementy wiary, które nie tylko nie zyskały aprobaty Kościoła, ale zostały wyeliminowane z religijnego myślenia, jak na przykład przekonanie o przebywaniu po śmierci nieochrzczonych dzieci w limbus puerorum – jakimś miejscu (stanie), które nie jest ani piekłem, ani niebem, ani czyśćcem. W miarę upływu czasu wiara w ów limbus odeszła zupełnie w zapomnienie.
Sporo jest i będzie zagadnień, w których nauka Kościoła nie była jednoznacznie dookreślona choćby dlatego, że samych zagadnień nie było lub były tak ukryte, że z ich wagi nie zdawano sobie sprawy. Dziś też jesteśmy tego świadkami. Fakt, że Kościół się nie kwapi do jednoznacznych definicji, jest raczej pozytywny. Że w niektórych sprawach się opowie jednoznacznie – mam nadzieję.
Dwa tysiące lat, tysiące autorów, czasem cieszących się wielkim autorytetem, herezje ogłoszone jako herezje i nieogłoszone, dogmaty sformułowane przed wiekami i konfrontacja ich z dzisiejszą wiedzą – jednym słowem, sposób życia wiary oparty nie tylko na Ewangelii, ale na nieskończonej ilości komentarzy do niej i na bardziej lub mniej czcigodnej, rozbudowanej i zróżnicowanej tradycji. To wszystko plus polityczne racje i naciski, ewoluująca szybko wiedza o świecie i człowieku, każą się zastanowić.
Myślę, właściwie wiem, że wiara katolicka obrosła ogromną warstwą tzw. chrześcijańskiego obyczaju, chrześcijańskiej kultury i tak dalej. Jest w tym wielkie bogactwo. Z pewnością wiele z tego, co Chrystus powiedział o relacjach z bliźnimi, przeniknęło poza granice konfesji, stając się dorobkiem ludzkości, i umożliwiło pokojowe życie między ludźmi. Wiele jednak zostało przekręcone, obyczaj kształtował siły nie tylko chrześcijańskie. Jako chrześcijańskie prezentowały się z kolei nurty będące chrześcijaństwa parodią lub karykaturą.
Tekst Majewskiego jest ważny dla wierzących, dla chwiejących się w wierze i chyba dla tych, którzy odeszli, bo nie mogli zrozumieć. Oczywiście, wiara czasem przekracza zrozumienie, ale nie zawiera sprzeczności, nie idzie w rozsypkę w zderzeniu z nowymi odkryciami i nie jest wewnętrznie sprzeczna. W odniesieniu do Kościoła katolickiego chciałoby się powiedzieć, że wiara wymaga oczyszczenia z produkcji czysto ludzkiej. Pewnie Majewski pociągnie podjęty tu temat, może przyjdzie z pomocą tym wszystkim, którzy odnoszą wrażenie, że w Kościele brakuje im powietrza. Św. Tomasz pod koniec życia już nie pisał, a o tym, co już (tak mądrze) napisał, wyrażał się niezbyt pochlebnie: stercora. Tak opowiada legenda i tak jest rzeczywiście.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















