Rozglądam się przed koncertem coraz bardziej. Wiercę się na krześle coraz mniej elegancko, lustrując rzeźby i gobeliny w sali gotyckiej ratusza Brukseli. Sami mężczyźni! Na pewno? Nie wiem, czemu akurat tego dnia tak mnie to dziwi. Szukam wzrokiem dalej, gdy zaczyna się kobiecy koncert z mocno reprezentowaną muzyką polskich kompozytorek. Jest św. Michał Archanioł, są jacyś miejscy ważni ludzie sprzed dwustu lat, bo wtedy zmieniano dekorację sali.
W kościelnych przestrzeniach zwykle sytuację ratuje przynajmniej jakaś Maryjka, a tu, w kontekście świeckim, nikt nie znalazł powodu, żeby przedstawić choć jedną kobietę. Słucham więc w tym brukselskim ratuszu muzyczek z Polski, grających utwory kompozytorek z Polski – imprezę organizują Instytut Polski i ambasada – i myślę, na ile ta muzyczna herstoria jest w stanie zrównoważyć wyrzeźbioną w drewnie odległą i lokalną historię mężczyzn. Ile trzeba naszych zabiegów, badań, ale też kreatywności, działań, wydarzeń, wystaw, koncertów, plakatów, książek, żeby zrównoważyć powagę i oczywistość takich sal?
Czytam z wypiekami o początkach Unii Europejskiej
Mężczyźni dominują też na okładce książki, którą czytam o piątej rano, co chwilę szturmowana przez dziecko, które a to chce się pochwalić przyniesionym krążkiem, a to zabrać mi okulary, a to przynosi swoją książkę i patrzy wyczekująco. Na okładce rzeźba ojców założycieli zjednoczonej Europy, która znajduje się obok domu Roberta Schumana w Scy-Chazelles w departamencie Mozela. Ale akurat dałam się porwać tej opowieści (są w niej i heroiczne żony, którym też należałyby się pomniki).
– Zobacz, tu kurka szuka swoich kurczaków – próbuję zachęcić córkę do przeglądania książeczki tak, by każda z nas mogła zająć się swoją lekturą. Ostatecznie czytam na kanapie i na macie, bawiąc się drugą ręką, wydając odgłosy zwierząt, rzucając entuzjastyczne okrzyki przez pokój, by towarzyszyć jej w zabawie.
W końcu czytam też na głos swoją książkę, pokazując, że nie jest ciekawa, nie ma obrazków i nie ma po co mi jej wyrywać: „Chcemy ustanowić stosunki między Francją i Niemcami na zupełnie nowych zasadach i przekształcić to, co nas dzieli, zwłaszcza przemysł wojenny, we wspólną korzyść, z której skorzysta także Europa. Nie ma zwycięzców i zwyciężonych, nie ma pokoju bez sprawiedliwości i nie ma sprawiedliwości bez równości”.
To akurat Monnet mówi w maju 1950 r. do Adenauera w Bonn, gdzie przyjechał wyjaśnić mu szczegóły francuskiego projektu. Poruszony Adenauer odpowiada, że widzi to wielkie przedsięwzięcie jako należące do aspektu moralnego. Ten projekt okaże się kolejnym krokiem, ale jeszcze nie finałem starań o zjednoczenie Europy. I choć wiem, jak rzecz się skończy (a przynajmniej jak skończyła się na razie), to czytam w sumie z wypiekami. Dziennikarka, a dziś urzędniczka Parlamentu Europejskiego, Victoria Martín de la Torre, sfabularyzowała dzieje powstawania Europy, a polityczne zabiegi przeplata portretami osób, które o nią zabiegały. „Europa. Skok w nieznane” wyszła w 2022 r. w wydawnictwie Dialog, ale nie jest to lektura naukowa. Spokojnie możecie dać ją nastoletnim dzieciom.
Determinacja, by znaleźć sposób na trwały pokój
I niby znałam te nazwiska, ale jawili mi się posągowo. A tu Jean Monnet okazał się mieć filmowo wręcz awanturnicze życie oraz nieposkromioną kreatywność w rozwiązywaniu najtrudniejszych politycznych łamigłówek. Trzech chrześcijańskich demokratów z kolei – de Gasperi, Adenauer i Schuman – imponuje charakterem, ale też niezależnością od kościelnych wpływów. Apostolstwo świeckich najwyższej próby. Są też ludźmi pograniczy, ich przechodzenia z rąk do rąk, złożonych tożsamości, ale też możliwości życia razem. Belg Spaak jest genialnym negocjatorem i przedstawicielem podzielonego kraju, ale też wojennego pokolenia, które zna cenę konfliktu.
Można by uznać, że to jakaś naiwność, że było drugie dno, osobiste cele, narcyzmy. Ale jakoś tego nie widać. Widać determinację ludzi, którzy doświadczyli dwóch wielkich wojen, faszyzmu i nazizmu pochłaniających ich kraje, płacili za sprzeciw osobistą cenę i są zdeterminowani, by znaleźć sposób na trwały pokój. Mają poczucie dziejowej misji, najważniejszego zadania, moralnego obowiązku. Mówią do siebie takim językiem i wcale się nie wstydzą. Przeciwnie, to ta motywacja buduje między nimi zaufanie i więź. Nic dziwnego, że gdy na szczyt w Brukseli dociera telegram o śmierci de Gasperiego, Spaak płacze jak dziecko.
Nie zaskakuje też, że Paul-Henri Spaak złożył rezygnację w lutym 1957 r., gdy premier Belgii, któremu przedstawiał projekt unii celnej, zaczął narzekać na planowane przez Francję cła na cykorię, która jest tradycyjnym produktem belgijskiej gastronomii. Miał to być dowód, że Francuzi zawsze wykorzystają Belgów i nie powinno być z nimi żadnej unii. Ostatecznie, radykalny ruch Spaaka otrzeźwił premiera.
Jednak „kryzys cykoriowy” trwa, ma ważne i błahe odsłony. Wszystkie te osobności, nacjonalistyczne dumy, separatyzmy, przez które tracimy z oczu to, o co chodziło: żeby nie było już w Europie wojny. Po to rządy krajowe zgodziły się zrezygnować z kompetencji, po to integracja, wspólny rynek. Korzeniem tego wszystkiego jest determinacja i poczucie doniosłości tego zadania.
Może od czasu do czasu warto zrobić sobie rekolekcje z Europy? Cykoria czy wojna? Bo w zasadzie wciąż do tego sprowadza się nasz wybór.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















