Wadim odważnie oglądał każdy film wojenny, dopiero będąc w Polsce, nie dzieląc żadnego na film produkcji amerykańskiej i produkcji obojętnej, a bywało, że trafiał na filmy produkcji koreańskiej i też mu to nie przeszkadzało. Co prawda, raz Wadim złapał się na tym, że włączył przypadkowo stary film wojenny produkcji radzieckiej, który wydał się mu za bardzo subtelny, i że w te hełmy sowieckie w Afganistanie strzelali mudżahedini za mało przekonująco. W snach za to widział, jak hełmy razem z głowami ruskich żołnierzy rozpadają się przy byle podmuchu wiatru od strony gór Hindukusz albo w czasie mgły przylazłej od strony Karakorum.
Ostatnio Wadim nawet przestał brać we śnie jeńców, tylko od razu strzelał kacapom po nogach, żeby leżąc na zimnej skale wykrwawiali się jak najdłużej. W snach tylko Wadimowi okrucieństwo przychodziło ot tak.
Zresztą, mógłby Wadim zadzwonić do dyspozytora snów i poprosić o zmianę pakietu na platynowy, ale jak? Drony na niebie pocięły fale łączące ziemię z dyspozytornią. Czy będzie musiał już zawsze zabijać kacapów? Może kiedyś dodzwoni się do dyspozytorni, prosząc, żeby wreszcie wyłączyli mu te przykre sny.
Postanowił za to, że nie będzie już nigdy bił braw żadnej reprezentacji piłkarskiej. Bez względu na kolor koszulek.
Świat, jak kiedyś się wydawało Wadimowi, jest skończony. Wystarczyło wyjść przed dom i stał płot, a za płotem płynął Dniepr. Ale nie ciągnęło go nigdy, żeby wyjeżdżać, nawet blisko, do Polski, bo po co. A może i ciągnęło, ale nie pamiętał kiedy. Jak miałby pamiętać każdy oddech, nie można ich zliczyć.
Z landszaftami, które malował, było inaczej. Każdy pamiętał. Pamiętał, jakie kolory nakładał na płótna i w jakiej kolejności. Jakie były tematy zleceń, z którymi przychodzili do niego klienci. Najpierw szkicował ołówkiem na płótnie kształty, żeby ostatecznie wypełnić je kolorami, niebieskim albo żonkilowym, jak artysta niepośledni.
Żadna muza jednak nie pukała do jego mieszkania z natchnieniem, gdy malował na przykład grzyby rosnące u stóp mrowiska. Wystarczyłoby zrobić zdjęcie, ale jak się wyraził zamawiający obraz pod tytułem „Grzyb z mrowiskiem w tle”, ile on musiałby się nałazić po lasach, żeby znaleźć taki kadr.
Innym razem obraz pod tytułem: „Dzień jednocześnie i noc”. Tak Wadim musiał go podpisać, żeby kupujący miał pewność, że przeniknięcie jednego w drugie Wadim mu namalował, a nie co inne.
Nie miał też Wadim w zwyczaju z kogokolwiek się śmiać. Nawet jak do twarzy pokurczów zamawiających płótna domalowywał atletyczne ciała, zamiast malować tak, jak stali przed nim: ich wielkie brzuchy i byle jakie twarze. Raczej te piękne męskie mięśnie na brzuchu woleliby, to samo na rękach i nogach, więc Wadim malował. Z łatwością to mu wychodziło, taki w głowie miał Wadim magazyn pełen pięknych męskich ciał. Skąd ich tyle brał?
Życie za każdym razem mogłoby mu się ułożyć inaczej, gdyby miał wiele żyć. Przy tym tylko jednym trzeba uważać na wszystko dookoła. Można na niewłaściwej lotni się znaleźć w powietrzu nad oceanem, gdy nagle przestanie ją wznosić wiatr. Albo, biorąc pod uwagę miliony strzał wystrzelonych w wiekach średnich w powietrze przez królów, trzeba było mieć nieskończenie wiele szczęścia, żeby nie podejść pod jedną. Tak samo teraz, patrzeć ma Wadim w niebo wciąż, i patrzeć, i co z tego nieba spadnie poza deszczem?
Wydawać się Wadimowi zaczęło, że jeden z tysięcy dronów, wcześniej przelatujących nad jego głową, właśnie się uwziął i poleciał zwyrodniały za Wadimem za granicę do Polski. Zamierzał akurat na jego łbie naładować swój akumulator, wyciągając z mózgu Wadima neurony. I komu trzeba tłumaczyć, że są to drobne impulsy elektryczne, w czasie wojny na wagę złota jak proch.
Czekać by pozostawało Wadimowi tylko, jak po chwili dron odrzuci Wadima puste szczątki, jak robią pająki z wessanymi muchami.
Martwił się Wadim codziennie, że nie mógłby cały dzień i całą noc chodzić, patrząc tylko w niebo. Lepiej od razu byłoby podejść pod drona kamikadze i zaprosić go do siebie na głowę. Zdejmując czapkę, by doprawdy wszystko, co złe, już się skończyło.
Że malować to trzeba umieć. Nieraz tak myślał Wadim o sobie, nawet gdy sprzedawał najdroższy swój landszaft za tysiąc hrywien, na którym widać Putina, jak diabły ciągną go za nogi do piekła na dole, a u góry anioł pokazuje Putinowi nieopierzoną gołą dupę. Takie też trudno by było zdjęcie gdzieśkolwiek zrobić na świecie, tak samo jak tego grzyba z mrowiskiem w tle. Ale też, co do pomysłu takiego na obraz, Wadim się wzdrygał i gdyby mógł, odkupiłby dzisiaj ten obraz niedobry, i kto wie, a może i by wyrzucił z Putinem ten obraz z diabłami w niepamięć.
Dobra już dobra. Może jedynie potrzebowałby wyjechać Wadim gdzieś, żeby tematy na wybitne obrazy same go odnalazły. Może za długo już siedzi nad rzeką Dniepr i głupio wpatruje się w nieruchome spławiki.
W Krakowie zaś na Kazimierzu, jakby wynajął sobie stary strych i ukradłby któryś z pędzli Matejki z muzeum, to z głowy same by popłynęły pomysły na arcydzieła. Ktoś by pomyślał wówczas, że namalowałby nie tak pięknie jak Ołeksandr Bohomazow, ale dwieście razy lepiej.
Wybiegłby z domu, to do Lwowa by dobiegł w tydzień, po to, żeby na murach Akademii Narodowej Sztuk Pięknych farbą i pędzlem napisać: „Już żałujcie, że muszę stąd wyjechać, szubrawcy”. A w przyszłej biografii o Wadimie pewnie napiszą mniej więcej, że jako członek cyganerii lwowskiej mazał farbą po murach dostojnej akademii farbami, po których ślad został po stu latach do dzisiaj, pomimo sikania psów na ściany i innych politycznych zamalowywań.
Później już tylko granica w Medyce, a gdy wlazł Wadim na dach autobusu, widział już przez lornetkę smog nad Krakowem. A weźmie i właśnie narysuje już ten smog u siebie w kołonotatniku poślinionym ołówkiem, siedząc na tym autobusie.
Ale skąd ma wziąć spokój na rysowanie i nietrzęsącą się rękę? Buja tu na dachu autobusu i wieje. A co jeśli już leci za nim rakieta wystrzelona celowo, by dosięgła Wadima i go rozdarła? A gdyby zaraz za granicą polsko-ukraińską wykopał sobie w ziemi jamę i już z niej nigdy by nie wychodził do skończenia świata? Nikt nie powie, że to głupi byłby pomysł, ale pracochłonny.
Zamiast sztalugi powinien targać za sobą Wadim do Polski łopatę do kopania jam. Wcale by się nie zatrzymywał na noc w przypadkowym domu, tylko by spał w wykopanej dziurze w szczerym polu. I też dlatego pierwsze, co zobaczył w Polsce, to psy przestraszone z Ukrainy, biegające z kośćmi w pyskach. Chciały je gdzieś koniecznie zakopać, tyle że ze strachu powypadały im te kości ze zdrętwiałych psich pysków, i leżą gdzie bądź, bieląc się tylko teraz w polu jak w piosence.
Wziął też ze sobą Wadim, niewystrzelone patrony na wypadek, gdyby zapomniał co i jak. Wyjmie je z plecaka dopiero, jak bezpiecznie stanie za sztalugą w Krakowie na strychu, z Matejki pędzlem w ręku.
Adresy jakieś ma poprzesyłane na telefonie w Polsce. A jak nie znajdzie czasu na odwiedzenie wszystkich? I co, gdyby miało się okazać, że w Kołobrzegu na przykład miałby namalować swój najważniejszy obraz, a traf zrządzi, że nie trafi nigdy do Kołobrzegu? Co innego, jakby w telefonie czekał na niego jeden adres, do jednej osoby z zaproszeniem na całe życie. A może zacznie pod Barbakanem w Krakowie sprzedawać landszafty z karykaturami polskich królów.
Albo jeszcze może się przydarzyć, że folie reklamowe w różne wzory będzie dla zarobku przyklejał do szyb w salonach piękności, zamiast odmalowywać swój strach na strychu farbami pomieszanymi z prochem z patronów i pajęczynami.
Strugać też, jak mu każą, z drewna fujarki i na jarmarkach z rękodziełem grać na nich ludowe ukraińskie melodie ze stepu? A nie nauczy się przecież grać ani strugać w drewnie przez rok.
Koleżanka Daria uczyłaby z nim tańców ludowych w domu kultury w Rzeszowie, jakby tylko nie zniechęciła się, ucząc najpierw tańczyć Wadima o drewnianych nogach.
Ale wokół Wadima teraz nie ma nikogo, komu chciałby o tym opowiedzieć. Nawet gdyby komuś szczególnie zależało na tym, żeby teraz być z Wadimem i ostrzegać go szturchańcami przed zabłąkaną ruską rakietą, gdy stoi na dachu autobusu, to i tak nikt mu nie przychodzi na myśl. A zresztą, jeśli już nikt w Ukrainie nie jest żywy? Została już na zawsze wydarta strona z mapą Ukrainy z atlasów świata?
Pod wodą może zamieszka Wadim w Polsce, jak bóbr albo ryba, skoro nie wziął ze sobą łopaty.
Ile razy jeszcze miałby do siebie mówić, że będąc w Polsce, już jest obiecującym artystą, a landszafty, które malował do tej pory, przekaże do swojego kiedyś tam muzeum w wiosce, z której uciekł?
W Krakowie jednak przy kostce brukowej żeby poszedł robić, prosiła go pani z agencji pracy, bo nikomu już w Polsce nie chce się ciężko pracować. Będzie spał w siedmioosobowym pokoju, jednak z cotygodniową pewną wypłatą. Ona może go zapewnić, że wyśle Wadima do jednej z tych firm, która uczciwie zapłaci. Jak Wadim nie przyjmie tej pracy, będzie musiała zamknąć agencję i sama wrócić na Ukrainę.
Artystów, jeszcze mu powie pani, jest w brygadzie od układania kostki paru. I nauczyciele muzyki są. A także niebanalni dizajnerzy sztuki użytkowej z akademii we Lwowie, z kierunków sztuk dekoracyjnych i wzornictwa. Na niedzielę wykupi też dla całej brygady bonus, czyli bilety do muzeum sztuki współczesnej, żeby sobie w środku porobili zdjęcia, być może dla inspiracji na przyszłość. Sama wozić ich będzie i przywozić osobiście z Nowej Huty, gdzie będą rewitalizować centrum, kładąc kostkę brukową w miejsce płyt chodnikowych. Gdyby bardzo chcieli, uprosi wykonawcę, żeby mogli poodciskać swoje dłonie na donicach z jeszcze nie stwardniałego na zawsze betonu. Niech ją Wadim poprawi, jeśli się myli, ale myśli, że upamiętnieni będą na sto lat, aż do następnej rewitalizacji.
Jakiś czas, owszem, dawało się radę, dopóki Wadim mógł klęczeć przez osiem godzin na betonie.
Potem Kołobrzeg. Bo jak to, miałoby się okazać, że czeka na Wadima morze zleceń na wielkie marynistyczne malowanie na płótnie okrętów, a on by nie pojechał do Kołobrzegu?
Nie teraz, może jeszcze nie teraz, bo nie było co się łudzić, że farby sobie kupi i zacznie malować społeczne murale na blokowiskach w Kołobrzegu za pieniądze z Urzędu Miasta.
Ale kwiaty lubi Wadim sadzić. A przycinać drzewom gałęzie nie jest przecież sztuką, mając elektryczne nożyce do cięcia żywopłotu. Podeschłym roślinom będzie Wadim zakładał nawodnienie kropelkowe, rozciągając plastikowe rury i zakładając zraszacze. Kosić trawę kosiarką spalinową nie zapomniał. A wcześniej nauczy się zakładania trawnika z rolki. A jak już na Wałach Chrobrego się nauczy ogrodniczego rzemiosła, będzie projektował zieleń w przydomowych ogrodach w Ukrainie. Usypywać się nauczy klomby, wodospady się nauczy robić i formy przeróżne zacznie nadawać żywopłotom i krzewom. Zobaczy, ile znajdzie radości w przesadzaniu starych drzew. A gabiony będzie ustawiał jak Fidiasz na Akropolu kolumny. Niech tylko Wadim pomyśli, że niedługo nikt nie będzie kupował obrazów, bo tyle już ich będzie namalowanych. A gdzie będzie Wadimowi bliżej do sztuk pięknych, jak nie w ogrodzie?
Może też później urządzać ogrody pod Kijowem oligarchom. Prawdziwe parki ze stuletnimi dębami, z podziemnymi spływami łódką wśród jaskiń, i zielone scenografie w salach koncertowych na tysiąc osób w kopalniach. Koparki sobie w Polsce pokupuje Wadim, używane, traktorki, glebogryzarki, wertykulatory i karczownice. Z Kazachstanu mu naprzyjeżdża pracowników, którzy spać będą w jurtach, a jeść będą upolowane sokoły i króliki, które im powypuszczasz Wadim nocą w krzaki. Za jedno euro na godzinę Kazachowie ci ogród, jaki będziesz chciał, Wadim, wyszykują. Wysłałbyś lepiej te blejtramy niepomalowane do domu kurierem, a nie nosisz je ze sobą i stawiasz bezużytecznie na piasku z widokiem na polskie morze.
Teraz to Wadim ma wracać, kiedy jego najgorsze sny się sprawdzają? Gdy drony kamikadze latają po całej Ukrainie, szukając niepatrzących w górę głów?
Koniec naprawdę, Wadim, powiedział i więcej nie poszedł sadzić trawy. Zostawia też za sobą bez żalu rabaty i klomby, a także zimowe ogrody rosnące tylko w krajach, gdzie nie jest już ciężko żyć. Przyrzekł sobie, że więcej nie zabije żadnego kreta w ogrodzie łopatą, ani nie będzie bezdusznie robił oprysków, zabijając nie tylko mszyce, ale też żaby, żuki i Bogu ducha winne ważki.
Edward Munch napisał wtedy list do Wadima z Norwegii. Chodził z tym listem Wadim przeszczęśliwy po całym Kołobrzegu. Żeby dłużej nie czekał, było napisane po ukraińsku, tylko przylatywał do Norwegii. Koniecznie, bo Wadim ma talent równy talentowi Muncha i niech da sobie spokój z Malczewskim, niech przestanie oglądać jego krakowskie bohomazy. Munch odstąpi mu swoją pracownie nieodpłatnie. Co innego materiały do malowania, które będzie musiał sobie Wadim kupić sam. Ale to szczegół, bo z socjalu w Norwegii odłoży sobie na nie najgorsze farby. Munch pokaże Wadimowi to miejsce, gdzie zobaczył „Krzyk”. I wiele innych miejsc, o których nie będzie się rozpisywał.
Jakby był Wadim za bardzo jego osobą skrępowany, Munch sam poprowadzi rękę Wadima rękę z pędzlem i jest duża szansa, że powstanie wówczas obraz „Szept”, sławny jak onegdaj „Krzyk” na cały świat.
A co do dobrego lekarza psychiatry, o którego się pytał Wadim na wszelki wypadek, odpowiada, że dostanie adres prawnuka lekarza, który leczył Muncha przy jego czterech obrazach „Krzyku”, po namalowaniu których zaraz zrobiło się Edwardowi gorzej. Jemu się leczyło nieźle u niego, ale dzisiaj lekarstw jest przecież nieskończenie więcej i nie musi się wcale stać, że Wadim do końca życia będzie pierdolnięty. Za dużo rzeczy, żeby też nie brał ze sobą, tylko bagaż podręczny, a mniej zapłaci za przelot.
Wszyscy odradzali Wadimowi wylot. Mam to w dupie, odpowiadał im i tyle.
Będzie Munch czekał na Wadima na lotnisku Gardermoen w Oslo w środę. Tylko jak miałby Wadim nie przylecieć, to żeby się więcej Munchowi nie pokazywał na oczy.
MARCIN BALCERZAK (ur. 1967) – mieszka i pracuje w Sieradzu.
Opowiadanie „Wadim” zwyciężyło w tegorocznej, drugiej edycji minifestiwalu literackiego poświęconego krótkiej formie. Minifestiwal „Temat: Opowiadania” odbędzie się w tym roku 16 listopada w warszawskiej Księgarni Czarnego (start o godz. 12.00, wstęp wolny).
Na tegoroczną odsłonę konkursu wpłynęło ponad pięćset zgłoszeń, z których jurorzy – reprezentanci „Tygodnika Powszechnego”, Wydawnictwa Czarne, Państwowego Instytutu Wydawniczego oraz Wielkiej Litery – wybrali zwycięzcę.
Laureatem ubiegłorocznego konkursu został Patryk Zalaszewski. Swoją pracą zachwycił redakcję Wydawnictwa Czarne, które zdecydowało się wydać jego debiutancki zbiór opowiadań „Luneta z rybiej głowy”. Książka trafiła do księgarń 13 listopada.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















