Jeśli wierzyć ludziom, którzy go znali, W.G. Sebald był przeświadczony, że przez całe życie nawiedzają go umarli. Patrzą na niego z fotografii, mijają go na ulicy, wyłaniają z się mgły, nakładają własne oblicze na twarz bliskiej mu osoby.
Stąd zainteresowanie miejscami dawno nieistniejącymi, albo takimi, w których zdeponowano czas miniony czy ruiny czasu: muzeami, archiwami, bibliotekami, gabinetami osobliwości. Stąd potrzeba podążania śladem zmarłych, odkrywania ich dyskretnej obecności w świecie, która z czasem, jak zaświadczają bliscy pisarza, zmieniła się w przymus pójścia w ich ślady.
Sebald i pasma czasu
Książki Sebalda doczekały się wielu interpretacji, lepszych, gorszych, przynależnych do któregoś z modnych kierunków współczesnej humanistyki, albo (co zazwyczaj ciekawsze) osobnych, świadczących o tym, że pisarstwo odludka z Norwich poruszyło do trzewi. Ta, którą zaraz przytoczę, wydaje mi się wspaniała. Otóż w posłowiu do drugiego polskiego wydania „Pierścieni Saturna” (Wrocław 2021) Maciej Płaza, tłumacz i prozaik oraz, rzecz tu nie bez znaczenia, znawca i koneser literatury grozy, dzieli się spostrzeżeniem, że samotną pielgrzymkę wybrzeżem hrabstwa Suffolk odbywa tu umarły.
Na poparcie swojej tezy Płaza przytacza aluzje poukrywane w tekście książki. A to cytat z „Pamiętników zza grobu” Chateaubrianda („jestem już poniekąd jak umarły”), to rzuconą en passant obserwację, że terminal amsterdamskiego lotniska Schiphol, pełen pasażerów, którzy snują się jak po zażyciu środków uspokajających albo zastygli gdzie popadło, przypomina zaświaty.
Ale nawet jeżeli wędrowiec z Suffolk, niekiedy tożsamy z Sebaldem, a czasem odległy od niego o całe mile, jest żywy, to trudno opędzić się od myśli, że na swej drodze wciąż spotyka umarłych. I to umarłych dwojakiego rodzaju.
Po pierwsze, ludzi, o których dałoby się powiedzieć, że skoro oficjalne daty ich życia odsyłają do minionych stuleci, to oni sami raczej na pewno (czy u Sebalda jest coś na pewno?), przynajmniej w sensie cielesnego bytowania, rozstali się z tym światem.
Po drugie, osoby o nieokreślonym statusie, może żywe, może nieżywe, albo z rozmaitych powodów trwające w osobliwym zawieszeniu między różnymi pasmami czasu. Jak łatwo zauważyć, przedstawiciele obydwu typów władni są nawiedzać żyjących, mogą się pod nich podszywać lub znienacka wychynąć z odmętów ich pamięci, dodatkowo potęgując zamieszanie na styku istnienia i nicości.
Z umarłymi trzeba ostrożnie
Obsesją śmierci tłumaczyć można zainteresowanie Sebalda historią zwyczajów i obrzędów pogrzebowych. Jego ślady odnajdujemy w „Pierścieniach Saturna”, gdzie mowa o urnach z hrabstwa Norfolk, odkrytych w XVII wieku, w epoce lekarza i polihistora Thomasa Browne’a (kto wie, czy nie najważniejszego, obok Kafki, pisarza Sebalda) i w niestety nieukończonej książce o Korsyce. Jej piękny fragment – o umarłych, którzy zjawiają się w naszym świecie w doczesnych powłokach, ale jakby rozmyci na brzegach i o piędź niżsi niż za życia – trafił do „Austerlitza” (2001).
W żadnym razie nie idzie o niewinny zapis etnograficzny. Relacja nieżyjącego dziadka szewca Evana, który jakoby widywał duchy, przywołana przez wnuka, w dzieciństwie zasłyszana i zapamiętana przez Jacquesa Austerlitza, przysposobionego syna ponurego walijskiego pastora, odtworzona po latach z pamięci, opowiedziana narratorowi i skrupulatnie (?) zanotowana, staje się aluzją do losów zamordowanych członków rodziny Austerlitzów. Mali wędrownicy z walijskiego pustkowia ukażą się na powrót, znów jako rozmyte widma, na celuloidowej taśmie propagandowego filmu nakręconego w hitlerowskim obozie Theresienstadt.
Może nie wszystkie przypadki są równie dramatyczne, niemniej z umarłymi trzeba ostrożnie. Zmarli to przecież – pisarz przypomni korsykańską legendę, chyba w tym celu, by rozciągnąć ją na innych zmarłych, więc także na siebie – istoty przewrażliwione, tworzące solidarną wspólnotę przeciwko żywym. I mają po temu swoje racje.
W rzeczy samej, Sebaldowska predylekcja do wypatrywania ruin świata – na fotografiach zbombardowanych niemieckich miast, w muzeum historii naturalnej, splądrowanym dworze, porzuconej bazie wojskowej, reliktach przemysłowego Manchesteru, wyeksploatowanej ławicy śledzi czy zakładzie dla obłąkanych – i dostrzegania śladów minionych katastrof, albo zapowiedzi katastrofy kolejnej, wynika tyleż z trwogi wobec zaświatów, co z przekonania, że jesteśmy dłużnikami stworzeń, których już nie ma. Także w tym sensie, że niesiemy dalej ich krzywdy oraz ich winy.
Powie ktoś, temperament melancholijny każe wybierać pisarzowi te elementy świata, które pasują do jego wizji, a pomijać inne. Bywało, że zarzucano Sebaldowi, iż nadmiernie nasyca świat smutkiem i wszędzie widzi tylko przejawy „historii naturalnej zniszczenia”. Jednak melancholia to nie tylko poczucie utraty i nieskończoność enumeracji. To także – na pewno u Sebalda – poszukiwanie jakiejś organizującej zasady, która pozwoliłaby choćby na moment okiełznać dręczącą widmowość świata.
Nie wszystko jest atrapą
Kto raz czytał Sebalda i zachwycił się jego prozą, pamięta kunsztownie splecione wątki, obrazy i cytaty z kultury, tworzące gęstą sieć o hipnotycznej mocy. Na pewno nie idzie tylko o literacką pozę, popisywanie się erudycją. Sebald, z książki na książkę doskonalący metodę patchworku i z upodobaniem odnotowujący koincydencje i przypadki obiektywne, próbuje w ten sposób odsłonić sieć tajemnych powiązań pomiędzy rzeczami.
Czy istotnie układa się ona, jak utrzymuje Thomas Browne (1605-1692), w geometryczny wzór quincunx – nie wiadomo. Być może dzieje się tak w tych rzadkich chwilach iluminacji, gdy świadomość, przejściowo zwolniona z innych zadań, scala siebie i świat wokół. Zazwyczaj wzór pozostaje niewidoczny, a rzeczywistość się wymyka. Dlatego trzeba nam, mówi Sebald, zadowolić się fragmentem, zarysem przedmiotu, konturem zjawiska, widmem człowieka. Jeżeli quincunx naprawdę istnieje w przyrodzie (relacjonując poglądy Browne’a w „Pierścieniach Saturna”, Sebald przytomnie dodaje słówko „rzekomo”), to tylko jako podszewka. Na powierzchni kłębi się mgła.
Z tego względu pisanie książek jest tyleż próbą odzyskania wzoru, co tworzeniem brikolaży, składaniem tekstu z tego, co wpadnie pod rękę, a co wzór odlegle przypomina. A więc również z atrap i falsyfikatów, te bowiem, niekiedy tak się zdarza, lepiej przylegają do świata, skuteczniej uruchamiają pamięć i wyobraźnię i opisują konkretne zjawisko, niż historie „autentyczne”. Tym bardziej, że przeszłość, a więc prawda historyczna i osobista, złożona jest w równych proporcjach z faktów i zmyśleń, z przeżyć i z mitów, z zapożyczeń, mniemań, przekręconych wspomnień, wmówionych sobie cytatów. Jest opowieścią. Ale o tym wie każdy człowiek, nie tylko pisarz.
Tyle że nie wszystko – mówi nam Sebald – jest atrapą i falsyfikatem. Nasz własny zawrót głowy, nazwijcie go zachwytem, nazwijcie przerażeniem albo niepewnością – falsyfikatem nie jest. Zawrót głowy, pierwszy człon polskiego tytułu debiutanckiej książki Sebalda, to w oryginale „Schwindel”. Stare niemieckie słowo pochodzi od czasownika „swinden”, znaczącego pierwotnie tyle, co „marnieć” albo „tracić świadomość”. Ale przynajmniej od nowożytności rzeczownik „Schwindel” posiada także inne konotacje: „oszustwo”, „złudzenie”. Polszczyzna, pożyczając szwindel od Niemców, zachowała tylko to drugie. Tymczasem niemiecki „Schwindel” jest nadal słowem wirującym. Jest w nim miejsce i na rozmyślne wprowadzanie w błąd, i na utratę świadomości, jak też (co u Sebalda chyba kluczowe) na zasadnicze poczucie niepewności co do statusu doświadczanego świata.

Biografia Sebalda: zbuntowany nastolatek, emigrant, melancholik
Metoda pisarska Sebalda i towarzyszące jej kontrowersje (kłamał czy nie kłamał?) stały się jedną z osi fabularnych obszernej biografii, pióra angielskiej pisarki i dziennikarki Carole Angier. Najogólniej mówiąc, idzie o dość swobodny stosunek do prawdy materialnej i o znane z reporterskiego poletka spory o tożsamość postaci i o to, do kogo należy życiorys człowieka – do osoby, na której życie się składa, czy do pisarza, który zrobi z niego użytek, wybierze interesujące fragmenty, to i owo zmieni, układając własny patchwork? Tudzież do kogo człowiek należy po śmierci? Do społeczeństwa i czytelników, także tych, którzy łakną sensacji albo przebierają nogami, żeby osądzić artystę i wyrzucić jego dzieło? Do rodziny i spadkobierców? A może tylko do siebie? Ale skoro tak, czy wtenczas sam Sebald miał prawo, jako pisarz, do tego niemiecki, wykorzystywać życiorysy innych ludzi, zwłaszcza w tak newralgicznej sferze, jak dzieje żydowskich ocaleńców z Zagłady?
To właśnie między innymi dzięki skrupulatnym śledztwom i kwerendom Angier wiadomo, że Sebald zmyślał jako autor pozornie dokumentarnej prozy i jako człowiek przepytywany przez dziennikarzy ze swego życia i warsztatu. Bezceremonialnie poczynał sobie z pierwowzorami postaci, wykorzystywał prywatne fakty z ich życia, inne fingował, z wielu osób sklejał jedną, i odwrotnie, rysami jednego człowieka obdzielał kilku innych. Gwoli kompozycji zmieniał kolejność wydarzeń, nakładał na siebie plany czasowe, modyfikował szczegóły, przetwarzał cudze opowieści, pożyczał fabuły, zmieniał cytaty, wstawiał w tekst sfingowane dokumenty i fałszywe fotografie… Bawił się z czytelnikami w kotka i myszkę, a potem zacierał ślady, choć nie na tyle, by zainteresowane osoby nie rozpoznały się w jego prozie. Literacki brikolaż składał z setek kawałków i w dodatku kręcił w wywiadach.
Opublikowana w 2021 r., w dwudziestą rocznicę śmierci autora „Wojny powietrznej”, biografia pisarza właśnie ukazuje się w polskim przekładzie. Carole Angier, wyraźnie zafascynowana swoim bohaterem, z którym ongiś przeprowadzała wywiad z okazji premiery książki „Wyjechali”, skrupulatnie rekonstruuje jego życie – od narodzin Winfrieda Georga w bawarskiej wsi Wertach w 1944 r., po śmierć W.G. (Sebald porzuci imiona jako zbyt germańskie) na angielskiej szosie w grudniu 2001.
Oto kolejno wyłania się Sebald chłopiec i zbuntowany, skłócony z ojcem nastolatek, student filologii germańskich we Fryburgu, emigrant, nauczyciel akademicki w Manchesterze i Norwich, zadzierżysty krytyk rewidujący kanon powojennej literatury niemieckiej, melancholik ze skłonnością do depresji, maniakalnie pedantyczny pisarz, pracoholik i autor kilku tomów dziwnej prozy, które przyniosły mu zasłużoną sławę, ale też wyssały z sił i odebrały resztki zdrowia.
Swoją opowieść Angier obficie inkrustuje archiwalnymi fotografiami, naśladując graficzny kształt jego książek. Biografii wychodzi to na dobre i na złe. Złe, bo trudno oprzeć się wrażeniu, że obcujemy z irytującą imitacją „Czuję. Zawrót głowy” czy „Austerlitza”, do czego przyczynia się pretensjonalny, silący się na Sebaldowską enigmatyczność tytuł: „Ciszo, przemów”. Dobre, bo łącząc możliwie najściślej pisarstwo Sebalda z jego życiem, Angier odkrywa powinowactwa głębsze niż trywialny schemat autobiograficzny. Przeplata życiorys Sebalda życiorysami jego postaci (bohaterowie zbioru „Wyjechali” otrzymali wręcz własne podrozdziały odpowiadające konkretnym etapom życia ich autora), sprawiając, że tworzą frapującą tkaninę. Nauczyciel Paul Bereyter, maniak kolei, czy Ambros Adelwarth, butler i towarzysz dziedzica bankierskiej fortuny Cosmo Salomona nie tylko mają coś z Sebalda, ale rewanżują się tym samym, udzielają mu cząstki własnego istnienia. W rezultacie Sebald jawi się jako istota o dalece niestabilnej ontologii. Bardziej widmo niż żywy człowiek.
Historia życia pisarza: więcej milczenia niż mowy
Chciałoby się powiedzieć: imponująca praca i próżny trud. Kopiując metodę Sebalda, jego biografka wpada w pułapkę, jaką na nią zastawił (i jest tego świadoma). Albowiem Sebald nie pozwala się przyszpilić. Jego biografia jest jak mgławica. Pełna dziur i zgęstek narracyjnych, literackich kryptocytatów i podkradzionych elementów cudzych życiorysów, raz zbyt spoista, innym razem niepokojąco ulotna, pozbawiona substratu, być może faktycznie, jak proponuje Katarzyna Kończal (autorka „Sygnatur Sebalda”), odzwierciedla nieciągłą, widmową naturę rzeczywistości.
Literackim wyrazem tejże widmowości są liczne imiona oraz to, jak o autorze „Austerlitza” pamięta się i mówi. Oraz nie pamięta się i nie mówi, bynajmniej nie tylko dlatego, że część potencjalnych rozmówców już umarła. Angier odsłania niemało problemów z pamiętaniem i mówieniem. Już na wstępie wylicza osoby, które odmawiając rozmowy o pisarzu, wydatnie powiększyły białe plamy: żona, córka, najbliższy przyjaciel, zaufany redaktor. Spadkobiercy nie tylko zablokowali biografce dostęp do archiwów i prywatnej korespondencji, ale też zabronili cytować jego utwory i publiczne wypowiedzi. „Historia życia pisarza jest bardzo dziurawą siecią” – podsumowuje Angier historię swego tkania. I faktycznie, niektóre partie książki, skądinąd przegadanej i nie wolnej od dłużyzn, składają się w większej części z milczenia niż z mowy.
Milczał również sam Sebald. Owszem, w ostatniej dekadzie życia udzielał wywiadów, ale mylił tropy, zasłaniał się niepamięcią, kluczył. Osobliwe wrażenie: jego niechęć do wynurzeń koresponduje z niechęcią niemieckich dziadków i rodziców, żeby mówić o Trzeciej Rzeszy, oraz ze strachem ocaleńców z Zagłady, którzy po wojnie pragnęli całkowicie zatrzeć ślady dawnej tożsamości. Tak jakby walcząc z udawaną amnezją ojca i odszyfrowując sfingowane życiorysy żydowskich dzieci ewakuowanych do Anglii w Kindertransportach, nasiąkł ich milczeniem.
W ogóle miał skłonność do nasiąkania. Sebald, zauważa biografka, a wtórują jej przyjaciele i znajomi pisarza, nie tylko nazbyt utożsamiał się z innymi ludźmi, ale niejako wchłaniał ich los. Ile było w tym autentycznego współczucia, ile narcyzmu – trudno przesądzać. Nie ulega kwestii, że przewrażliwienie i zmysły wyostrzone do granic wydolności kosztowały go wiele. Pod koniec życia Max (imię zarezerwowane dla najbliższych) spalał się w zawrotnym tempie.
W swoim ostatnim wykładzie, wygłoszonym w Stuttgarcie miesiąc przed śmiercią, który stał się czymś w rodzaju testamentu, mocno podkreślił restytucyjny wymiar pisania. Służy ono nie tylko zapisowi faktów czy poznaniu naukowemu, ale odzyskiwaniu tego, co utracone, może wręcz ożywianiu umarłych. Wziąwszy sobie ten postulat do serca, Carole Angier spróbowała ożywić Sebalda. Ale on wymknął się jak duch. Tylko umarli tak potrafią.

Carole Angier CISZO, PRZEMÓW. SZUKAJĄC W.G. SEBALDA, przeł. Maciej Stroiński, Znak, Kraków 2024
SEBALD W KOMPLECIE
CZUJĘ. ZAWRÓT GŁOWY (1990)
Punktem wyjścia dla niezwykłej wędrówki jest legenda o myśliwym Grakhusie, człowieku, który nie całkiem umarł. Narrator podąża śladami Stendhala, Kafki, podróżuje po Austrii i Włoszech, ale tylko po to, by na koniec dotrzeć do samego siebie z odległej przeszłości. Pierwsza i ostatnia tak otwarcie autobiograficzna książka Sebalda.

WYJECHALI (1992)
Cztery opowieści o emigrantach i ludziach wykorzenionych, których historia i prześladowania zmusiły do zatarcia własnego życiorysu albo skazały na tułaczkę. Uniwersalny traktat o widmowej przeszłości i szczątkach dawnego świata. Sebald doskonali swój warsztat, swobodnie łącząc prozę dokumentarną z literacką fikcją.

PIERŚCIENIE SATURNA (1995)
Nadmorska wędrówka odludnym wybrzeżem angielskiego hrabstwa Suffolk staje się pretekstem do snucia opowieści o przejawach historii naturalnej zniszczenia i jej śladach, widocznych w pejzażu, na fotografiach i w dokumentach. Pielgrzymce patronuje Thomas Browne, a centralnym motywem jest jedwabna nić.

AUSTERLITZ (2001)
Literacka rekonstrukcja życiorysu fikcyjnego Jacques’a Austerlitza, żydowskiego chłopca z Pragi ewakuowanego do Wielkiej Brytanii, przepleciona rozważaniami o pamięci i zapomnieniu, kłopotach z tożsamością i widmach umarłych w naszym świecie. Patronem peregrynacji bohatera jest Ludwig Wittgenstein, a ponurym memento – budowle forteczne nowożytnej Europy.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















