Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

W zasięgu wzroku

W zasięgu wzroku

17.10.2016
Czyta się kilka minut
Być jego fanem to była oczywistość. Jak założenie szalika w narodowych barwach. Jak głosowanie na naszego najsławniejszego przedstawiciela w światowym konkursie sztuki.
W Łodzi, 1974 r. Fot. Aleksander Jałosiński / FORUM
W

W czasach mojej licealnej młodości Andrzej Wajda był od razu kimś z innego, wyższego świata. Urodziłem się za późno, żeby należeć do premierowej widowni filmów szkoły polskiej. Ale „Kanał” i „Popiół i diament”, nawet oglądane – jak w moim wypadku – z paroletnim opóźnieniem, na małym ekranie telewizora Wisła, robiły tak piorunujące wrażenie, że nie wątpiło się w zupełnie wyjątkowy status ich autora. Potem wzmocnił tę wyjątkowość pierwszy film Wajdy, który zobaczyłem w kinie w okresie jego polskiej premiery: obejrzana jesienią 1964 r. w gliwickim kinie X nowelowa „Miłość dwudziestolatków” dowodziła, że nawet w silnej międzynarodowej konkurencji (wśród piątki reżyserów był m.in. Truffaut) on, Polak, jest najlepszy.

Mistrz w blasku jupiterów

Wkrótce, w środku studiów, po przeczytaniu „Sennika współczesnego” i „Wniebowstąpienia” oraz po zobaczeniu filmu „Wszystko na sprzedaż”, miałem dwóch ulubionych artystów i tak już zostało. Ale być miłośnikiem Tadeusza Konwickiego oznaczało – należeć do, może i rozległej, ale jednak niszy (czy też nyży), przerzucać się w gronie wtajemniczonych niepodrabialnymi cytatami w gwarze wileńskiej.

Natomiast być fanem Wajdy to była oczywistość. Jak założenie szalika w narodowych barwach. Jak głosowanie na naszego najsławniejszego przedstawiciela w światowym konkursie sztuki. W dodatku Konwicki wyglądał zwyczajnie, można go było nie rozpoznać na ulicy. Wajda w tym czasie stylizował się na dandysa – w wymyślnych marynarkach, z długimi włosami, cygarem w ustach, nonszalancką pewnością siebie. Mieszkałem w tym okresie na placu Szczepańskim, zdarzało mi się więc w drodze na uczelnię mijać się z nim, kiedy wchodził na próby do Starego Teatru – zawsze w nimbie niezwykłości, w otoczeniu znanych aktorów albo zagranicznych dziennikarzy.

Ale właśnie wtedy zdarzył się moment przełomowy: przedstawienie „Biesów”. Oglądałem je kilkakrotnie w ciągu paru lat, w różnych obsadach. To było dotknięcie genialności, przeniesienie w inny wymiar. Wraz z premierą w kwietniu 1971 r. zaczynała się wielka dekada Wajdy. Wszystko, czego dotykał, zamieniało się wówczas w złoto.

Ale to nie było złoto oficjalne, zdobywane w glorii i chwale, może poza jednym, zamykającym tę dekadę epizodem, kiedy canneńska Palma za „Człowieka z żelaza” udosłowniła je (ale zaledwie na chwilę).

Na ogół to było złoto z podziemia, obrazoburcze i wywrotowe. W kraju przez cały ten czas nękany był przez stronnictwo narodowo-komunistyczne za rzekomą antypolskość, przeciw zagranicznemu tournée „Biesów” protestowali Rosjanie, Niemcy źle przyjęli potraktowanie swego kraju w „Piłacie i innych” (choć wcześniej, trzeba przyznać, zapewnili Wajdzie twórczą wolność), a o wprowadzeniu tego niezwykłego filmu na polskie ekrany nie było nawet mowy. Żydowskie lobby w amerykańskiej Akademii oskarżyło go o antysemityzm i zadecydowało o nieprzyznaniu Oscara należącego mu się za „Ziemię obiecaną”, rodzima władza nie zapomniała mu, jak wodził ją za nos przy realizacji „Człowieka z marmuru” i w odwecie starała się ograniczyć do minimum jakiekolwiek oddziaływanie filmu. W takim świetle okazywało się, że medialna autokreacja sprzyjała wyrabianiu sobie przez reżysera odrębnej, mocnej pozycji – najpierw we własnym środowisku, potem poprzez nie – wobec wszelkich zewnętrznych decydentów.

Jak sięgam pamięcią, kino polskie to „Wajda i inni”. Sprzyjał temu fakt, że Wajda był niezwykle efektownym mówcą. Dało się przy tym zauważyć pewną prawidłowość: im mocniejsza stawała się jego pozycja, tym mniej grał na siebie, bardziej na środowisko, które reprezentował. Parę razy miałem okazję słuchać jego wystąpień w końcówce dekady, kiedy już był nie tylko szefem własnego Zespołu Filmowego, ale w dodatku prezesem Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Za każdym razem trudno sobie było wyobrazić, żeby ktoś lepiej wykonał zadanie, jakie przed sobą postawił.

Kiedy w sezonie Solidarności przyjął zaproszenie na spotkanie ze studentami Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego, gdzie wówczas pracowałem, powitany został entuzjastycznie, ale uniknął odgrywania gwiazdorskiej roli. Wybrał za temat wykładu pracę debiutanta nad „Pokoleniem” i przemawiał do słuchaczy jak starszy kolega, dzielący się doświadczeniem młodszymi, żeby nie popełnili w przyszłości jego błędów. Oratorskim popisem było jego wystąpienie na Kongresie Kultury Polskiej – w sobotę 12 grudnia 1981 r., w ostatnim dniu swobody. Przygotował piękną mowę o niezbędnej artyście wolności twórczej i dołączył ją potem do materiałów kongresowych, ale pod wpływem przebiegu obrad postanowił jej nie wygłaszać. Zaimprowizował zupełnie inne przemówienie – głównie o tym, jak wyobraża sobie samorząd artystyczny, który powinien teraz powstać. I porwał salę, bo użył jednej ze swoich głównych umiejętności – wyczucia potrzeby chwili.

Nie dość więc, że uformował wyobraźnię swoich rodaków, pokazując, jak wyglądało życie ich kraju w ciągu minionych dwustu lat. W tamtym trudnym momencie, który wydawał się przełomowy, odnosiło się wrażenie, że on jeden wie, co trzeba robić.

Tytan pracy w świetle dziennym

Osobiście poznałem Andrzeja Wajdę w innej sytuacji i w innej epoce. Trudno mi to dziś dokładnie zrekonstruować, przypuszczam jednak, że zdarzyło się to w 1983 r. W następstwie swego nieprzejednania wobec władzy, która wprowadziła w Polsce stan wojenny, najwybitniejszy reżyser zaczął być przez tę władzę traktowany jak najgorzej. Przestał być prezesem Stowarzyszenia, jego Zespół „X” rozwiązano. Spośród wielu funkcji, które jeszcze niedawno pełnił, zostały mu nieliczne, wśród nich – przewodniczenie Radzie Federacji Dyskusyjnych Klubów Filmowych. To z jego inicjatywy Roman Gutek zwołał do Warszawy posiedzenie tej Rady. Nie przypuszczam, żebym był jej członkiem; działałem wtedy jednak w krakowskim DKF-ie Kinematograf, świetnie prosperującym. Być może w zastępstwie jego prezesa, dość że znalazłem się na tym posiedzeniu, bardzo kameralnym, w gronie może dziesięciu osób.

 Najważniejsze było wszystko to, co mówił Andrzej Wajda, nie miało to jednak tym razem cech przemowy. Mistrz przestrzegał, żeby nie odpuszczać, trzymać poziom, dawać ludziom odczuć, jak dobrze jest spotykać się wieczorami. Wtedy pewnie pierwszy raz zauważyłem, że wielki reżyser jest inny, niż mi się wydawało – normalny, bezpośredni, najzwyczajniej w świecie sympatyczny.

Przez parę następnych lat spotykałem się z panem Andrzejem właśnie przy okazjach DKF-owskich. W grudniu 1984 r. w Rybniku, gdzie obaj byliśmy referentami dorocznego Zjazdu Klubów. Gwoździem programu był oczywiście wykład Wajdy. Mówił o swoich niezrealizowanych filmach – porywająco jak zawsze, ale bardziej jak gawędziarz niż retor. Nigdy wcześniej nie zetknąłem się z wypowiedzią na taki temat i poczułem, że i historia filmu może być uprawiana od takiej strony. Dwa lata później Mistrz przybył do naszego DKF-u w krakowskim kinie Związkowiec z okazji dwudziestolecia śmierci Zbigniewa Cybulskiego. Zobaczyłem go wtedy w innym jego popisowym numerze, podpatrzonym niegdyś – co wyznał lojalnie – u Andrzeja Munka. Na jakimś studenckim zebraniu w Łódzkiej Szkole Filmowej Munk miał referat o wartości filmu barwnego. Przy jednym końcu stołu wygłosił jego pochwałę, potem przy drugim – biadał, jakie to będzie nieszczęście dla kina. Wspomniawszy to, Wajda po jednej stronie stołu na scenie Związkowca opowiedział, jak wybitnym aktorem był Cybulski, a po drugiej – jak bardzo nieprofesjonalnym. Bliższa była mu oczywiście ta pierwsza wersja, ale już zaczynałem się wtedy orientować, z jakim upodobaniem ten niezłomny dowódca filmowych ekip przypomina, że każda podjęta decyzja i powzięta ocena ma też swój rewers, wart uwagi. Swoją drogą, poznawałem również wtedy jego poczucie humoru, refleks przy zwischenrufach. Ale jego improwizacje były zawsze przygotowane: na początku każdego wykładu kładł przed sobą kartkę z dyspozycjami, zanotowanymi jego słynnym pięknym pismem.

Pod koniec dekady, wykorzystując powiew wolności, założyliśmy stowarzyszenie Krakowska Alternatywa, a w jego ramach wyprodukowaliśmy wspólnymi siłami dokument o Andrzeju Wajdzie. Dla jego potrzeb przeprowadziłem przed kamerą długą rozmowę z Mistrzem, głównie w Radomiu, bo konstrukcja filmu była rozpięta między dwoma ważnymi dla niego wydarzeniami z tego samego kwietnia 1989 r.: w Muzeum Okręgowym w Radomiu przygotowywał swoją największą wystawę autobiograficzną „Autoportret”, na Uniwersytecie Jagiellońskim odbierał swój pierwszy polski doktorat honoris causa. To wtedy na dobre zacząłem zaznajamiać się z jego biografią. Kiedy w 1993 r. wróciłem po czteroletnim pobycie z Francji (gdzie też zresztą parokrotnie spotykałem się z panem Andrzejem) i intensywniej zająłem się krytyką, starałem się nie opuszczać żadnej okazji przeprowadzenia z nim wywiadu czy napisania o jego nowym utworze. Aż po pewnym czasie znalazłem się w szerokim gronie jego współpracowników.

„Jeszcze do tego wrócimy”

Reżyseria to przecież praca z innymi. Żeby zrobić film, reżyser nawiązuje kontakt ze scenarzystą i producentem, do których ma zaufanie, a potem z kolejnymi członkami ekipy. Inscenizowanie przedstawienia zaczyna się od rozmowy z dyrektorem teatru. Andrzej Wajda, prowadzący tak wielostronną działalność, opierał się na szeregu takich zespołów. W Warszawie miał grono zaufanych przyjaciół, z którymi prowadził swoją szkołę mistrzowską. W Krakowie – zespół prowadzący stworzone przezeń wraz z żoną Muzeum Manggha, z umieszczonym w nim nieocenionym Archiwum. Jeszcze innych współpracowników angażował do różnych prac bieżących – projektów architektonicznych, wystaw, przeglądów, katalogów. Nie miał komórki, nie używał komputera; do organizowania wszystkich tych zajęć służyły mu wykonywane z domu telefony, odręcznie pisane listy, a zwłaszcza bezpośrednie spotkania, które były jego żywiołem.

W okresie mojej współpracy recenzenckiej z „Tygodnikiem Powszechnym” to on zaproponował, żebym przeprowadził rozmowę z nim o filmie Formana „Skandalista Larry Flynt”, bo miał coś ważnego do powiedzenia o tym filmie; no i ukazała się ta rozmowa w 1996 r. Kiedy zajął miejsce po Fellinim w Akademii Francuskiej, prosił, bym mu przygotował zestaw cytatów z polskiej krytyki poświęconej autorowi „Osiem i pół”, bo chciał – cały Wajda w tym! – wykorzystać swoją poświęconą poprzednikowi laudację na pochwalenie się rodzimą myślą krytyczną. Kiedy przystępował do realizacji „Pana Tadeusza”, długo wahał się, czy to dobry pomysł; prosił wtedy, żeby mu zorganizować spotkanie ze studentami. Zebrał się ich spory tłum w klubie Pod Jaszczurami, z profesorami włącznie; a pan Andrzej znów – po jednej stronie stołu, że to świetny pomysł, po drugiej – że fatalny.

Myślę, że utwierdziliśmy go wtedy w pierwszej opinii. Parę lat później wpadła mu w ręce praca magisterska o Jerzym Lipmanie, napisana w łódzkiej szkole przez Marcina Marona; przekazał ją Wajdzie Jerzy Wójcik, który był jej recenzentem. Pan Andrzej wymyślił natychmiast, że to dobra okazja, żeby na bazie tej pracy wydać zbiorową książkę albumową; wielkiemu operatorowi należy się to od środowiska. Zlecił mi to zadanie, a ja wykonałem je, jak umiałem, stale potem korzystając z jego pomocy. On sam usuwał się w cień; nawet swój wstęp podpisał „Przyjaciele”.

To tylko kilka pierwszych z brzegu przykładów. Postanowiłem, że nigdy mu nie odmówię, bo jego zamówienia były nie tylko zaszczytne, ale też zawsze pouczające. Jednocześnie był hojny w odwdzięczaniu się. Spotykał się z naszymi studentami, ilekroć go o to prosiliśmy; wyciągał notatnik i wpisywał datę. Kiedy wydaliśmy „Encyklopedię Kina”, nie tylko napisał wstęp, ale brał udział w promocji, włącznie z programem „Kawa czy herbata” o siódmej rano. Nie napisałbym jego biografii, gdyby nie jego pomoc. Przez cały rok był zawsze do dyspozycji; gromadził dla mnie materiały, podsyłał zdjęcia. Podobało mu się, że książka miała ukazać się w serii Wydawnictwa Dolnośląskiego „A to Polska właśnie”. I że wcześniej ukazała się w niej monografia Tadeusza Kantora.

Przez te lata poznałem Andrzeja Wajdę odległego od moich dawnych wyobrażeń o niedostępnym mistrzu. Był nieustannie zajęty, ale zarazem gotowy do zajęcia się czymś nowym. Kiedy akurat nie pracował nad filmem – rysował, pisał, notował, organizował. Absolutnie słowny i bezwzględnie punktualny, miał wszystkie zalety kojarzone ze skromną solennością. Ale zarazem był wizjonerem, starającym się urzeczywistnić najbardziej szalone pomysły, jak wspomniane Muzeum Manggha.

Niektóre z tych projektów były trudne i kontrowersyjne; musiały go narazić na krytykę i kłopoty, jak „Katyń” czy film o Wałęsie. Nie bał się. Kiedy nawet był skłonny do ugody – w wojowniczej postawie wspierała go żona. Tworzyli wspaniałą parę. Pani Krystyna go chroniła. Kiedy się oddalał – co chwilę dzwoniła do kogoś z otoczenia, kto miał komórkę, czy wszystko w porządku. Kiedy jakiś czas temu wyszła wredna książka „Pan Andrzej”, prosiła mnie: „Tylko proszę nigdy o niej nie wspominać; ja ją wyrzuciłam, żeby Andrzej jej przypadkiem nie przeczytał”.

Miał busolę i trzymał się swojej linii. Ale często się wahał, zwłaszcza w sprawach sztuki; radził się wielu osób, ciekaw cudzego zdania. Ale to on sam był najostrzejszym krytykiem własnej twórczości. Przez lata wracał do błędów, które niegdyś popełnił – nie tylko realizując filmy, które mu rzeczywiście nie wyszły, jak francuska adaptacja „Biesów”, ale i te powszechnie cenione, jak „Kanał” czy „Niewinni czarodzieje”.

W toku naszej ostatniej rozmowy, po projekcji w Gdyni, zorientowałem się, że wcale nie jest pewien wartości „Powidoków”. Chciał się dowiedzieć, dlaczego tak naprawdę film mi się podobał. „Tylko proszę nie mówić, że z powodu aktualności, bo to dla filmu najgorsze”. Zaimprowizowałem najkrótszą recenzję, a pan Andrzej na to: „No dobrze, jeszcze do tego wrócimy”. Nie wrócimy. ©

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]