Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Bez niego nas nie ma

Bez niego nas nie ma

17.10.2016
Czyta się kilka minut
Kiedy podczas rozmów próbowało się wracać do jego przeszłych filmów, miało się wrażenie, że komplementów i zachwytów słucha nieuważnie. On już był gdzie indziej, wychylony w przyszłość, ku nowym pomysłom i zadaniom.
W domu przy ulicy Hauke-Bosaka w Warszawie, 1967 r. Fot. Bogdan Łopieński / FORUM
D

Dokładnej daty teraz nie ustalę, ale działo się to w niewiele miesięcy po premierze. Szkolna wycieczka do teatru kojarzy się z nudą i przymusem, który odreagować trzeba sztubackimi żartami. Wtedy, w Krakowie, w Starym, nie mieliśmy ochoty na żarty.

Nastolatki, drugo-, a może już trzecioklasiści z szacownego liceum imienia Króla Jana III Sobieskiego, siedzieliśmy wbici w fotele, a wokół nas szalało pandemonium. Aktorzy, włącznie z tymi, których obsadzono w najdrobniejszych rólkach, grali jak natchnieni, ze sceny wylewało się na widownię szarobure błoto, w antraktach czarne postacie biegały w ciemności przy ogłuszającej muzyce. No i ten duet: demoniczny Jan Nowicki i nadekspresyjny Wojciech Pszoniak, Stawrogin i Wierchowieński młodszy. Kto przejdzie taką inicjację teatralną, nigdy już nie będzie taki sam...


CZYTAJ SPECJALNY DODATEK ANDRZEJ WAJDA. POŻEGNANIE >>>


„Biesy” w reżyserii Andrzeja Wajdy miały premierę 29 kwietnia 1971 r., oglądałem je więc 45 lat temu. Dziś znam historię powstania tego spektaklu i zmagań Wajdy z materią tekstu, który coraz bardziej oddalał się od scenicznej wersji Alberta Camusa i coraz bliższy się stawał duchowi Dostojewskiego. Wiem o dramatycznej próbie generalnej, kiedy nagła śmierć Kazimierza Fabisiaka uznana została zrazu przez innych aktorów za kolejny reżyserski pomysł. Wtedy nie musiałem tego wiedzieć, a i tak czułem napięcie promieniujące ze sceny. Czuję je do dzisiaj.

Trzy lata później, również w Starym, była „Noc listopadowa”. Przejmujący wielogłos bogiń (znów muzyka Zygmunta Koniecznego) i Barbara Bosak jako Pallas Atena wzywająca „Do broni, do broni, do broni...”, siedemdziesięciokilkuletnia Zofia Jaroszewska w duecie z młodziutką Anną Dymną jako Demeter i Kora. A w roku 1976 przedpołudniowy seans w krakowskim kinie Uciecha. Sala mimo wczesnej godziny pełna, po zakończeniu projekcji najpierw długa cisza, potem oklaski, nigdy wcześniej przeze mnie w kinie niesłyszane. Tak, to był „Człowiek z marmuru”.

Spod Wawelu na Dębniki

To ma być tekst o Wajdzie prywatnym, więc choć trudno odłączyć człowieka od jego dzieła, nie będę pisał o spotkaniach z jego filmami (ech, ten „Danton” z niemieckim dubbingiem, oglądany wiosną 1983 r. w Wiedniu – poszliśmy ze znajomymi do kina, nie wiedząc, czy cenzura nie zdejmie filmu z ekranów, zanim wrócimy do kraju). Zrobię jeden wyjątek – a dotyczy on serialu „Z biegiem lat, z biegiem dni”. Bo dla mnie, krakowianina z urodzenia, było to spotkanie najbardziej może osobiste.

Wielogodzinny spektakl zrealizowany w Starym Teatrze na 60-lecie niepodległości, przeniesiony potem w ośmiu odcinkach na ekran telewizyjny, pozostaje do dzisiaj najpiękniejszym filmem o moim mieście, jego śmiesznościach i wielkości, zaściankowości i zdolności otwierania się na świat. Wielka w tym zasługa Joanny Olczak-Ronikier, która zbudowała ciągłą opowieść, misternie sklejając utwory kilku pisarzy, od Michała Bałuckiego przez Gabrielę Zapolską i Jana Augusta Kisielewskiego po Juliusza Kadena-Bandrowskiego. Wspaniali są aktorzy, którzy najwyraźniej pokochali swoje postacie. Ale jest też czułe oko reżysera (obok Wajdy był to Edward Kłosiński), wydobywające urodę miasta w taki sposób, że od farsy przechodzimy w jednej chwili niemal do patosu – jak w scenie, w której uczestnicy nocnej hulanki docierają nad ranem na Wawel.

Bo też Kraków, w którym Wajda znalazł się podczas wojny, w którym przeżył pierwsze olśnienie japońskimi zbiorami Feliksa „Mangghi” Jasieńskiego i w którym studiował na Akademii Sztuk Pięknych, z latami stawał się coraz bardziej jego miastem. A przełomem była decyzja, by Nagrodę Kioto przeznaczyć na budowę siedziby dla kolekcji Mangghi.

„Przyjdzie się chyba wyprowadzić na Dębniki!” – lamentuje w serialu Aniela Dulska, genialnie zagrana przez Annę Polony. Wajda rozwiązał ten problem, po prostu zmieniając peryferyjne Dębniki w jedno z centrów krakowskiej kultury. Dzisiejsze Muzeum Manggha to przecież nie tylko zbiory i świetne cykliczne wystawy, nie tylko wyjątkowej urody gmach, który odwiedziła nawet japońska para cesarska, nie tylko jedyna przez wiele lat nowa inwestycja kulturalna w tym bardzo kulturalnym mieście, nie tylko niedawno otwarta druga galeria – ale po prostu miejsce, do którego się przychodzi, w którym czujemy się dobrze i w którym udaje się każda impreza.

To właśnie wtedy, gdy powstawało Muzeum Manggha, dzięki Joannie Olczak-Ronikier i Kasi Zimmerer znalazłem się w kręgu Andrzeja i Krystyny. Dwoje wielkich artystów, podziwianych dotąd z daleka, zaczęło się stopniowo przeistaczać w ludzi bliskich, serdecznych, troskliwych. I co szczególnie ważne: przyjacielskie (wolno mi chyba tak powiedzieć) relacje traktujących niezdawkowo. Ta bliskość długo była trochę onieśmielająca, trochę zaś odczuwałem ją jako rodzaj zobowiązania.

Pod koniec 1999 r. zacząłem pracować z Andrzejem Wajdą nad jego autobiografią, która otrzymała ostatecznie tytuł „Kino i reszta świata”. Kiedy przyszła wiadomość o Oscarze za całokształt twórczości, prace na życzenie wydawcy gwałtownie, może nawet nadmiernie, przyspieszyły. Jeździłem wtedy kilkakrotnie do Warszawy i żoliborski dom przy Hauke-Bosaka dopełnił mi obrazu obojga Wajdów. Ciepłe wnętrze z pięknymi starymi meblami, kominek, książę Józef skaczący do Elstery, inne napoleoniana, a także harcerska legitymacja i powstańcza opaska Krystyny, starannie oprawione przez Andrzeja.
No i zwierzęta. Wtedy były to koty w liczbie bodaj czterech, zalegające zwykle na fotelach, i dwa duże psy o żółtobrązowej sierści, niemal identyczne, jeden z oklapniętym uchem. Zapytałem o rasę. „Każdy o to pyta – odpowiedział śmiejąc się Wajda – bo każdy uważa, że skoro oba są takie same, to musi być rasa. A to kundelki, tyle że bracia”.

Kilka lat później, kiedy znowu odwiedziłem dom Wajdów, żółci bracia już nie żyli, ale po domu kręciły się trzy inne psy rasy bardzo mieszanej: jeden pozostawiony przez właściciela pod sklepem, inny podrzucony weterynarzowi, skąd zabrała go Krystyna. A mieszkający u Joanny piękny szaroniebieski kot Misiek, wobec gości zdecydowanie nieufny, kiedy przychodzili Wajdowie, natychmiast układał się Andrzejowi na kolanach.

Nowe życie

Natłok obrazów, scen, sytuacji. Pokaz odrestaurowanego cyfrowo „Wesela” w Teatrze Słowackiego i zachwyt, jaki ten film na nowo wzbudził – większy, niż kiedy oglądałem go wkrótce po premierze. Nowe krakowskie mieszkanie Wajdów: wewnątrz Plant, a z własnym ogrodem, w którym kosy zjadały przygotowane dla nich jabłka. Kolacje, podczas których Andrzej Wajda był niezrównanym mistrzem konwersacji, zadającym pytania istotne, i równie niezrównanym narratorem, opowiadającym zabawne i precyzyjnie spuentowane anegdoty.

Kiedy podczas rozmów próbowało się wracać do jego przeszłych filmów, miało się wrażenie, że komplementów i zachwytów słucha dosyć nieuważnie. On już był gdzie indziej, wychylony w przyszłość, ku nowym pomysłom i zadaniom. Kiedy znalazłem się w jury Nagrody Nike, zaraz usłyszałem: „Czy w tym, co tam czytasz, nie ma jakiegoś materiału na scenariusz?”. Nie mógł zrozumieć dziwnej posuchy na scenarzystów, jaka u nas panuje.

Miał w sobie niebywałą żywotność, energię i ciekawość świata. Wykorzystywał każdą chwilę, choćby po to, by szkicować portreciki uczestników uroczystości, w której brał właśnie udział. W swoich notatkach kilkakrotnie ubolewa, że nie dość jest uważny wobec rzeczywistości, że żyje w zbyt wielkim pośpiechu. W styczniu 1978 r. zapisał: „Ja tutaj w Krakowie mam zamiar zacząć nowe życie, powolne, uważne i głębsze”. Historia nie pozwoliła mu jednak odpocząć. A liczba jego i Krystyny zatrudnień mogła wywołać zawrót głowy.

Często wynikało to ze wspomnianej przyjacielskiej lojalności: uważał, że ma obowiązek pójść na czyjąś wystawę albo wieczór autorski, obejrzeć czyjś spektakl albo film zrobiony przez ucznia. Kiedy w 2000 r. odbywała się uroczystość wręczenia Oscarów, postanowiliśmy z Joanną i Kasią, że przetrwamy noc przed telewizorem i zobaczymy na żywo, jak Andrzej Wajda odbiera statuetkę od Jane Fondy. Chcieliśmy, by wiedział, że jesteśmy w tej chwili razem z nim. Taki drobny wyraz wdzięczności. Bo też i było za co być wdzięcznym.

A uważność i fenomenalna pamięć Wajdy? Kiedy przed dziesięciu laty okazało się, że moja rodzina musi się wyprowadzić z mieszkania zajmowanego jeszcze przez moich dziadków, Krystyna i Andrzej postanowili obejrzeć je przed zapowiedzianą zagładą. Zaprosiłem ich na popołudniową herbatę. Kiedy weszli do naszej podupadłej nieco, ogromnej jadalni z solidnymi wiedeńskimi meblami, Andrzej powiedział z satysfakcją: „Nooo, prawdziwy salon krakowski!”. Potem podszedł do półki z jakimiś bibelotami; nie wiedziałem, czemu się tak przygląda. „O, Iłża!”. Stała tam śmieszna figurka z polewanej gliny, dosyć leśmianowski z wyglądu człowieczek-gwizdawka, w kapeluszu i z okrągłym brzuszkiem. Rzeczywiście, to była ceramika iłżecka, o której Andrzej nakręcił swój pierwszy bodaj dokument jako student łódzkiej filmówki. Sześćdziesiąt lat wcześniej...

Życzenia

Pewna moja mądra i znacznie ode mnie młodsza znajoma powiedziała kiedyś: „Wajda? Bez niego nas nie ma!”. Przesada? Pewnie tak, jeśli rozumieć to zdanie dosłownie. Bo przecież bylibyśmy – ale jacy? Bardziej bezforemni, nieumiejący nazwać swojego doświadczenia ani krytycznie spojrzeć na samych siebie. O ileż uboższe byłoby nasze narodowe imaginarium! „Czy będziesz wiedział, co przeżyłeś?” – pytała kiedyś Maria Janion. Przeżycia nieopowiedziane przez literaturę, film, teatr bezpowrotnie giną. Najważniejsze zaś: kto, jak i z jaką intencją je opowiada.

Składając Andrzejowi Wajdzie życzenia podczas tegorocznych urodzinowych uroczystości w Muzeum Manggha, powtórzyłem mu słowa znajomej. Natychmiast spoważniał. Milczał. Wiedział przecież chyba, że tak właśnie jest. ©

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]