Bez niego nas nie ma

Kiedy podczas rozmów próbowało się wracać do jego przeszłych filmów, miało się wrażenie, że komplementów i zachwytów słucha nieuważnie. On już był gdzie indziej, wychylony w przyszłość, ku nowym pomysłom i zadaniom.

17.10.2016

Czyta się kilka minut

W domu przy ulicy Hauke-Bosaka w Warszawie, 1967 r. / Fot. Bogdan Łopieński / FORUM
W domu przy ulicy Hauke-Bosaka w Warszawie, 1967 r. / Fot. Bogdan Łopieński / FORUM

Dokładnej daty teraz nie ustalę, ale działo się to w niewiele miesięcy po premierze. Szkolna wycieczka do teatru kojarzy się z nudą i przymusem, który odreagować trzeba sztubackimi żartami. Wtedy, w Krakowie, w Starym, nie mieliśmy ochoty na żarty.

Nastolatki, drugo-, a może już trzecioklasiści z szacownego liceum imienia Króla Jana III Sobieskiego, siedzieliśmy wbici w fotele, a wokół nas szalało pandemonium. Aktorzy, włącznie z tymi, których obsadzono w najdrobniejszych rólkach, grali jak natchnieni, ze sceny wylewało się na widownię szarobure błoto, w antraktach czarne postacie biegały w ciemności przy ogłuszającej muzyce. No i ten duet: demoniczny Jan Nowicki i nadekspresyjny Wojciech Pszoniak, Stawrogin i Wierchowieński młodszy. Kto przejdzie taką inicjację teatralną, nigdy już nie będzie taki sam...


CZYTAJ SPECJALNY DODATEK ANDRZEJ WAJDA. POŻEGNANIE >>>


„Biesy” w reżyserii Andrzeja Wajdy miały premierę 29 kwietnia 1971 r., oglądałem je więc 45 lat temu. Dziś znam historię powstania tego spektaklu i zmagań Wajdy z materią tekstu, który coraz bardziej oddalał się od scenicznej wersji Alberta Camusa i coraz bliższy się stawał duchowi Dostojewskiego. Wiem o dramatycznej próbie generalnej, kiedy nagła śmierć Kazimierza Fabisiaka uznana została zrazu przez innych aktorów za kolejny reżyserski pomysł. Wtedy nie musiałem tego wiedzieć, a i tak czułem napięcie promieniujące ze sceny. Czuję je do dzisiaj.

Trzy lata później, również w Starym, była „Noc listopadowa”. Przejmujący wielogłos bogiń (znów muzyka Zygmunta Koniecznego) i Barbara Bosak jako Pallas Atena wzywająca „Do broni, do broni, do broni...”, siedemdziesięciokilkuletnia Zofia Jaroszewska w duecie z młodziutką Anną Dymną jako Demeter i Kora. A w roku 1976 przedpołudniowy seans w krakowskim kinie Uciecha. Sala mimo wczesnej godziny pełna, po zakończeniu projekcji najpierw długa cisza, potem oklaski, nigdy wcześniej przeze mnie w kinie niesłyszane. Tak, to był „Człowiek z marmuru”.

Spod Wawelu na Dębniki

To ma być tekst o Wajdzie prywatnym, więc choć trudno odłączyć człowieka od jego dzieła, nie będę pisał o spotkaniach z jego filmami (ech, ten „Danton” z niemieckim dubbingiem, oglądany wiosną 1983 r. w Wiedniu – poszliśmy ze znajomymi do kina, nie wiedząc, czy cenzura nie zdejmie filmu z ekranów, zanim wrócimy do kraju). Zrobię jeden wyjątek – a dotyczy on serialu „Z biegiem lat, z biegiem dni”. Bo dla mnie, krakowianina z urodzenia, było to spotkanie najbardziej może osobiste.

Wielogodzinny spektakl zrealizowany w Starym Teatrze na 60-lecie niepodległości, przeniesiony potem w ośmiu odcinkach na ekran telewizyjny, pozostaje do dzisiaj najpiękniejszym filmem o moim mieście, jego śmiesznościach i wielkości, zaściankowości i zdolności otwierania się na świat. Wielka w tym zasługa Joanny Olczak-Ronikier, która zbudowała ciągłą opowieść, misternie sklejając utwory kilku pisarzy, od Michała Bałuckiego przez Gabrielę Zapolską i Jana Augusta Kisielewskiego po Juliusza Kadena-Bandrowskiego. Wspaniali są aktorzy, którzy najwyraźniej pokochali swoje postacie. Ale jest też czułe oko reżysera (obok Wajdy był to Edward Kłosiński), wydobywające urodę miasta w taki sposób, że od farsy przechodzimy w jednej chwili niemal do patosu – jak w scenie, w której uczestnicy nocnej hulanki docierają nad ranem na Wawel.

Bo też Kraków, w którym Wajda znalazł się podczas wojny, w którym przeżył pierwsze olśnienie japońskimi zbiorami Feliksa „Mangghi” Jasieńskiego i w którym studiował na Akademii Sztuk Pięknych, z latami stawał się coraz bardziej jego miastem. A przełomem była decyzja, by Nagrodę Kioto przeznaczyć na budowę siedziby dla kolekcji Mangghi.

„Przyjdzie się chyba wyprowadzić na Dębniki!” – lamentuje w serialu Aniela Dulska, genialnie zagrana przez Annę Polony. Wajda rozwiązał ten problem, po prostu zmieniając peryferyjne Dębniki w jedno z centrów krakowskiej kultury. Dzisiejsze Muzeum Manggha to przecież nie tylko zbiory i świetne cykliczne wystawy, nie tylko wyjątkowej urody gmach, który odwiedziła nawet japońska para cesarska, nie tylko jedyna przez wiele lat nowa inwestycja kulturalna w tym bardzo kulturalnym mieście, nie tylko niedawno otwarta druga galeria – ale po prostu miejsce, do którego się przychodzi, w którym czujemy się dobrze i w którym udaje się każda impreza.

To właśnie wtedy, gdy powstawało Muzeum Manggha, dzięki Joannie Olczak-Ronikier i Kasi Zimmerer znalazłem się w kręgu Andrzeja i Krystyny. Dwoje wielkich artystów, podziwianych dotąd z daleka, zaczęło się stopniowo przeistaczać w ludzi bliskich, serdecznych, troskliwych. I co szczególnie ważne: przyjacielskie (wolno mi chyba tak powiedzieć) relacje traktujących niezdawkowo. Ta bliskość długo była trochę onieśmielająca, trochę zaś odczuwałem ją jako rodzaj zobowiązania.

Pod koniec 1999 r. zacząłem pracować z Andrzejem Wajdą nad jego autobiografią, która otrzymała ostatecznie tytuł „Kino i reszta świata”. Kiedy przyszła wiadomość o Oscarze za całokształt twórczości, prace na życzenie wydawcy gwałtownie, może nawet nadmiernie, przyspieszyły. Jeździłem wtedy kilkakrotnie do Warszawy i żoliborski dom przy Hauke-Bosaka dopełnił mi obrazu obojga Wajdów. Ciepłe wnętrze z pięknymi starymi meblami, kominek, książę Józef skaczący do Elstery, inne napoleoniana, a także harcerska legitymacja i powstańcza opaska Krystyny, starannie oprawione przez Andrzeja.
No i zwierzęta. Wtedy były to koty w liczbie bodaj czterech, zalegające zwykle na fotelach, i dwa duże psy o żółtobrązowej sierści, niemal identyczne, jeden z oklapniętym uchem. Zapytałem o rasę. „Każdy o to pyta – odpowiedział śmiejąc się Wajda – bo każdy uważa, że skoro oba są takie same, to musi być rasa. A to kundelki, tyle że bracia”.

Kilka lat później, kiedy znowu odwiedziłem dom Wajdów, żółci bracia już nie żyli, ale po domu kręciły się trzy inne psy rasy bardzo mieszanej: jeden pozostawiony przez właściciela pod sklepem, inny podrzucony weterynarzowi, skąd zabrała go Krystyna. A mieszkający u Joanny piękny szaroniebieski kot Misiek, wobec gości zdecydowanie nieufny, kiedy przychodzili Wajdowie, natychmiast układał się Andrzejowi na kolanach.

Nowe życie

Natłok obrazów, scen, sytuacji. Pokaz odrestaurowanego cyfrowo „Wesela” w Teatrze Słowackiego i zachwyt, jaki ten film na nowo wzbudził – większy, niż kiedy oglądałem go wkrótce po premierze. Nowe krakowskie mieszkanie Wajdów: wewnątrz Plant, a z własnym ogrodem, w którym kosy zjadały przygotowane dla nich jabłka. Kolacje, podczas których Andrzej Wajda był niezrównanym mistrzem konwersacji, zadającym pytania istotne, i równie niezrównanym narratorem, opowiadającym zabawne i precyzyjnie spuentowane anegdoty.

Kiedy podczas rozmów próbowało się wracać do jego przeszłych filmów, miało się wrażenie, że komplementów i zachwytów słucha dosyć nieuważnie. On już był gdzie indziej, wychylony w przyszłość, ku nowym pomysłom i zadaniom. Kiedy znalazłem się w jury Nagrody Nike, zaraz usłyszałem: „Czy w tym, co tam czytasz, nie ma jakiegoś materiału na scenariusz?”. Nie mógł zrozumieć dziwnej posuchy na scenarzystów, jaka u nas panuje.

Miał w sobie niebywałą żywotność, energię i ciekawość świata. Wykorzystywał każdą chwilę, choćby po to, by szkicować portreciki uczestników uroczystości, w której brał właśnie udział. W swoich notatkach kilkakrotnie ubolewa, że nie dość jest uważny wobec rzeczywistości, że żyje w zbyt wielkim pośpiechu. W styczniu 1978 r. zapisał: „Ja tutaj w Krakowie mam zamiar zacząć nowe życie, powolne, uważne i głębsze”. Historia nie pozwoliła mu jednak odpocząć. A liczba jego i Krystyny zatrudnień mogła wywołać zawrót głowy.

Często wynikało to ze wspomnianej przyjacielskiej lojalności: uważał, że ma obowiązek pójść na czyjąś wystawę albo wieczór autorski, obejrzeć czyjś spektakl albo film zrobiony przez ucznia. Kiedy w 2000 r. odbywała się uroczystość wręczenia Oscarów, postanowiliśmy z Joanną i Kasią, że przetrwamy noc przed telewizorem i zobaczymy na żywo, jak Andrzej Wajda odbiera statuetkę od Jane Fondy. Chcieliśmy, by wiedział, że jesteśmy w tej chwili razem z nim. Taki drobny wyraz wdzięczności. Bo też i było za co być wdzięcznym.

A uważność i fenomenalna pamięć Wajdy? Kiedy przed dziesięciu laty okazało się, że moja rodzina musi się wyprowadzić z mieszkania zajmowanego jeszcze przez moich dziadków, Krystyna i Andrzej postanowili obejrzeć je przed zapowiedzianą zagładą. Zaprosiłem ich na popołudniową herbatę. Kiedy weszli do naszej podupadłej nieco, ogromnej jadalni z solidnymi wiedeńskimi meblami, Andrzej powiedział z satysfakcją: „Nooo, prawdziwy salon krakowski!”. Potem podszedł do półki z jakimiś bibelotami; nie wiedziałem, czemu się tak przygląda. „O, Iłża!”. Stała tam śmieszna figurka z polewanej gliny, dosyć leśmianowski z wyglądu człowieczek-gwizdawka, w kapeluszu i z okrągłym brzuszkiem. Rzeczywiście, to była ceramika iłżecka, o której Andrzej nakręcił swój pierwszy bodaj dokument jako student łódzkiej filmówki. Sześćdziesiąt lat wcześniej...

Życzenia

Pewna moja mądra i znacznie ode mnie młodsza znajoma powiedziała kiedyś: „Wajda? Bez niego nas nie ma!”. Przesada? Pewnie tak, jeśli rozumieć to zdanie dosłownie. Bo przecież bylibyśmy – ale jacy? Bardziej bezforemni, nieumiejący nazwać swojego doświadczenia ani krytycznie spojrzeć na samych siebie. O ileż uboższe byłoby nasze narodowe imaginarium! „Czy będziesz wiedział, co przeżyłeś?” – pytała kiedyś Maria Janion. Przeżycia nieopowiedziane przez literaturę, film, teatr bezpowrotnie giną. Najważniejsze zaś: kto, jak i z jaką intencją je opowiada.

Składając Andrzejowi Wajdzie życzenia podczas tegorocznych urodzinowych uroczystości w Muzeum Manggha, powtórzyłem mu słowa znajomej. Natychmiast spoważniał. Milczał. Wiedział przecież chyba, że tak właśnie jest. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Ur. 1955 w Krakowie, absolwent prawa i historii sztuki na UJ, w latach 1980-89 w redakcji miesięcznika „Znak”, od 1990 r. w redakcji „TP”, na którego łamach prowadzi od 1987 r. jako Lektor rubrykę recenzyjną. Publikował również m.in. w… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 43/2016

Artykuł pochodzi z dodatku „Andrzej Wajda. Pożegnanie