Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Urzędnicy po pracy

Urzędnicy po pracy

25.06.2013
Czyta się kilka minut
Paweł Potoroczyn, Ludzka rzecz | Wojciech Kłosowski, Nauczyciel Sztuki | Igor Ostachowicz, Noc żywych Żydów
S

Słyszymy „urzędnik” i zaczynamy ziewać. Dowiadujemy się, że kilku polskich urzędników „sięgnęło po pióro”, i już śpimy, śniąc koszmary, w których po niekończących się korytarzach ściga nas monstrualna Biurokracja. Nic bardziej mylnego. Dzięki trzem opublikowanym w ostatnim czasie powieściom okazuje się, że fraza „pisać jak urzędnik” niekoniecznie musi być synonimem bełkotliwej nowomowy i nieznośnego żargonu. Wręcz przeciwnie!

Co łączy, a co dzieli „Ludzką rzecz” Pawła Potoroczyna, „Noc żywych Żydów” Igora Ostachowicza i „Nauczyciela Sztuki” Wojciecha Kłosowskiego? Czy „urzędnicze stanowiska” (cudzysłów wyjaśniam dalej) w jakikolwiek sposób znajdują odzwierciedlenie w prozie wymienionych autorów? Czy możemy wręcz mówić o narodzinach nowego nurtu w polskiej prozie? I wreszcie – czy te trzy powieści wejdą na stałe do nieoficjalnego, choć reprezentowanego przez wielu znakomitych twórców, kanonu „literatury urzędniczej”?
Urzędnicy do piór!
„Zrywam się, telefon! Do dyrektora! Pierwszy raz, odkąd jestem w Pradze, wołają mnie na dół w sprawach służbowych! Teraz wreszcie wyjdzie na jaw całe oszustwo. Od osiemnastu dni nie robiłem nic, tylko pisałem i czytałem listy, wyglądałem przez okno, trzymałem listy w ręce, odkładałem je i znów brałem do ręki, przyjmowałem też wizyty, a poza tym nic” – pisał w jednym z listów do Mileny Jesenskiej najsłynniejszy bodaj i najbardziej utalentowany z urzędników, którzy przeszli do historii literatury. Franz Kafka, bo o nim oczywiście mowa, był – wbrew własnym deklaracjom – wysokiej klasy specjalistą, który kilkanaście lat swego krótkiego życia przepracował w półpaństwowym Zakładzie Ubezpieczeń Robotników od Wypadków. Według przełożonych, Kafka nie dość, że był sumiennym pracownikiem, to jeszcze „często pracował dla dobra Zakładu także poza godzinami urzędowania”. Częste awanse – od urzędnika pomocniczego aż do sekretarza w zaledwie 10 lat – tylko potwierdzają zawodowe kompetencje autora „Zamku”.
Nienawidzącym swego zajęcia urzędnikiem bankowym był z kolei Witold Gombrowicz, który w latach 1947-55 pracował w Banco Polaco. To tam pisał m.in. „Trans--Atlantyk” i „Ślub”. W „Kronosie” wścieka się i żali, że dyrektor placówki zabronił mu w pewnym momencie zajmowania się literaturą w godzinach pracy, ale już miesiąc później czytamy: „Nowiński bardziej pojednawczy”. Po odejściu z banku („Postanowiłem 1-go czerwca rzucić ten bajzel”) przez kolejne lata Gombrowicz będzie świętować tę radosną rocznicę odpowiednim zapisem w kalendarium.
Nie czas i miejsce, by rozpisywać się tutaj na temat innych znakomitych twórców reprezentujących – ironicznie mówiąc – nurt „literatury urzędniczej”, ale wspomnę tylko, że w różnych okresach swojego życia jako urzędnicy pracowali także m.in. Adam Mickiewicz, Czesław Miłosz, Adolf Rudnicki, Bolesław Leśmian i Melchior Wańkowicz, a w szerokim świecie np. Nikołaj Gogol, E. T. A. Hoffmann, Yukio Mishima czy T. S. Eliot. Już to proste wyliczenie pokazuje, że wdarcie się na szczyty kanonu „literatury urzędniczej” przez Potoroczyna, Ostachowicza i Kłosowskiego nie będzie zadaniem łatwym. Gwoli ścisłości dodam, że kategorię „urzędnika” traktuję odpowiednio szeroko, mamy tutaj bowiem doradcę Donalda Tuska, dyrektora narodowej instytucji kultury oraz niezależnego eksperta samorządowego.
W skromnej nocie na skrzydełku „Nocy żywych Żydów” przeczytamy tylko, że Igor Ostachowicz (ur. 1968) „od paru lat jest urzędnikiem państwowym”. Ani słowa o tym, że od 2010 r. pełni funkcję sekretarza stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów oraz że jest głównym doradcą Tuska, nazywanym „szamanem premiera”, „szarą eminencją” i „pierwszym dworzaninem Tuska”. Paweł Potoroczyn (ur. 1961) był wydawcą, producentem muzycznym i filmowym. Pracował jako konsul w Los Angeles oraz szef Instytutu Polskiego w Nowym Jorku i Londynie. Od 2008 r. jest dyrektorem Instytutu Adama Mickiewicza, którego zadaniem jest promocja polskiej kultury na świecie i... publikował w „Tygodniku Powszechnym” (czasem pod pseudonimem). Z kolei Wojciech Kłosowski (ur. 1959) jest niezależnym ekspertem samorządowym, specjalistą od lokalnych strategii oraz wykładowcą zarządzania kulturą i problemów rewitalizacji miast. Nie jest więc autor „Nauczyciela Sztuki” klasycznym państwowym urzędnikiem, choć – jak przyznał w pewnym komentarzu – „bardzo miło byłoby mieć urzędniczą pensyjkę i mnóstwo czasu w robocie”.
Ucieczki
W jakim celu wieloletni urzędnik decyduje się na pisanie powieści? Pierwsze i najprostsze skojarzenie zdaje się w przypadku naszych autorów najwłaściwsze – mamy tutaj do czynienia z trzema wzorcowymi przykładami literatury eskapistycznej, z trzema skrajnie różnymi, choć niepozbawionymi podobieństw i elementów wspólnych, realizacjami ucieczki w światy alternatywne. Nadrzędna reguła fabularna tych powieści mogłaby brzmieć: „byle jak najdalej od biurka”. Jak najdalej od tego, czym zajmuję się na co dzień i z czego żyję. To zrozumiałe.
I tak, dzięki pisanej przez 13 lat w Los Angeles, Nowym Jorku i Londynie „Ludzkiej rzeczy” Potoroczyn zbiegł do prowincjonalnego Piórkowa czasów drugiej wojny światowej. Przebywający w Stanach i Anglii dyplomata napisał powieść – w najlepszym tych słów znaczeniu – plebejską i prowincjonalną. To literatura małych ojczyzn uprawiana na placówkach dyplomatycznych wielkich światowych metropolii. Swojskie wydanie realizmu magicznego, w którym Piórków to Macondo przeniesione na polskie ziemie.
Ostachowicz jako jedyny z trzech autorów opisuje w swojej powieści współczesną Polskę, choć dzisiejszą Warszawę wykorzystuje przede wszystkim jako scenerię dla surrealistycznego horroru i popkulturowej zgrywy. Oto z muranowskich piwnic, spod ziemi, zaczynają wychodzić ożywione „żydowskie trupy”, „horda golemów powolnych jak czołgi”, „dwunożne zmory”, które przyjdą do naszych spokojnych, mieszczańskich domów po to, by wytrącić nas z błogiego samozadowolenia i zakłócić nasze bezrefleksyjne egzystowanie.
Kłosowski wybrał się na eskapadę jeszcze odleglejszą w czasie i przestrzeni. Chcąc odpocząć od tematów samorządowych, lokalnych strategii i programów rewitalizacji, zdecydował się na XVI-wieczną Hiszpanię, zamek Nájera i zarządzającego nim oświeconego władcę, księcia Ferdynanda. „Nauczyciel Sztuki” to zarazem alternatywna wersja historii, krwawa powieść płaszcza i szpady, romans historyczny i wreszcie – poprawny politycznie, choć miejscami dość irytujący i patetyczny, traktat moralizatorski.
Żonglerki
Pomimo ewidentnych różnic – stylistycznych, konstrukcyjnych, tematycznych i innych – w każdej z tych powieści ważkie, zgoła fundamentalne kwestie podawane są najczęściej w niepoważnej tonacji i/lub rozrywkowej formie. Gatunkowy kostium (powieść płaszcza i szpady, horror fantastyczny i lekka opowiastka z życia prowincji) został z wprawą przykrojony na potrzeby współczesnego odbiorcy. Akapity „ciężkich” rozważań o życiu i śmierci, Bogu i Złu, wojnie i sensie ofiary czy zbrodniach i torturach równoważone są obowiązkowo zwyczajnymi, błahymi rozmowami, niezobowiązującymi refleksjami oraz licznymi, bardziej lub mniej udanymi, niejednokrotnie (zwłaszcza w przypadku Ostachowicza) niesmacznymi dowcipami, żartami słownymi i anegdotami.
To zresztą symptomatyczne – autorzy bawią, gdyż w przeciwnym wypadku najprawdopodobniej nikt nie zechciałby się od nich uczyć. Wygląda to tak, jakby dzisiejsi czytelnicy zawarli nieformalny układ z pisarzami, zaszantażowali ich deklaracjami w rodzaju: „owszem, możesz mi raz jeszcze opowiedzieć o cierpieniach Żydów, ale tylko, jeśli uda ci się przy okazji mnie zabawić” (Ostachowicz podejmuje wyzwanie); „owszem, wysłucham z uwagą tego, co masz mi do powiedzenia na temat tolerancji, religijnego fanatyzmu i zderzenia cywilizacji, ale tylko, jeśli przy okazji będzie krew, bójki i naturalistyczne opisy tortur” (Kłosowski); „owszem, jestem gotów nawet na pochłonięcie kunsztownie sporządzonego traktatu metafizycznego, ale chciałbym, by przy okazji była to opowieść frywolna, pełna ostrych scen erotycznych i barwnych anegdot” (Potoroczyn).
Czy chcemy i w ogóle potrafimy jeszcze czytać powieści, których autorzy nie idą na tego rodzaju „ustępstwa” i mają w głębokim poważaniu niewystarczające kompetencje odbiorców? Czy – ironizując nieco – biorący się za literaturę urzędnicy mają większą nawet od „zawodowców” świadomość faktu, że popularna forma jest dużo skuteczniejsza, nawet jeśli przy okazji konieczne będą pewne uproszczenia czy zastosowanie mało wyrafinowanego humoru?
Najlepszym stylistą z całej trójki jest autor „Ludzkiej rzeczy” – najpewniej kilkanaście lat spędzonych na pisaniu i dopieszczaniu kolejnych partii powieści miało tutaj niebagatelne znaczenie. Ale również Kłosowski i Ostachowicz dają się poznać jako sprawni rzemieślnicy żonglują obranymi konwencjami tyleż sprawnie, co ekstrawagancko. O ile Potoroczyna bardziej zajmuje snucie opowieści, układanie kolejnych pięknych zdań i wielobarwnych wiejskich legend, o tyle dwóch pozostałych twórców stawia przede wszystkim na wartką fabułę, nagłe zwroty akcji oraz efektowny finał. Ujmując rzecz zwięźle i stereotypowo, Potoroczyn daje nam beletrystyczny odpowiednik europejskiego kina artystycznego, a Kłosowski i Ostachowicz raczej zapatrzeni są w hollywoodzkie blockbustery z ambicjami.
Z kolei największym formalnym konserwatystą okazuje się – paradoksalnie – wydawany przez lewicową Krytykę Polityczną autor „Nauczyciela Sztuki”, którego jednak mocno ogranicza gatunkowy gorset powieści płaszcza i szpady. Mamy więc turniej o stanowisko dworskiego fechmistrza, pojedynki na szable i na słowa, intrygi i zasadzki, spiski i uwięzienia, wątek romansowy, liczne przygody i szybką akcję, podróż (a może raczej: Drogę), naukę Sztuki (chodzi o całą filozofię związaną ze sztuką fechtunku) i – jakżeby inaczej – zwycięstwo dobra nad złem. Kłosowski to pilny uczeń Aleksandra Dumasa i Arturo Pérez-Reverte’a, ale także Umberta Eco. Pisarz – obok wartkiej fabuły i barwnych przygód – serwuje nam również liczne mniej lub bardziej udane monologi i dyskusje. Zapoznamy się z dziesiątkami stron poświęconych tajnikom fechtunku, szachom, sylogistyce, astronomii czy geometrii i są to fragmenty całkiem zajmujące nawet (a może: wyłącznie?) dla laików. Wszystko raczej lekkostrawne, zgrabnie wplecione w fabułę, uwiarygodniające świat przedstawiony.
Imitacje
Skoro już o imitacjach i inspiracjach mowa, również pozostałych autorów uważam przede wszystkim za utalentowanych kontynuatorów i popularyzatorów tego, co już skądinąd znane, niż za twórców ze wszech miar oryginalnych, ale nie jest to tak naprawdę poważny zarzut (raczej stwierdzenie faktu). Jak już wspomniałem, Potoroczyn swoją „Ludzką rzeczą” z powodzeniem reaktywuje literaturę małych ojczyzn i błyskotliwie dopisuje nowy rozdział do prozy nurtu wiejskiego. Piórków i jego mieszkańcy może i nie są przez autora wprost idealizowani, widzimy ich bowiem – dosłownie i w przenośni – nagich, ze wszystkimi wadami i grzechami, śmiesznostkami i upadkami. Z drugiej strony Potoroczyn opisuje ich z taką czułością, sympatią, dbałością o najmniejsze detale i biograficzne smaczki, że koniec końców możemy odnieść wrażenie, iż otrzymaliśmy jeszcze jeden literacki obraz Idylli, wioski tyleż realnej, co magicznej.
Autorowi „Ludzkiej rzeczy” bliżej niż do Wiesława Myśliwskiego czy Edwarda Redlińskiego jest do Tadeusza Konwickiego i Jerzego Pilcha oraz wielokrotnie opisywanych przez nich – odpowiednio – Kolonii Wileńskiej i Wileńszczyzny oraz Wisły i Śląska Cieszyńskiego. Nieprzypadkowo też to właśnie autor „Małej apokalipsy” rekomenduje nam na okładce lekturę debiutu Potoroczyna. „Oryginalny, precyzyjny język pełen stylistycznych i emocjonalnych niespodzianek. Globalny obszar naszego życia. Zaskakująca znajomość wielu epok naszego bytu. Kilka minipowieści, kilka przewrotnych minitraktatów. A wszystko w ciekawej metaforze opisującej współczesność. Nowy głos w dzisiejszej literaturze” – brzmi fragment tego blurba.
Z kolei Ostachowicz z jednej strony pożycza, modyfikuje i wykorzystuje do własnych celów motywy znane z zombie-horrorów, powieści fantastycznych, historii alternatywnych, jak również kina nazi-exploitation (wątki nazistowskie, drastyczne sceny z Auschwitz), z drugiej – mierzy się z historią, przepracowuje nasze lęki i traumy, ryzykownie podejmuje temat Zagłady w formie popularnej powieści. „Samo słowo »Żyd« wydaje się przecież Polakom obsceniczne właśnie dlatego, że zbitka Żyd/trup i jej pochodne – trupy żydowskie, martwi Żydzi, żydowskie upiory – to najbardziej elementarny komponent wypartych treści naszej zbiorowej świadomości. Gdzie oni są i czego mogą chcieć od nas? Co mają wspólnego ze współczesnym światem? – te pytania, za Marią Janion, Yael Bartaną, Agnieszką Arnold, Janem Grossem i wieloma innymi, brawurowo przedstawia teraz Ostachowicz” – pisała na łamach „Tygodnika Powszechnego” Kazimiera Szczuka.
Dla każdej z trzech powieści istotnym, choć rozgrywanym najczęściej na drugim planie, tematem jest wojna – u Potoroczyna i Ostachowicza druga światowa, a u Kłosowskiego dopiero zbliżająca się wielkimi krokami wojna religijna i zderzenie cywilizacji (powieściowy zamek jest swoistą oazą spokoju, schronem dla tych, którym udało się zbiec przed stosami płonącymi w innych europejskich krajach oraz nieznającą litości czy tym bardziej pojęć takich, jak „tolerancja” i „ekumenizm” ręką barbarzyńskiej Inkwizycji). Akcja „Ludzkiej rzeczy” toczy się co prawda w czasie wojny, ale życie Piórkowa – jak to często bywa w literackich przedstawieniach lat okupacji na prowincji – toczy się swoim zwyczajnym rytmem. Gdzieś w oddali słychać czasami jakiś wystrzał, od czasu do czasu dowiadujemy się, że rozwścieczony oficer SS puścił z dymem sąsiednią wioskę lub wysłał transportem już wszystkich Żydów, a kilku piórkowskich chłopców nawet zorganizowało sobie partyzantkę i teraz biega po okolicznych lasach. U Ostachowicza również nie znajdziemy wojny przedstawionej „po bożemu”. Wojna jest tutaj raczej symbolem i przeniesioną w czasy współczesne niewygodną, rozbudowaną metaforą, jest wciąż nieprzepracowaną traumą i nieodrobioną przez nas lekcją historii na temat niełatwych relacji polsko-żydowskich.
Prowokacje
Każdy z omawianych tutaj autorów porusza się na granicy poprawności politycznej i nie broni się przed prowokowaniem czytelników. Ponownie najbardziej zachowawczy jest bodaj Kłosowski, który w swej alternatywnej opowieści przedstawia czytelnikom utopijny zamek zamieszkiwany przez oświeconych i tolerancyjnych reprezentantów różnych religii (chrześcijanie, żydzi, muzułmanie). Oczywiście, za chwilę na scenie pojawią się fanatycy religijni, likwidujący innowierców truciciele i obłąkani inkwizytorzy, przeciwko którym skutecznie wystąpią nasi postępowi bohaterowie zakochani w mądrych i niezależnych protoplastkach feministek.
Można wręcz powiedzieć, że idealistyczna, zgoła lewicowa, powieść Kłosowskiego jest rodzajem polemiki z bestsellerowym, „inkwizytorskim” cyklem prozatorskim Jacka Piekary, wzorcowego konserwatysty lubującego się w opisach tortur, makabrycznych zbrodni i różnego rodzaju barbarzyńskich czynów. Jak słusznie zauważył Roman Kurkiewicz: „»Nauczyciel Sztuki« jest powieścią nowoczesną, współczesną i emancypacyjną, choć rozgrywa się w XVI-wiecznej Hiszpanii, na tle inkwizycyjnej przemocy, dworskich intryg i rytuałów, w szczęku rycerskiej broni krzyżującej się podczas turnieju fechtunku”. Literacki wykład Kłosowskiego jest więc poprawny i „słuszny”, a tym samym dość przewidywalny, choć – mimo wszystko –zajmujący i do ostatnich stron trzymający w napięciu.
Bardziej kontrowersyjne, czasami makabryczne, niesmaczne, efekciarskie i – w moim przekonaniu – całkowicie zbędne, są niektóre fabularne szarże Ostachowicza. I nie chodzi mi bynajmniej o to, że doradca premiera podejmuje temat Zagłady w popowej formie, że lubi szokować, przekraczać granice i używać wulgaryzmów, tylko że w tym rozpędzonym literackim rollercoasterze często brakuje przytomnego konduktora (albo po prostu: redaktora), który umiałby autora zapytać o sens co bardziej żenujących scen (np. kolejne „ruje”, czyli opisy gwałtów w Auschwitz) i marnych dowcipów. Odsyłam w tym miejscu także do żarliwego, zaangażowanego tekstu Elizy Szybowicz, która na łamach internetowego „Dwutygodnika” zaatakowała Ostachowicza przede wszystkim za głównego bohatera jego powieści, który ucieleśnia „najbezczelniejszą wersję platformerskiego PR-u”.
Potoroczyn w „Ludzkiej rzeczy” prowokuje przede wszystkim odważnymi, naturalistycznymi scenami seksu, które na tle rodzimej twórczości prozatorskiej wyróżniają się przede wszystkim tym, że są świetnie napisane, sugestywne i bezpruderyjne. Zdaje się, że umiejętność pisania „momentów” po polsku to szczyt niepoprawności politycznej. Sceny seksu znajdziemy również w pozostałych książkach – w „Nocy żywych Żydów” są one najczęściej prymitywne i nie wiedzieć czemu służące, natomiast w „Nauczycielu sztuki” subtelne i liryczne tak bardzo, że „cięcie” następuje z reguły w momencie, w którym kochankowie dopiero zaczynają się rozkręcać, choć odrobinę pikanterii spragnieni w powieści znajdą. Krótko mówiąc, nasi urzędnicy lubią sobie po godzinach pracy co nieco (literacko) pofolgować, przy czym rolę rozpustnika udatnie gra Potoroczyn, nieco staroświeckiego kochanka – Kłosowski, a niezrównoważonego mężczyzny z fantazjami erotycznymi podpadającymi pod odpowiednie paragrafy – Ostachowicz.
Lektura trzech „urzędniczych” powieści dowodzi przede wszystkim, że od tej pory zwrócenie się do kogoś ze słowami: „piszesz jak urzędnik!” niekoniecznie musi oznaczać obelgę. By się upewnić, czy nie chodzi przypadkiem o zawoalowany komplement, warto dopytać: „Masz może na myśli styl Potoroczyna?”.  

Paweł Potoroczyn, Ludzka rzecz, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013
Wojciech Kłosowski, Nauczyciel Sztuki, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013
Igor Ostachowicz, Noc żywych Żydów, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2012

GRZEGORZ WYSOCKI – krytyk literacki, felietonista, redaktor działu Książki w Wirtualnej Polsce. Publikuje m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Książkach” i „Dwutygodniku”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]