Urwanie z choinki

Piśmienna twórczość okołoświąteczna – dla osób z podobnymi naszym zwyrodnieniami – nastręcza nam wielu zgryzot, kłopotów, a to mentalnych, stylistycznych, a to gramatycznych, a to wręcz egzystencjalnych.
Czyta się kilka minut

Człowiek taki jak my – zważmy – nie wiadomo, po co w święta w ogóle istnieje. Mógłby śmiało nie istnieć albo przeleżeć ten czas w zaśnieżonym rowie, oglądany przez kuropatwy, szaraki, dziobany przez gile, jako ta skórka ze słoninki, bądź skubany przez lisy polarne na wychodźstwie. Czas świąteczny jest więc dla nas powodem pomieszania i poczucia umiarkowanego przystawania albo wręcz nieprzystawania. Z jednej strony człowiek stara się wybrzuszyć, z drugiej zaś klęśnie, by nie powiedzieć, że chudnie w oczach.

Oto popatrzmy, wszystkie tematy pisarskie są od dawna zajęte. Do wszystkich jest kolejka na co najmniej tydzień stania. O obyczajach świątecznych – zajęte, o kometach, o ikonografii betlejemskiej takoż, o skupieniu i refleksji chcesz coś napisać – zapomnij, o modleniu się – to jasne, że choćbyś się, człowieku, modlił o ten temat, to go nie wymodlisz. Zwłaszcza tutaj, gdzie w tej materii panuje paraliżująca profeska. Chciałbyś coś o jedzeniu świątecznym, człowieku, skrobnąć? Oj, tu można naprawdę porządnego kopa dostać. Barszczu sobie, człowieku, nie zakisisz, choćby prozatorsko, by nie rzec prozaicznie, bo zaraz ci papę rozkwaszą. Chciałoby się choć raz, miast o Gospodarzu, kilka złotych myśli o lepieniu uszek rzucić na papier. Straszne by to mogło mieć konsekwencje. Uszkarze tutejsi rozwałkowaliby nas na placuszek. Stalowymi wałkami.

Idźmyż dalej. O śpiewaniu kolęd chciałbyś sobie, bracie, publicznie pomniemać? Już widać kolędników, z kłapiącym paszczą turoniem się zbliżają, ze złym błyskiem w oczach. Albo, weźmy, coś o choince chciałoby się stworzyć. Erudycyjnie, pro­niemiecko, z przypisami, źródłami. Historycznie i przeglądowo. Człowiek mógłby nieco zaimponować aparatem – ale nie daj Bóg. Oto hurma etnografów już leci z kosturami: „Huzia! – wołają. – Na drzewo liście pompować!”. A brutalni ekolodzy już, już człowieka zaganiają do obejścia: „Sio na swoje gumno!” – krzyczą. I szczypią człowieka, i gilgają, popychają i wypychają. Z tematu. Dolą populacji karpia wypadałoby się przecież zająć. Lekko, z fantazją, od biotopu po finisz w galarecie – i ten temat, niestety, jak każdy, pachnie nam amatorskim samoubojem i pogrzebem w szarym sosie.

Załóżmy, że zwykły kaprys podpowie nam, by sobie nieco posentymentalizować na łamach. Bezboleśnie, ale z elementami grozy, tak charakterystycznymi dla naszych licznych splątań. Wpadamy zatem na pomysł, by oto rozsnuć przed Czytelnikami cacane wspomnienia zimowe. Z mistrzowsko nakreślonymi opisami przyrody. A więc: płatki z nieba lecące, każdy inny oczywiście, i ta – jak jej tam – kołderka śniegu, a my sobie w kożuchu, na łyżwach, kręcący beztrosko kółka na cienko zamarzniętym stawie, w rytm pohukiwania puszczyka. Nocą, w poświacie księżyca w pełni. Pięknie. Takeśmy to sobie skonstruowali i piórem wyskrobali, z nadzieją na sukces. Nic z tego, bo już pedagodzy rzucają się nam do gardła, że obraz ten może mieć fatalny wpływ na bezpieczeństwo naszej bujnej młodzieży, że dość z nią kłopotów, że lód łamliwy, że hańba. Prozaicy zawodowi podśmiechujki za naszymi plecami urządzają, a meteorolodzy pukają szyderczo w statystyki grudniowych temperatur... Horror.

A więc – jako się rzekło – klęska goni tu klęskę, nie to, co na co dzień. Powszedni. Człowiek ma poczucie, że w czas świąteczny przechodzi ze stanu umiarkowanej powagi w stan nieumiarkowanej groteski, ale też opuszczenia. Że nie masz, o biedny, rozmówców ni słuchaczy tak ciekawych naszych najoryginalniejszych przemyśleń, analiz, żarcików bądź inteligentnych wentylacji. A więc samotność i to, co zawsze – trzeba usiąść i pogadać ze zwierzakami. O czymkolwiek.©℗

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 51-52/2017