Ukryci, słabi i pokiereszowani

CONRAD FESTIVAL 2018 | Polskie elity od wieków wyznają zasadę, że lepiej się nie wychylać. Do tego lubią przedstawiać się jako wyjątkowo słabe, niedorozwinięte, kiełkujące zaledwie, bo tak łatwiej...

Reklama

Ukryci, słabi i pokiereszowani

Ukryci, słabi i pokiereszowani

15.10.2018
Czyta się kilka minut
CONRAD FESTIVAL 2018 | Polskie elity od wieków wyznają zasadę, że lepiej się nie wychylać. Do tego lubią przedstawiać się jako wyjątkowo słabe, niedorozwinięte, kiełkujące zaledwie, bo tak łatwiej legitymizować swoją pozycję.
Polska Wystawa Gospodarcza, Warszawa 2018 r. PIOTR MOLECKI / EAST NEWS
M

Mateusz Morawiecki należy do bogatych polityków. Na podstawie oświadczenia majątkowego ustalić można, że posiada przynajmniej 8,5 miliona złotych. To jednak nie wszystko. Dziennikarze „Newsweeka” na początku 2018 r. odkryli, że premier wchodząc do polityki podzielił majątek między siebie i żonę, której w ten sposób przypadły lokale we Wrocławiu oraz ekskluzywny dom na warszawskim Mokotowie. Nie piszę tego, żeby pastwić się nad Morawieckim i wykazywać jego hipokryzję. Postąpił bowiem dokładnie w zgodzie z panującymi w Polsce regułami funkcjonowania elit. Lepiej nie ujawniać się z majątkiem. Ludzie może zniosą kilka milionów, ale gdy pokaże się majątek powyżej dziesięciu, to kto wie, co się może zdarzyć?


„TYGODNIK POWSZECHNY” ZAPRASZA NA CONRAD FESTIVAL >>>


Niezależnie od ideowej proweniencji polskie elity są zaskakująco zgodne w sposobie legitymizowania swojej pozycji. Jest kilka strategii, które wypracowywano dosłownie przez wieki. Pierwsza: lepiej się nie wychylać i udawać, że „my na górze” niewiele różnimy się od średniaków. Druga: przedstawiać siebie samych jako wyjątkowo słabych, niedorozwiniętych, kiełkujących zaledwie. Trzecia: jeśli już trzeba się wychylić, to jedynie po to, aby chwalić się bliznami zdobytymi w walce z uzurpatorami lub potężnymi wrogami.

Przyjrzyjmy się tym strategiom po kolei.

Ukryci

Korzeni ukrywania się elit szukać należy już w I Rzeczypospolitej, gdy wyłonił się system, w którym główną rolę odgrywał liczny stan szlachecki. Jego przedstawiciele posiadali szerokie przywileje i prawa, z których najważniejszym była możliwość wyboru króla w wolnej elekcji. Była to gwarancja zachowania wolności stanu szlacheckiego, a jednocześnie mechanizm ograniczający zdolność króla do centralizacji władzy. Stan szlachecki miał o sobie jak najlepsze mniemanie – uważał się za wspaniałych synów ojczyzny, do tego ludzi wolnych i pełnych cnót. To uzasadniało ich uprzywilejowaną pozycję wobec chłopów, którzy zmuszeni byli do wykonywania na rzecz szlachty nieodpłatnej pracy przypominającej niewolnictwo.

Ta podwójna opozycja – z jednej strony wobec króla, z drugiej wobec chłopów – dawała wrażenie, że na stan szlachecki składają się ludzie równi sobie. Wszak każdy miał prawo do udziału w wolnej elekcji i noszenia broni, a zdecydowana większość posiadała majątki ziemskie. Z czasem jednak ideologia równości zaczęła służyć grupie uprzywilejowanej, którą była magnateria. Bo przecież prawdziwymi władcami Rzeczypospolitej byli właśnie magnaci: kontrolowali olbrzymie majątki, tworzyli rozległe układy klientelistyczne, budowali stronnictwa, czym wpływali na wybór monarchy, a nawet prowadzili własną politykę zagraniczną.

Poczucie zagrożenia ze strony władzy centralnej i wyższości wobec chłopów, wzmocnione dodatkowo przez ambicje i etos drobnej szlachty, wystarczały realnie rządzącej oligarchii do zabezpieczenia swoich politycznych i ekonomicznych wpływów. A wszystko to działo się niejako w ukryciu, bez oficjalnego obnoszenia się posiadaną władzą i bez wmontowywania jej w mechanizmy ustrojowe. Uprzywilejowaną pozycję można było ukryć za hasłami o równości i złotej wolności szlacheckiej.

Mogłoby się wydawać, że tego typu strategie ukrywania się elit, maskujących swoją pozycję przez odgrywanie „średniości”, to dawne dzieje. Nic bardziej mylnego. Choć społeczno-ekonomiczny kontekst zmienił się znacząco, strategia ta wciąż stanowi chleb powszedni naszej społecznej rzeczywistości. Jedyna różnica polega na tym, że dziś klasa wyższa nie ukrywa się już za drobną szlachtą, tylko za klasą średnią.

Klasa ta jest w Polsce najbardziej dynamicznie rozwijającym się sektorem struktury społecznej. Od lat 70. przybywa nauczycieli, urzędników, specjalistów i ludzi operujących w swej pracy symbolami. Dziś to mniej więcej 1/3 wszystkich pracujących. Nie ma wątpliwości co do kulturowej hegemonii klasy średniej. Przeciętny bohater dzisiejszych seriali i reklam wywodzi się właśnie z niej: w szkole pilnie się uczy, potem idzie na studia, wysyła swoje CV do wymarzonego pracodawcy i bierze kredyt na mieszkanie. Po pracy chce się rozerwać i odreagować. Jeśli założy rodzinę, to raczej dopiero, gdy „umocni swą pozycję na rynku pracy”, a jeśli będzie miał dziecko (raczej jedno niż dwójkę), to będzie inwestował w jego przyszłość, starając się zapewnić mu jak najlepszą edukację.

Elity nie kwestionują tej hegemonii. Wręcz przeciwnie – starają się wpisać w porządek narzucany przez klasę średnią. Gdy wraz z zespołem realizowaliśmy badania dotyczące teatru, uderzające było, że wielcy przedsiębiorcy, z którymi rozmawialiśmy, bronili teatrów rozrywkowych. Deklarowali, że sami też po pracy lubią się odprężyć i że od ludzi nie należy oczekiwać ciągłego wysiłku. Jednak w odróżnieniu od prawdziwych przedstawicieli klasy średniej chadzali przede wszystkim do drogich teatrów prywatnych i do opery.

Tego rodzaju „średnioklasowy” sznyt obecny był także w kampanii wyborczej Bronisława Komorowskiego. Gdy podczas spaceru wyborczego podszedł do niego chłopak w zielonej koszulce i zadał kłopotliwe pytania o to, jak jego siostra, która zarabia 2 tysiące i nie ma mieszkania, ma sobie poradzić w życiu, ówczesny prezydent odpowiedział – zgodnie z regułami obowiązującymi klasę średnią – że powinna zmienić pracę (na lepszą) i wziąć kredyt. A potem w wyborczych reklamówkach dzieci prezydenta Komorowskiego musiały przekonywać, że są normalnymi ludźmi i też mają kredyty.

Jednak po kampanii okazało się, że przynajmniej jedna z córek prezydenta kupiła mieszkanie za gotówkę, którą otrzymała od rodziców. Ta rewelacja wywołała swego rodzaju skandal, co tłumaczy przynajmniej część powodów niechęci klasy średniej wobec elit. Niechęci, która zaowocowała zwrotem w stronę Prawa i Sprawiedliwości. Kupowanie dzieciom mieszkań i uwalnianie ich od jarzma kredytu jest zwyczajną praktyką polskiej klasy wyższej. Nie mówi się jednak o tym. Oficjalnie wszyscy mamy kredyty i mierzymy się z tymi samymi problemami. A jeśli konkurujemy, to według tych samych zasad. Klasa średnia coraz częściej dostrzega, że elity nie grają już na tym samym boisku. Mieszkania dziedziczą bądź kupują za gotówkę, posiadają domy za granicą i w polskich kurortach, studiują na najlepszych światowych uczelniach, a na wakacje wyjeżdżają cztery razy w roku.

Coraz trudniej to ukryć, choć wciąż pomocna okazuje się druga strategia, stosowana równolegle z maskowaniem.

Słabi

Polega na demonstrowaniu słabości i również ma długą tradycję. Jej geneza jest oczywiście polityczna, ale zasadniczą rolę odegrał tu ekonomiczny niedorozwój Polski.

Od XVI wieku Polska była systematycznie powiązana z rozwijającym się systemem kapitalistycznym, ale związki te nie zaowocowały upodabnianiem się polskiej gospodarki do angielskiego czy holenderskiego wzorca. Relacje z kapitalistycznym centrum opierały się przede wszystkim na produkcji i dostarczaniu żywności dla rozwiniętych rynków na Zachodzie. Towar mógł być tani, bo wytwarzano go dzięki nieopłacanej pracy chłopów. Dzięki temu szlachta budowała swój dobrobyt, a magnaci fortuny. Elity z jednej strony uczestniczyły w nowoczesnej, międzynarodowej wymianie handlowej, z drugiej dalej funkcjonowały w ramach tradycyjnych, feudalnych stosunków społecznych.

Kontrast między lokalnymi i zachodnimi elitami państw kapitalistycznych stawał się coraz bardziej widoczny, bo Polska, ze względu na specyficzne miejsce w międzynarodowym podziale pracy, nie nadążała za zmianami. Polskie elity, choć w polskich warunkach uprzywilejowane, zaczęły odstawać od elit zachodnich.

Owocowało to różnymi projektami modernizacyjnymi, w których elity chciały odgrywać przewodnią rolę, domagając się przy tym pomocy i poświęcenia ze strony wspólnoty narodowej. Jednocześnie ich uprzywilejowana pozycja była umniejszana przez porównanie się z innymi krajami, posiadającymi „prawdziwe bogactwo”.

Strategia ta, polegająca na demonstrowaniu słabości, do dziś ma się świetnie. Popularnym sposobem jej realizacji jest choćby mówienie, że II wojna światowa i PRL całkowicie zniszczyły polskie elity. Jeśli istnieją jacyś bogaci ludzie, to jest ich garstka, do tego dopiero walcząca o swoją pozycję. Elit ekonomicznych właściwie nie ma i musimy pokolenia czekać, aby osiągnąć poziom Wielkiej Brytanii czy Niemiec. Na razie mamy zaledwie delikatne kiełkujące roślinki, o które wszyscy musimy dbać. Trzeba im zapewnić bezpieczne warunki rozwoju i odpowiednio korzystne regulacje. No i oczywiście szczery i radosny doping.

Nieważne, że sześciu największych polskich przedsiębiorców znajduje się na elitarnej liście 2 tysięcy globalnych przedsiębiorców, z których każdy kontroluje przynajmniej 2 miliardy dolarów. Nieważne, że duże polskie fortuny budowane są de facto od lat 70., kiedy to PRL przyzwolił na funkcjonowanie firm polonijnych oraz dopuścił zatrudnianie siły roboczej przez prywatnych przedsiębiorców (do 1976 r. można było zatrudniać tylko członków własnej rodziny). To już 40 lat bogacenia się! Nieważne, że obecnie na czele dużych firm stoją często nie ich twórcy, ale dzieci, których główną zasługą było urodzenie się w odpowiedniej rodzinie.

Udawanie słabości pozwala polskim przedsiębiorcom uchylać się przed społecznymi oczekiwaniami. Wymaganie czegoś od słabych byłoby przecież nie fair, podobnie jak kopanie leżącego. Symulowanie, że nie jest się w stanie wspierać społecznych inicjatyw, tworzyć lepszych warunków pracy, płacić większych podatków czy inwestować w rozwój i innowacje, to na pewno dogodna strategia, pozwalająca na szybką akumulację. Istnieje jednak druga strona medalu. Gdy zza słabości wychyla się bogactwo, ludzie zaczynają czuć się oszukani. Padają wtedy pytania o to, skąd wziął się ten majątek i czy w ogóle dałoby się zarobić go uczciwie. Na razie partia rządząca nie zalicza przedsiębiorców do wrogich elit, ale kto wie, jak sytuacja będzie się rozwijać. Dobrze pamiętam kampanię z 2007 r., w której przedmiotem krytyki byli przedsiębiorcy mający niejasne powiązania z politykami. Istnieje zatem przetarta, choć na razie jeszcze nieuczęszczana droga do rozliczeń.

Pokiereszowani

Trzecia strategia legitymizowania pozycji elit opiera się na wychwalaniu historycznych zasług w walce z obcymi lub uzurpatorskimi elitami.

Na dobrą sprawę całą Polską historię, począwszy od końca XVIII wieku, można przedstawić jako opowieść, w której grupy uprzywilejowane są zmarginalizowane lub dopiero mają się stać prawdziwymi elitami. Rozbiory rozpoczynają ponad stuletni okres dominacji obcych sił nad polskimi elitami. W tym czasie uprawomocniają się one poprzez walkę o zachowanie polskości w wojnach napoleońskich i kolejnych powstaniach, a porażki i represje czynią je ofiarami obcej dominacji. Mimo że zachowują w państwach zaborczych, zwłaszcza w Austrii i Rosji, rozliczne przywileje i wpływy. Po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. elity uzasadniały swoją pozycję wcześniejszą walką o Polskę, co czyniło je jednocześnie ofiarami i bohaterami. Po II wojnie światowej władze wywodzące się z PZPR, przynajmniej do lat 70., także odwoływały się do bohaterstwa walki o Polskę, posiłkując się przy tym ludowym, czyli nieelitarnym pochodzeniem najważniejszych osób w państwie. Choćby Władysław Gomułka, pierwszy sekretarz PZPR w latach ­1956-70, który często podkreślał swoje robotnicze korzenie.

Po roku 1989 nowe elity wywodzące się z Solidarności swoją pozycję także uprawomocniały w znacznym stopniu powołując się na walkę z uzurpatorską elitą PRL-u. Różnice w obozie postsolidarnościowym dotyczyły nie tego, czy ma się moralną wyższość wobec dawnych wrogów, tylko tego, czy polega ona na prawie do wybaczenia, czy raczej na prawie do rozliczeń. Ciekawe, że dzisiejsza elita PiS-u także przedstawia swoją polityczną drogę jako kontynuację walki z PRL-em, która trwała także po 1989 r., gdy przeciwnikiem była III RP i cały układ postkomunistyczny. Jest to oczywiście śmieszne, bo ciężko porównywać opresyjność PRL-u i III RP, ale sięganie do języka blizn jest najbardziej rozpoznawalnym politycznym kodem, uzasadniającym roszczenie do objęcia i sprawowania władzy.

Kłopot polega na tym, że używanie tego kodu ma swoje bardzo poważne konsekwencje. Czyni bowiem każdą próbę rozpoczęcia dyskusji o przywilejach i nierównościach czymś głęboko niestosownym. Ludziom u władzy, podobnie jak tym wpływowym, nie stawia się wymagań, bo są już wystarczająco zasłużeni dla ojczyzny. Uniemożliwia to racjonalizację stosunków władzy i stwarza podglebie dla nadużyć, ponieważ elity działają z pozycji moralnej wyższości i słuszności. Do tego wiele wprowadzanych dziś zmian, które niszczą fundamenty politycznego porządku, pokazuje się jako kontynuację dawnej walki. Z kolei rozdział przywilejów przedstawiany jest jako coś samooczywistego, bo wynikającego z historycznych zasług. Z drugiej strony ciężko nie mieć wrażenia, że walka z PiS-em buduje zastępy przyszłych zasłużonych.

Co robić?

Ujawnienie pozycji elit wydaje mi się dziś podstawowym warunkiem jakiejkolwiek sensownej zmiany społecznej w kwestii nierówności, gospodarki czy polityki. Dotychczasowe strategie maskowania i zwodzenia wciąż działają świetnie dla samych elit, ale już niekoniecznie dla Polski.

Dzięki nim wciąż nie chcemy w pełni dostrzec istniejących różnic społecznych, bo wolimy ukrywać je za fałszywymi obrazami jedności. Napięcia, jakie rodzą nierówności, uniemożliwiają racjonalizację stosunków klasowych i budowanie poczucia sprawiedliwości. Zamiast tego doświadczamy na zmianę okresów, w których różnice podlegają eufemizacji, a po nich rozliczeń odbywających się w atmosferze moralnego skandalu. W ten sposób nie da się ustanowić rozsądnych oczekiwań wobec elit ani tym bardziej ich egzekwować. Strategia „na blizny” prowadzi do wyniszczających konfliktów o uznanie, które ostatecznie demoralizują władzę.

Elity, wyjdźcie z szafy! Dopiero coming out zaczyna prawdziwe życie. ©

MACIEJ GDULA (ur. 1971) jest socjologiem i publicystą. Wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego, członek Krytyki Politycznej i Stowarzyszenia im. Stanisława Brzozowskiego.


FOT. ALBERT ZAWADA / AG
FOT. ALBERT ZAWADA / AG

MAŁGORZATA SZPAKOWSKA (ur. 1940) jest krytyczką literacką, historyczką idei i kultury. W czasie PRL-u działaczka opozycji, była redaktorka miesięcznika „Dialog”. Przez lata pracowała w Instytucie Kultury Polskiej na UW.


FOT. GRAŻYNA MAKARA
FOT. GRAŻYNA MAKARA

AGATA BIELIK-ROBSON (ur. 1966) jest filozofką i publicystką. Pracuje na Wydziale Teologii Uniwersytetu w Nottingham, gdzie zajmuje się myślą żydowską, oraz w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN.


FOT. ARCHIWUM PRYWATNE
FOT. ARCHIWUM PRYWATNE

MICHAŁ PAWEŁ MARKOWSKI (ur. 1962) jest dyrektorem artystycznym Festiwalu Conrada, krytykiem literackim, eseistą, profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Szef Katedry Języka i Literatury Polskiej na Uniwersytecie Illinois w Chicago.

CO SIĘ DZIEJE Z ELITAMI w społeczeństwach zarządzanych przez populistów? W jaki sposób przemiany kulturowe i polityczne ostatnich lat wpłynęły na pozycję i funkcję elit w Polsce, Europie i na świecie? Czy elity stanęły na wysokości zadania i odpowiedziały na nowe wyzwania? Czy społeczeństwo potrzebuje dziś elit, by się rozwijać? Jeśli tak, to jak odnowić komunikacyjny pakt pomiędzy ludźmi należącymi do różnych klas społecznych? Jeśli zaś nie, to kto może zająć miejsce elit, kto powinien wcielić się w rolę przewodnika, wskazującego społeczeństwu kierunek? Na te pytania podczas festiwalowego spotkania spróbują odpowiedzieć Agata Bielik-Robson, Maciej Gdula, Michał Paweł Markowski i Małgorzata Szpakowska.

Galeria zdjęć
  • FOT. ALBERT ZAWADA / AG
  • FOT. GRAŻYNA MAKARA
  • FOT. ARCHIWUM PRYWATNE

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

"Pan miłuje prawo i sprawiedliwość" - i pewnie dlatego odwrócił się od PiS

post-feudalny układ społeczny spojrzeć w szerszym kontekście historycznym, to możnaby nawet pochwalić duchową równowagę, czy zgoła społeczną mądrość naszych "sarmackich" przodków, którzy unikali "rozwiązań ekstremalnych", wyznając zasadę optimum złotego środka. Co prawda, że ten umiar został (przejściowo) zdominowany przez obce (zaborcze) "ekstremizmy", ale przecież w historycznym przełomie sprzed 100 lat-Polonia Restituta, nastała mozliwość powrotu do tamtego stanu umiarkowania. Oczywiście, że wg zasady, że nigdy nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody, wierne odkalkowanie dawnych relacji społecznych jest niemożliwe i w pewnym sensie byłoby to wstecznictwem. Jednak uniwersalnie dobra jest dawna (feudalna) zasada, że społeczna wspólnota, nawet podzielona na stany i zróżnicowana pod względem przysługujacym im praw i stanu posiadania, to w istocie jest egalitarna w odniesieniu do najwyższej wspólnej wartości: chrześcijańskiego Boga-Ojca wszystkich ludzi. Z podmiotu tejże wartości wynikają założenia: że nie ma wolności bez odpowiedzialności i ta wolność jest odniesiona do wartości nadrzędnej-najwyższego dobra, jakim jest Bóg oraz że władza nad drugim człowiekiem jest w istocie służbą dla tego wspólnego dobra. Oczywiście, że te zasady były może bardziej deklaracją, jak realizowaną wytyczną, jednak na pewno było to(jest) lepsze, niż moralny i intelektualny relatywizm, promowany w ramach post feudalnego liberalizmu , który rozprzęga społeczną wspólnotę na chaotyczną zbiorowość, gdzie każdy realizuje własny partykularny interes kosztem otoczenia-na zasadzie pasożyta, którego natura nie została wypełniona Bożą łaską. Okres post-feudalny, to albo drastyczne nierówności społeczne "liberalnego" kapitalizmu (renesans niewolnictwa) i antagonizm "walki klas społecznych", albo "dyktatura proletariatu" z egalitaryzacją na zasadzie autorytarnej uniformizacji negującą wolność jednostki. Polacy nigdy nie chcieli wspólnoty "dżungli" i brutalnej "walki o byt" wyuzdanego z wartości liberalizmu, ani też "marszu czwórkami ku świetlanej przyszłości" pod karabinem strażników Nowego Porządku Bez Boga
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]