Od początku inwazji działają tu prężnie grupy, które pomagają walczącym. Składają się głównie z emerytów. 71-letnia Walentyna Rimarczuk jest liderką jednej z nich, o nazwie Dzherela Peremohy (Źródła Zwycięstwa).
– Dla mnie wojna zaczęła się w 2014 r. – mówi emerytowana nauczycielka wychowania przedszkolnego. – Poszłam wtedy do wojenkomatu i mówię: „Weźcie mnie na front, nie patrzcie na wiek, mogę się przydać w kuchni, w magazynie, wszędzie”. Nie wzięli. Zaczęłam wysyłać więc chłopcom ciepłe ubrania.
Ludzie z miasteczka przynosili Walentynie rzeczy, co kto miał: – Najpierw magazynowaliśmy je u mnie, w szopie przy domu. Potem miasto dało nam pomieszczenia po bibliotece. Teraz jest w nim nasz sztab. Z tego, co ludzie przynoszą, nic się nie marnuje. Ze starych kurtek można robić śpiwory na front, ze starych spodni rękawice. Szyjemy ocieplane kamizelki, pałatki, nosze. Z parafiny robimy świece okopowe, którymi chłopcy się ogrzewają.
Emerytowane nauczycielki z Jampola pomagają żołnierzom
Wśród regularnie pomagających jest Lesia Sobko. Wraz z mężem prowadzą dużą hodowlę trzody. Przekazują więc to, co mają: mięso, słoninę, wędliny.
Ich syn, utalentowany muzyk, zaginął na froncie bez wieści.
Kobiety z grupy Walentyny peklują weki, robią kiszonki. Walentyna, niczym żołnierka frontowa, dorobiła się już pseudonimu „Ciocia Wala”.
– Jak czegoś potrzeba chłopcom, dzwonią do Cioci Wali – uśmiecha się.
Emerytowaną nauczycielką, tyle że języka i literatury ukraińskiej, jest też Wiktoria Gonczaruk, lat 58. Współpracuje z Walą od pierwszych dni. Na froncie jest jej siostrzeniec.
Walentyna: – Nie upadamy na duchu, chociaż jesteśmy tylko emerytami. Zapuściłam mój dom i ogród, czas poświęcam na wolontariat. My się nie poddajemy... Tylko ten Trump! Co on wygaduje! Jak usłyszałam te jego głupoty, serce zaczęło mi tak walić, że tchu mi zabrakło. Wylądowałam w szpitalu. Ale Pan Bóg jest silniejszy niż Trump i całe zło świata.

Takich grup wolontariackich są na Ukrainie tysiące
W sąsiedztwie sztabu Walentyny, w budynku po drugiej stronie placu, na którym króluje pomnik Bohdana Chmielnickiego, mieści się salon fryzjerski Tamary Głowackiej.
Swoje miejsce pracy Tamara zamieniła w manufakturę, w której plecione są siatki maskujące. Sama ma dwóch synów na froncie. – Obaj są oficerami – mówi z dumą Tamara. – Wykonują tajne zadania, nie mogę powiedzieć, gdzie służą – opowiadając, nie kryje łez.
Razem z nią przy wiązaniu siatek pracują Tamara Czaban, Lilia Humiennik i Mariana Roczniak. Ich grupa nazywa się Povernemosya Zhyvymy (Powróćcie żywi).
– Klientów do strzyżenia nie ma zbyt wielu, co mamy siedzieć bezczynnie, to szyjemy siatki – mówi Tamara Czaban.
Siatka maskująca o rozmiarach osiem na pięć metrów powstaje dwa dni. Przyrząd skonstruowany ze złączonych w jednym rzędzie noży tapicerskich pozwala szybciej ciąć materiał na długie paski, wiązane potem do sznurkowej osnowy.
Takich grup wolontariackich rozsianych po całej Ukrainie są tysiące, często wiele w jednym mieście. Wala: – Jak czegoś nie mamy, dzwonię do znajomych z Winnicy, Żytomierza, Kijowa. Zaraz się znajdzie to, co potrzebne. Nowa Poczta, firma kurierska, wozi pomoc humanitarną na front bezpłatnie.

„Nas na front nie wezmą, to pomagamy, jak możemy” – mówi Halina, krawcowa
W domku na obrzeżach Jampola na rzecz frontu pracują emerytowany listonosz Sierhiej Ternawski, jego żona Walentyna i ich znajoma Halyna Talawera, krawcowa.
Stare ubrania, głównie ciepłe futrzane kurtki i spodnie dżinsowe, przerabiają na ciepłe rękawice. Ponadto Sierhiej wiąże z nylonowych sznurków osnowy do siatek. W ciasnym pokoju stoją dwie maszyny do szycia, stoły pokryte są wykrojnikami, a wolną przestrzeń zajmują sterty ubrań.
– Przez zimę robimy 1300 par rękawic – Halyna posiłkuje się notesem, w którym skrupulatnie zapisuje wszystkie wysyłki. – Od początku inwazji wysłaliśmy na front 4620 par rękawic i 105 siatek.
Rękawice mają otwór na palec, którym obsługuje się spust karabinu. – Początkowo robiliśmy go tylko w prawej rękawicy, ale żołnierze zwrócili nam uwagę, że niektórzy są leworęczni, wzięliśmy to pod uwagę i teraz jest w obu – dodaje Sierhiej.
Halyna: – Nas na front nie wezmą, to pomagamy, jak możemy. Współpracujemy z brygadą z Winnicy. Tam są nasi chłopcy, stąd. Przecież my ich znamy, to koledzy naszych córek, synowie naszych sąsiadów.
Walentyna codziennie zadaje sobie pytanie, co dziś zrobiła dla chłopców na froncie
Pytam Walentyny, co będzie robić po wojnie. Wala lubi śpiewać i gdy spacerujemy po Jampolu, co chwilę nuci piosenki, recytuje wiersze.
Teraz też odpowiada na pytanie piosenką. Włącza na telefonie song Olhy Bohomolec i śpiewa razem z nią:
Kiedy wojna się zakończy,
chcę wypłakać łzy,
za chłopców, co zginęli w oblężeniu.
Kiedy wojna się zakończy,
chcę przytulić przyjaciół,
których rzuciła do krajów, gdzie działa milczą.
Dodaje: – A może przyjadę do Krakowa? Zrobię sobie piękny makijaż, założę szykowną suknię i zatańczę tango. Albo walca. Tak bardzo chciałabym pojechać do Krakowa.
Ale to kiedyś. Teraz Walentyna każdego dnia zadaje sobie pytanie, co dziś zrobiła dla chłopców na froncie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















