Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Udaremnianie Chrystusa

Udaremnianie Chrystusa

10.04.2018
Czyta się kilka minut
Do Kościoła dołączyłem trzy miesiące po urodzeniu, świadomie przeżyłem w nim dobrze ponad trzy dekady.
T

To ciekawe, że nigdy, nawet po najgłupszych kazaniach, największych skandalach, nie miałem pokusy: a może to zostawić? Gdy człowiek doświadczył w tym Kościele tyle dobra od tylu ludzi, naprawdę trudno, by przekreślił to jeden wybryk.

Aż do teraz. Do momentu przeczytania tekstu znakomitego biblisty, ks. dr. Wojciecha Węgrzyniaka, biorącego w obronę swojego profesora, ks. Edwarda Stańka (tekst zamieszczono na stronie pressmania.pl). Wizja Kościoła, sposób czytania, rozumienia Ewangelii, jakie zaproponował (jako właściwy księdzu Stańkowi), odrzuciła mnie do tego stopnia, że pomyślałem: „OK, jeśli tak ma myśleć mój Kościół, nie będę w stanie się w nim odnaleźć, nie ma tu dla mnie miejsca. Emigruję”.

Kto chce, sięgnie do źródła. Wydobędę z niego tylko jeden z wątków. Ksiądz Węgrzyniak pisze, że ksiądz Staniek jest jak Rzecki z „Lalki”, starej daty romantyk żyjący w czasach pozytywizmu: „Staniek jakby zatrzymał się w Kościele Pierwszych Wieków, widząc w nim ideał Kościoła. I co on czyta o niewierzących i pomaganiu? Czyta, że w Nowym Testamencie chodzi przede wszystkim o głoszenie Chrystusa, a nie o pomaganie biednym. Że chrześcijanie zawsze pomagali ubogim, ale przede wszystkim swoim. Że nie można było dawać na chleb temu, kto nie chciał pracować (tak św. Paweł). I że jałmużna powinna się spocić w rękach dającego, dopóki nie pozna, komu ją daje (tak Didache)”.

Dalej ks. Węgrzyniak wyjaśnia, że powszechne w egzegezie (do XVIII w.) było przekonanie, że „jeden z braci moich najmniejszych” to nie biedny i potrzebujący w ogóle, a chrześcijanin, a więc podczas Sądu Ostatecznego (opisanego w Mt 25) Jezus nie mnie pyta, czy dałem spragnionemu pić, ale pyta poganina, niewiernego, czy dał pić mi, chrześcijaninowi! I dalej: „W tej perspektywie, biorąc jeszcze pod uwagę historię Europy, ks. Staniek widzi zaproszenie muzułmanów do parafii jako sprzeczne z Ewangelią i tradycją Kościoła. A przecież nie odmawia im pomocy. Miłosierdzie możemy okazać tym wyznawcom islamu, którzy umierają z głodu lub pragnienia. Drzwi diecezji i parafii mogą być otwarte tylko dla wierzących w Jezusa”.

Dalej jest o tym, że ks. Staniek „jako patrolog zna dobrze praktykę pokutną starożytnego Kościoła i nie może się zgodzić na to, że cudzołóstwo, za które pokutowało się kiedyś parę lat, dziś zaczyna nie być przeszkodą do komunii”, oraz o tym, że „dla takiego człowieka komunia dla rozwodników to zamach na świętość, a świętość była dla niego zawsze ważniejsza niż człowiek. Bo jak się Boga zdewaluuje, to człowiek i tak nie zyska na wartości”.

Nie ma tu miejsca, by przerzucać się z księdzem Wojciechem cytatami wykazującymi, że podane przezeń rozumienie tekstów ewangelicznych nie było w epoce jedynym dostępnym. Zasadnym pozostaje pytanie, czy da się być chrześcijaninem wieku IV w wieku XXI? Przez te kilkanaście wieków nieco się wszak o sobie i o Bożym świecie nauczyliśmy. Kościół to nie tylko organizacja dobroczynna? Jasne. Ale głoszenie Ewangelii bez nakarmienia umierającego z głodu (a wielu takich widziałem) to – moim zdaniem – bluźnierstwo. Inna rzecz: ja na przykład dziś wiem już, że słowa „kto nie chce pracować, niech też nie je” mogą nie mieć zastosowania do tych, którzy mówią, że nie chcą pracować, bo wykluczenie, w którym tkwili, albo inne traumy doprowadziły do takiego upośledzenia ich wolnej woli, że nie są w stanie wybierać właściwie. Co, wiedząc to o nich, zrobi Miłosierny Ojciec? Zagłodzi swoje tak niedomagające dziecko w celach pedagogicznych?

Wyłaniający się z tych rozważań koncept chrześcijaństwa jako ekskluzywnej grupki, o którą świat ma teraz dbać jak o relikwię: karmić, poić, pielęgnować (a jak nie – to pójdzie do piekła), być może rzeczywiście był efektywny w jakimś miejscu i w jakimś momencie (choć nie sądzę, że z takim nastawieniem apostołów udałoby mu się przebić barierę wejścia do świata cywilizacji rzymskiej), nie sprawdzi się jednak w czasach, w których jedynym testem, jaki może dziś przekonać ludzi do prawdziwości Ewangelii, jest radykalizm miłosierdzia. Głosimy „absurd” nierozerwalności małżeństwa? Pięknie! Ale łącznie z nim głosić należy – swoim życiem – „absurd” kompletnej bezinteresowności miłosierdzia, Boga, który wzywa nas do dawania się braciom (wśród których nie wyróżniamy muzułmanów, bo zdaje się, że nie mają innego niż my Ojca, no chyba że wyznajemy funkcjonalny politeizm, uznając, że ktoś wierzący inaczej dzieckiem naszego Boga nie jest), dawania się bez żadnych warunków wstępnych. Do zrezygnowania z logiki stanu posiadania, z własnego komfortu, poczucia bezpieczeństwa, do kenozy, wyniszczenia się takiego, jakiego On dokonał na krzyżu.

Czy naprawdę ktoś chce mi dziś ogłosić Chrystusa, który każe mi przed przyjęciem kogoś do domu parafialnego sprawdzać mu świadectwo chrztu? (A co, jeśli zapuka tam ochrzczony, ale de facto nie wierzący Jezusowi? Mam otworzyć czy wołać kościelnego z odsieczą?) Który żałuje (wszak nie ma w tej sytuacji innego wyjścia) sytuacji z Zacheuszem? Który mówi: mniej mnie ruszają łzy muzułmańskich dzieci, karm najpierw katolickie? Boga, który mówi: „Jasne, kocham cię, ale jak nie będziesz święty, to po co ty mi właściwie jesteś, syneczku, potrzebny”?

Nie umiałbym uwierzyć takiemu Bogu. Nie odejdę z Kościoła, bo na szczęście wiem, że Bóg to Bóg, a nie nasz sposób rozumienia jego Ewangelii. Zupełnie inaczej ją odczytujemy, zupełnie inaczej rozumiemy znaki czasów, mamy chyba inaczej ustawiony detektor reagujący na próby szukania ewangelicznych uzasadnień do nieewangelicznych lęków. Będę trwał przy tezie, że choć tradycja to nośnik objawienia, nie jesteśmy jednak muzealnikami Boga, lecz jego apostołami. Z pewnością ksiądz Wojciech (naprawdę bardzo przeze mnie szanowany) to zrozumie, skoro apeluje o to, byśmy w Kościele próbowali się w naszej różnorodności wysłuchać, a nie od razu lać anatemami po głowach. ©

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

FOT. GRAŻYNA MAKARA
Polski dziennikarz, publicysta, pisarz, dwukrotny laureat nagrody Grand Press. Po raz pierwszy w 2006 roku w kategorii wywiad i w 2007 w kategorii dziennikarstwo specjalistyczne. Na koncie...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Dziękuję Panie Szymonie! Od dłuższego czasu w środku mnie zgrzyta, gdy czytam/słucham ks. Wojciecha. Nie umiem pogodzić tego zgrzytania z szacunkiem do jego osoby, ani z wiarą jaką wyznaję. Czuję się w tym zgrzycie osamotniona. Widzę jednak, że tak nie jest. Ulżyło mi :)

'Myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi drogami moimi' - myślę, że po śmierci wszyscy się zdziwimy :-) Zdecydowanie, nie lekceważyłbym tradycji - to źródło. Nie bądźmy naiwni i pysznie sądząc ze teraz w XXI wieku nagle już wiemy 'o co chodzi' w chrześcijaństwie...

Szanowny autor jest między ludźmi, słucha ich historii i im pomaga. Szanowny ksiądz biblista pewnie dnie i noce całe studiuje księgi w jakiejś wieży. Gdzie on tam do ludzi.

unieważnianie Przymierza Syna Bożego. Widzę w tej teologii "zamkniętej tożsamości",wytężoną pracę nad czymś, co w Biblii jest określane jako "wymyślanie błędu" i "krzywieniem tego co proste". Dlatego apostoł Paweł już dokonywał owej teologicznej redukcji do "Chrystusa ukrzyżowanego", bo bardzo łatwo jest pójść w teoretyczny nadmiar, który "pochodzi od diabła".

Odejście z Kościoła Rzymskokatolickiego (instytucji), nie oznacza, że Autor wyrzekłby się Boga. Są inne kościoły (instytucje), śmiem twierdzić, mające lepszy kontakt z Bogiem takim, jak Go Pan opisuje.

Cokolwiek uczyniliście jednemu z z tych braci moich najmniejszych... Za dużo teraz w Kościele filozofii, a za mało modlitwy, nie trzeba przerzucać się cytatami, żeby trzymać się przykazania "Miłuj bliźniego swego". A swoją droga, dlaczego ksiądz, który wystąpił z kapłaństwa - po złożeniu ślubów kapłańskich może wziąć ślub katolicki i przystępować do komunii, a rozwiedzeni nie ze swojej winy nie? To sakrament i to sakrament, tu przysięga i tu przysięga, nie rozumiem...

Panie Redaktorze, można koło uszu puszczać komentarze jednego, drugiego, dziesiątego niemądrego księdza (nawet takiego z tytułami naukowymi i kościelnymi) i tłumaczyć sobie, że to tylko pojedyncze przypadki. Nie mogę zamykać jednak oczu na sytuacje, kiedy zło ma charakter systemowy. Oto nieoficjalna stolica katolicyzmu polskiego przyjmuje z otwartymi ramionami bandyterkę z ONRu i organizuje dla nich mszę. Cisza polskiego Episkopatu w tej sprawie aż dzwoni w uszach.

Apele o dialog, różnorodność poglądów to taka intelektualna gimnastyka w obliczu tego że Kościół, instytucja przecież dla autora i wielu ludzi tak ważna, wprost romansuje z brunatnym ONRem. Stąd właśnie te "mądrości" o uchodźcach muzułmańskich, a nie z różnic filozoficznych i teologii, bo to zwykła przykrywka. Kościół w Polsce nie ma dziś oblicza Jana Pawła, czy Franciszka. Ma oblicze Międlara czy ks. Kneblowskiego. Ale polscy wierzący niczym ofiary syndromu sztokholmskiego, będą doszukiwać się pozytywów, nie chcąc zauważyć słonia w składzie porcelany.

Panu Redaktorowi i jemu podobnym w coraz to większym zdumieniu się pogrążającym pod rozwagę proponuję te oto myśl, że nie od Jezusa, nie od Ewangelii, nie od Bożej Miłości sa uzależnienie, ale od bezwzględnej i ponurej Instytucji i jej Magów, i że jest to toksyczny związek, a w takich przypadkach jedynie detoks i abstynencja. To działa - uzdrawia, ożywia, otwiera oczy.

Niech każdy założy sobie swój własny jednoosobowy kościół i będzie sobie sam najwyższym magiem. Z pewnością będzie święty i niepokalany.

byłby z pewnością najświętszy, jednocześnie największym w nim łotrem,ale niepokalany już niekoniecznie - ale po co w ogóle ten kościół, choćby i jednoosobowy?!... no takie myślenie to też objaw uzależnienia, a co najmniej ograniczenia horyzontalnego...

Niedawno zastanawiałem się jak osoba tak światła za jaką Pana uważam, może nie widzieć prawdziwego oblicza dzisiejszego kościoła katolickiego i było mi Pana szczerze żal a nawet podejrzewałem pewnego rodzaju hipokryzję .Teraz przepraszam i mysle ,że podejmuje Pan najlepszą dla propagowania Boga decyzję.Pozdrawiam

Brawo, panie Szymonie!
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]