Turcja i Izrael walczą o zabytki. Archeologia jako narzędzie polityki

Recep Tayyip Erdoğan i Benjamin Netanjahu rywalizują także o materialne ślady przeszłości. Wykopaliska są polem bitwy o pamięć oraz o prawo do ziemi.
Czyta się kilka minut
Wykopaliska Austena H. Layarda w Niniwie, przygotowania do transportu zabytków do Londynu, 1849 r. // domena publiczna
Wykopaliska Austena H. Layarda w Niniwie, przygotowania do transportu zabytków do Londynu, 1849 r. // domena publiczna

Prezydent nie bawił się w półsłówka. Występując w sierpniu 2025 r. na sympozjum archeologicznym w Ankarze, Recep Tayyip Erdoğan obwieścił, że Turcja to światowy lider. I to podwójny: zarówno gdy idzie o skalę odkryć archeologicznych, jak też odzyskiwanie tego, co utraciła. Od 2002 r. sprowadzono bowiem do kraju aż 13 tys. artefaktów – tych wywiezionych z jej terytorium w czasie, gdy istniało Imperium Osmańskie.

Erdoğan zapowiedział też, że tureccy eksperci „dokładnie zbadają każdy centymetr kraju i każde miejsce, w którym postawili stopę Turcy”, dokumentując ich dziedzictwo.

Archeologia w służbie państwa

Wizja Erdoğana jest jasna: wspaniała historia Turcji to przyczynek dla jej obecnych i przyszłych aspiracji. Gdyż, jak mówił, „nie chodzi tylko o odkrywanie artefaktów, ale o zajęcie naszego miejsca w historii cywilizacji”.

Choć ani Erdoğan, ani premier Benjamin Netanjahu nigdy by tego nie przyznali, pod tym względem są podobni: także dla Izraela, który powstał na terenach dawnego państwa Osmanów, zamieszkanych głównie przez ludność arabską (tę, która w XX w. zyska odrębną tożsamość palestyńską), zabytki – świadectwa przeszłości – to ważny przyczynek: dla jego roszczeń i dla legitymizacji jego istnienia w tym miejscu mapy świata.

Jednak gdy idzie o zabytki, Izrael ostatnio nie tylko je odkrywa. To izraelska rakieta zniszczyła niedawno zabytkową kolumnę w libańskim Tyrze (to także część Imperium Osmańskiego), wpisaną na światową listę dziedzictwa.

Takie zdarzenia przywołują argument, że dla niektórych zagrożonych artefaktów byłoby lepiej, gdyby zostały wcześniej ukradzione do europejskich muzeów – tam przynajmniej byłyby bezpieczne.

Jak Imperium Osmańskie traciło skarby 

Najpierw zatrzymajmy się przy Turcji. Inaczej niż miało to miejsce w Chinach i Polsce, osmańska Turcja nie traciła bezcennych artefaktów w wyniku wojennej grabieży. Część z nich opuściła ją jako prezenty, część wywieziono legalnie – początkowo zachodni archeolodzy mieli zgodę na wywóz obiektów z wykopalisk.

Działo się tak zwłaszcza przed rokiem 1869, kiedy to po raz pierwszy wprowadzono zakazy wywozu zabytków. Wcześniej do British Museum trafiły np. rzeźby z mauzoleum w Halikarnasie; dziś Ankara domaga się ich zwrotu. Jednak nawet po roku 1884, gdy sułtan ogłosił, że wszystkie artefakty znalezione podczas wykopalisk należą do państwa, wciąż wędrowały one na Zachód – kradzione, przemycane.

Było co wywozić. Wiek XIX owocował wielkimi odkryciami archeologicznymi. Przy czym wykopaliska przybierały często charakter łowów na skarby. Starożytne cywilizacje budziły w Europie ogromne zainteresowanie, a bieg dziejów sprawił, że ich materialne ślady znajdowały się w większości w granicach Imperium Osmańskiego.

Tu można było odnaleźć więc zabytki greckie, perskie, hetyckie, sumeryjskie, asyryjskie, fenickie, a także hebrajskie. Tu stały historyczne Babilon, Niniwa, Tyr, Jerozolima. Tu rozgrywały się wydarzenia opisane w Biblii hebrajskiej. 

Wielka wywózka zabytków

Wyobraźmy sobie atmosferę tamtych czasów. Pierwsi zachodni podróżnicy, którzy przybywali na Bliski Wschód, na pustych przestrzeniach, gdzie czasem tylko wędrowali Beduini, odkrywali starożytne ruiny i pomniki. Wychowani na Biblii, Homerze i Herodocie, gorliwie zabierali się za odkopywanie dawnych światów. Uznając za pewnik, że to, co znajdą, wolno zabrać do Europy – do muzeów w ich krajach.

Już w początkach XIX w. wywieziono więc do Anglii marmury ateńskiego Partenonu. Zrobił to Thomas Bruce, a jego czyn, nawet w tamtej epoce, wzbudził mieszane uczucia. Dekadę później do Paryża trafiła Wenus z Milo. Także znaleziska z dzisiejszego Iraku trafiały do Europy. Imponujące asyryjskie rzeźby ładowano na statki i tratwy na Tygrysie. Bywało, że tonęły podczas transportu. 

Zabytków jednak nie brakowało, a zachodni dyplomaci okazywali się gorliwi, gdy idzie o wspieranie wykopalisk i wywóz antyków. Francuski konsul w Sydonie stworzył własne muzeum, a gości obdarowywał urnami z fenickich grobowców. 

Archeologia i wyścig imperiów

W wieku XIX archeologia, dyplomacja i polityka imperiów wzajemnie się przenikały. Znakomicie widać na przykładzie Austena H. Layarda, który odkopał biblijną Niniwę i Nimrud. Prowadził on też działalność wywiadowczą, a archeologia była przykrywką – i narzędziem w „wielkiej grze” między Wielką Brytanią a Rosją, zwłaszcza na terenie Persji (dziś Iranu).

Oczekując na spodziewane stanowisko dyplomatyczne w Konstantynopolu (dziś Stambuł), Layard postanowił spędzić czas na poszukiwaniu asyryjskich zabytków. Jak się okazało, to one miały przynieść mu nieśmiertelną sławę odkrywcy miast zagrzebanych w piasku.

A co na to Imperium Osmańskie? W badaniach archeologicznych, jakie odbywały się na jego terenie, początkowo odgrywało znikomą rolę. Spór o odkrycia miast Mezopotamii przybierał więc charakter rywalizacji kolonialnych potęg: Wielkiej Brytanii i Francji. Obawiając się, że Francuzi wyprzedzą Brytyjczyków w studiach asyryjskich, Layard uznał za kwestię honoru, by znaleziska przewieźć do Anglii szybciej, niż Francuzi przetransportują „swoje” artefakty. 

Sułtan buduje swoje muzeum 

Osłabione w XIX w., państwo Osmanów podjęło jednak reformy. W 1846 r. w dawnym kościele Hagia Eirene założono pierwsze muzeum (choć bardziej przypominało składzik niż instytucję muzealną). W 1867 r. sułtan Abdülaziz odwiedził Europę, a imperialne muzea zrobiły na nim wrażenie. Po powrocie przemianował kolekcję w Hagia Eirene na Muzeum Imperialne, budując dla niego gmach w kształcie hellenistycznego sarkofagu.

Pierwszymi dyrektorami instytucji byli zagraniczni uczeni. Dopiero po kilkunastu latach jej istnienia dyrektorem został Turek: Osman Hamdi Bey. Postać nietuzinkowa – archeolog (odkrywca tzw. sarkofagu Aleksandra), a także malarz i intelektualista.

Osman Hamdi Beya podczas prac wykopaliskowych na górze Nemrut, 1882 r. // domena publiczna

Początkowo prawo tureckie zapewniało podział wydobytych antyków (między Turcję a zagranicznych archeologów). Z czasem zdecydowano, że wszystkie znalezione artefakty należą do Imperium Osmańskiego. Powołując się m.in. na to prawo, Ankara usiłuje dziś odzyskać zabytki znajdujące się w europejskich muzeach. 

Europejskie mocarstwa i naukowcy nie byli zachwyceni tą zmianą. Padały oskarżenia, często rasistowskie. Anglicy i Francuzi uważali, że zwłaszcza dziedzictwo grecko-rzymskie przynależy do Europy, a nie do „azjatyckich” Turków. Kpiono, że szansa, aby wśród Turków pojawili się archeologowie, jest taka sama jak to, że zjawią się wśród Hotentotów. 

Przemyt do muzeów Europy

Zakaz nie był jednak gwarancją, że antyki zostaną w imperium. Bywało, że gdy nie można było wywieźć ich legalnie, uciekano się do kradzieży. Najsłynniejszej dokonał odkrywca homeryckiej Troi, Heinrich Schliemann: wywiózł do Niemiec biżuterię zwaną Skarbem Priama. Dlatego jego wykopaliska były później strzeżone przez zbrojną gwardię z Konstantynopola.

Żona Heinricha Schliemanna, Sophia, w złotej biżuterii ze „skarbu Priama” (ok. 1873) // domena publiczna

Brytyjscy kuratorzy raczej nie wzdrygali się przed zakupem nielegalnie pozyskanych antyków. Znany jest list, jaki Ernest Alfred Wallis Budge, kustosz w British Museum, otrzymał od handlarza z Bagdadu. Ten pisał, że właśnie wysłał do Budge’a kolekcję tabliczek klinowych. Nie krył, że przemycił ją przez tureckie cło, ukrytą w workach z anyżem.

Dla kuratora nie był to problem. Sam przemycił wcześniej tabliczki klinowe, a społeczności handlarzy z Bagdadu dał znać, że muzeum będzie kupować od nich takie kolekcje. Budge przez lata utrzymywał też sieć agentów w Iraku i Egipcie. Antyki przemycali np. pracownicy Kompanii Żeglugi Parowej Eufratu i Tygrysu. Podczas 30 lat urzędowania Budge potroił wielkość kolekcji, którą się opiekował – nie tylko dzięki reglamentowanym antykom z wykopalisk, ale też dzięki przemytowi.

Izrael: kto ma prawo do przeszłości

Dziś Turcja domaga się zwrotu wielu antyków, uważając się za pokrzywdzoną względem krajów Zachodu. Jednak niektórzy uznają tureckie roszczenia za hipokryzję, a krytyka wychodzi od narodów, które niegdyś podlegały władzy sułtana. 

Armeńsko-amerykański publicysta Harut Sassounian tak komentuje tureckie wysiłki: „Ironią losu jest to, że kraj, który rości sobie prawo do tych zabytków, jest jednym z największych grabieżców dziedzictwa kulturowego innych narodów, jak kościoły, klasztory, zabytki i szkoły należące do Ormian, Asyryjczyków i Greków. Trzeba mieć samemu czyste ręce, żeby mieć czelność oskarżać innych o kradzież”.

Sassounian nie wymienił tu Żydów (Izraelczyków). Tymczasem także oni mają swoje roszczenia wobec Turcji. Dawne terytoria Imperium Osmańskiego były niezwykle istotne, jeśli chodzi o tzw. archeologię biblijną. Ta zaś odegrała nie tylko szczególną rolę dla chrześcijańskich archeologów z Wielkiej Brytanii i USA, ale także dla powstałego w 1948 r. Państwa Izrael.

Dzisiaj Tel Awiw stara się przede wszystkim odzyskać od Turcji jeden niezwykle istotny artefakt, który znajduje się w muzeum w Stambule.

Izraelczycy szukają własnych korzeni

Państwo Izrael powstało na terenach, na których przez około osiemnaście wieków Żydzi stanowili nieznaczącą mniejszość. Dziadkowie tych, którzy zakładali Izrael, w większości nigdy nie oglądali Bliskiego Wschodu, a ziemię, którą w Biblii Jahwe obiecał narodowi żydowskiemu, znali wyłącznie z tekstów religijnych.

Stąd od pierwszych lat istnienia Izraela, w procesie nowej izraelskiej tożsamości, nie do przecenienia były wszystkie zabytki, które mogły stanowiły pomost między starożytną przeszłością a nowym państwem. Nieprzypadkowo to kopię starożytnej menory, którą odkryto w nekropolii w Beit Sze’arim, ustawiono przy wejściu do parlamentu (Knesetu).

W pierwszych latach istnienia państwa archeologów izraelskich mniej interesowały młodsze, „muzułmańskie” warstwy – pragnęli dotrzeć do tych wcześniejszych. Podobnie jak XIX-wieczni chrześcijańscy archeologowie, o których mówiono, że kopali z łopatą w jednej, a z Biblią w drugiej ręce, także izraelscy uczeni szukali głównie biblijnych starożytności. 

Izraelski generał i archeolog Yigael Yadin oprowadza sekretarza stanu USA Henry’ego Kissingera po ruinach żydowskiej twierdzy Masada. 22 marca 1975 r.. 22 marca 1975 r. // Castro / AP Photo / East News

Poszukiwali również potwierdzenia wydarzeń znanych z dzieł Józefa Flawiusza. Szczególną rolę odegrała tu twierdza Masada, badana przez generała izraelskiej armii Yigaela Yadina. Temu miejscu „muskularny” syjonizm nadał szczególną wagę – jako ostatniemu bastionowi heroicznego oporu żydowskich wojowników walczących z Rzymem.

Turcja–Izrael: spór o biblijny artefakt

W międzyczasie minęło prawie 80 lat – i w Izraelu zaszły znaczące zmiany. Pojawiła się np. grupa badaczy podważająca relacje biblijne – nie tylko wyjście Żydów z Egiptu i podbój Kanaanu, ale także królestwa Dawida i Salomona

Ci, którzy nadal optowali za bardziej konserwatywnym podejściem do tekstu biblijnego, z radością przywitali więc odkrycie inskrypcji z napisem „Dom Dawida” (stela z Tel Dan). 

Łącznikiem z historią biblijną jest również liczący 2700 lat zabytek z Jerozolimy: inskrypcja Siloe, która znajduje się w Turcji – i wobec której Izrael rości pretensje.

Inskrypcja ta została zarejestrowana w muzeum w Konstantynopolu w 1883 r., gdy nie istniało jeszcze Państwo Izrael. Pierwszy rząd Benjamina Netanjahu usiłował więc nabyć ją w latach 90. XX w. (Erdoğan był wtedy burmistrzem Stambułu). 

W zamian Izrael oferował najpierw dowolny osmański przedmiot ze swoich kolekcji, a później nawet wszystkie osmańskie artefakty. Ówczesny premier Turcji miał odpowiedzieć przedstawicielom Izraela, że zarówno Erdoğan, jak i „część narodu tureckiego oburzyłaby się, gdybyśmy dali Izraelowi tabliczkę z informacją, że Jerozolima była miastem żydowskim 2700 lat temu”. Odmówiono nawet jej wypożyczenia.

Erdoğan i Netanjahu: rywalizacja bez końca

Erdoğan, który przedstawia się jako obrońca Palestyńczyków, miał kiedyś powiedzieć do Netanjahu: „Nie damy wam nawet kamyczka z Quds [arabskie i tureckie określenie Jerozolimy – red.], a co dopiero tablicę z inskrypcją!”.

Minęło kilka dekad, a Erdoğan i Netanjahu wciąż stoją na czele swoich państw. A życie dopisuje kolejne akapity do ich rywalizacji, także tej na polu archeologii. Oto niedawno, w czerwcu, minister spraw wewnętrznych Turcji, Mustafa Çiftçi, oświadczył, że Jerozolima wróci pod turecką kontrolę – tak jak miało to miejsce w czasach osmańskich.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł