Sześćdziesięciolatek, generał Abdourahamane Tchiani z Nigru, przejął władzę jako ostatni, latem zeszłego roku. Przed nim zrobił to 36-letni kapitan Ibrahim Traore z Burkina Faso, najmłodszy z zamachowców, który przewodził przewrotowi z jesieni 2022 r. Niewiele starszy, 41-letni pułkownik Assimi Goita z Mali, był nie tylko pionierem – on dokonał puczu aż dwukrotnie: pierwszy raz w 2020 r., ale wtedy odstąpił władzę starszemu stopniem generałowi, którego jednak rok później obalił i sam przejął rządy.
Pierwszy zamach Malijczyka, sprzed równo czterech lat, uruchomił nową lawinę puczów wojskowych, które przed półwieczem były w zachodniej Afryce najpowszechniejszą formą zmiany rządzących elit. Pucze i wojskowe dyktatury wyszły z mody po zakończeniu zimnej wojny – od tamtej pory Afryka, pod dyktando Zachodu, karała wszelkich samozwańców i dyktatorów ostracyzmem i sankcjami.
Puczyści z Sahelu
Potępieniem, ostracyzmem i sankcjami ukarała też pucz Assimiego Goity, ale ku jej zaskoczeniu nie stało się to wcale dla innych przestrogą. Przeciwnie – Malijczyk znalazł szybko naśladowców, a przepowiednie, że wojskowe zamachy stanu wrócą w Afryce do łask, zaczęły się sprawdzać.
Po Mali do przewrotów doszło w Czadzie (2021 r.), Sudanie (2021 r.), Gwinei (2021 r.), Burkina Faso (styczeń i październik 2022 r.) i Gabonie (2023 r.). Kiedy zeszłego sierpnia do puczu doszło w Nigrze, Afryka postanowiła dać tamtejszym zamachowcom nauczkę i raz na zawsze zatrzymać lawinę wojskowych zamachów stanu. Wspólnota Gospodarcza Państw Afryki Zachodniej (ECOWAS) ogłosiła nowe sankcje, ale tym razem, zachęcana przez Francję i państwa Zachodu, zagroziła też zbrojnym najazdem na Niger, o ile puczyści w mundurach nie oddadzą władzy prawowitemu rządowi.
Zamachowcy nie ustąpili, a ich sąsiedzi, wojskowi dyktatorzy z Mali i Burkina Faso zapowiedzieli, że jeśli zachodnioafrykański korpus ekspedycyjny zaatakuje Niger, przyślą mu własne wojska na pomoc. Kilka tygodni później, we wrześniu, trzej puczyści z Sahelu zawarli obronne przymierze.
„Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” – uroczyście przysięgli. Ogłosili też, że nie spoczną na tym i uczynią, co tylko w ich mocy, by połączyć swoje państwa w jedno, które stanie się zalążkiem nowej, prawdziwie wolnej, zjednoczonej Afryki, o jakiej marzyli ojcowie niepodległości z lat 60.
Nowe państwo
Obronny sojusz nazwali Przymierzem Państw Sahelu. Jesienią ich ministrowie wojny, dyplomacji, gospodarki, finansów i handlu naradzali się nad sposobami zacieśnienia sąsiedztwa, a na początku 2024 r. „trzej muszkieterowie” z Sahelu ogłosili, że Mali, Burkina Faso i Niger postanowiły wystąpić ze wspólnoty ECOWAS, którą pół wieku wraz z zachodnioafrykańskimi sąsiadami zakładały. Obwieścili, że zamiast niej założą nową, własną, do której będą mogli przystąpić i inni, o ile tylko podzielają ich pogląd na świat i sprawiedliwy porządek rzeczy.
Wiosną sprzymierzeni zapowiedzieli powołanie wspólnego wojska, by razem walczyć z rebelią dżihadystów, która w 2012 r. wybuchła w Mali i rozlała się na cały Sahel. Na początku zaś lipca wojskowi przywódcy Mali, Burkina Faso i Nigru spotkali się w Niamey i ogłosili powołanie Konfederacji Sahelu, wspólnoty zrzeszającej ich kraje i mającej wkrótce przerodzić się w federację i nowe, wspólne państwo.
Na pierwszego przywódcę konfederacji, z roczną kadencją, wybrany został malijski pułkownik Goita. Konfederacja ma powołać własny parlament z siedzibą w Ouagadougou, stolicy Burkina Faso, prowadzić wspólną politykę zagraniczną, powołać własny bank inwestycyjny i fundusz stabilizacyjny, a nawet wprowadzić własną, wspólną walutę. Zniesione mają też zostać granice między państwami stanowiącymi konfederację, by ich mieszkańcy mogli bez przeszkód przemieszczać się i przewozić towary. Konfederaci przyrzekli też przychodzić sobie z pomocą we wszelkich kłopotach, a bogaty w ropę naftową Niger już wiosną zaczął dostarczać po zaniżonych cenach paliwo do Mali, które znalazło się w energetycznej zapaści.
ECOWAS i zagraniczne mocarstwa
„To będzie prawdziwa wspólnota, oparta na pokoju, solidarności i naszych rodzimych, afrykańskich wartościach, a nie teatr marionetek, w którym za sznurki pociągają obcy” – oznajmił w Niamey generał Tchiani, przywódca Nigru. „Afryka dość już się nacierpiała i wciąż cierpi z powodu wyzysku imperialistów z Zachodu, którzy uważają nasz kontynent za imperium niewolnicze” – dodał jego młodszy wiekiem i stopniem kolega po fachu z Burkina Faso, kapitan Ibrahim Traore. „Wciąż uważają, że jesteśmy ich poddanymi i że nasze bogactwa należą do nich. Myślą, że wciąż mogą nam mówić, co jest dla nas dobre, a co złe. Ale te czasy się już raz na zawsze skończyły” – przestrzegał.
„Nasi bracia zapomnieli o tym co mówili nasi ojcowie założyciele, głosiciele panafrykanizmu – wtórował kapitanowi generał. – Ulegli zagranicznym potęgom i zdradzili te ideały, a zachodnioafrykańska wspólnota ECOWAS, zamiast dbać o nasze dobro, stała się dla nas zagrożeniem”.
Konfederaci zarzucają ECOWAS, że z organizacji, mającej zapewniać swobodę podróży i handlu oraz dobre, sprawiedliwe rządy prawowitych przywódców, stała się obrończynią rządzących elit i wysługuje się zachodnim mocarstwom, Ameryce, a zwłaszcza Francji, dawnej metropolii kolonialnej dla większości państw Afryki zachodniej.
Powołując w 1975 r. ECOWAS, zachodnioafrykańscy przywódcy, w większości wojskowi dyktatorzy, liczyli, że wspólnota ułatwi ich krajom gospodarczy rozwój. Doszli do wniosku, że podzielona sztucznymi granicami i uboga w nowoczesną infrastrukturę zachodnia Afryka nie będzie w stanie się rozwijać. A jako że zamieszkuje ją prawie pół miliarda ludzi, szybko popadnie w zacofanie i biedę. Wspólnota ECOWAS nie znosiła granic, ale ułatwiała ich przekraczanie, jednoczyła 15 państw (początkowo było szesnaście, ale w 2000 r. odeszła Mauretania), dawnych kolonii Francji (osiem), Wielkiej Brytanii (pięć) i Portugalii (dwie) we wspólny rynek.
Zamachowcy kontra Zachód
Po zakończeniu zimnej wojny, wzmocniona udaną integracją i zachęcana przez Zachód, ECOWAS zaczęła przekształcać się także we wspólnotę polityczną. Jej przywódcy uzgodnili, że nie będą dłużej tolerować zamachowców ani uzurpatorów. Przyznali też sobie prawo do zbrojnych interwencji, jeśli w którymś z krajów wspólnoty wybuchłaby wojna albo zagrożone zostałyby prawowite władze i demokratyczny porządek. Na przełomie stuleci wojska ECOWAS, pod przywództwem najpotężniejszej we wspólnocie Nigerii, interweniowały zbrojnie w ogarniętych wojnami domowymi Liberii i Sierra Leone, Gwinei-Bissau, gdzie udaremniły próbę puczu, a także w Gambii, gdzie po przegranych wyborach panujący od ćwierćwiecza tyran nie chciał pogodzić się z porażką ani oddać władzy.
Kiedy w ostatnich latach wojskowi dokonali puczów w Mali, Burkina Faso, a potem w Nigrze, Gwinei czy Gabonie, ECOWAS wystąpiła zgodnie przeciwko zamachowcom. Oni zaś zarzucili Wspólnocie zakłamanie i wysługiwanie się zachodnim mocarstwom. Wytknęli przywódcom ECOWAS, że nie protestowali, kiedy pod koniec drugiej i ostatniej – zgodnie z prawem – kadencji prezydent Gwinei Alpha Conde kazał poprawić konstytucję, by liczono mu kadencje od nowa. Potępili natomiast pułkownika Mamadiego Doumbouyę, który dokonał zamachu i usunął Condego z urzędu, a na Gwineę nałożyli sankcje. ECOWAS milczał też, gdy podobną intrygę – tyle że z powodzeniem – przeprowadził prezydent Wybrzeża Kości Słoniowej. Dlaczego tylko zbrojny przewrót jest przestępstwem – pytali wojskowi – a nie są nimi pucze konstytucyjne, dokonywane przez opętanych władzą cywilnych polityków?
Zamachowcy z Mali, Burkina Faso i Nigru mieli żal, że Zachód – a także ECOWAS – wspierał tylko tych prezydentów, którzy spełniali jego zachcianki i trzymali się demokratycznego ceremoniału, mimo że rodacy od dawna uważali ich za władców złych, leniwych i niekompetentnych. Dodatkowo zamachowcy narazili się Zachodowi, bo przejąwszy władzę, wyprosili ze swoich krajów stacjonujących tam żołnierzy z Francji i USA i zastąpili ich rosyjskimi.
Przewrót w Niamey
Do zachodnioafrykańskiej schizmy rękę przyłożył także Bola Tinubu, prezydent Nigerii, regionalnego mocarstwa i żandarma. Na prezydenckim fotelu zasiadł w maju 2023 r., a w lipcu, jako przywódca Nigerii, objął rotacyjne przewodnictwo ECOWAS. „Nie pozwolimy na żaden kolejny wojskowy przewrót. Nie będziemy więcej psem, co dużo szczeka, a mało gryzie” – zapowiedział. Kiedy pod koniec miesiąca doszło do zamachu w Nigrze, uznał to za sprawę niemal osobistą. W latach 80. i 90., gdy także w Nigerii panowały wojskowe dyktatury, Tinubu był działaczem demokratycznej opozycji, politycznym więźniem i wygnańcem.
Po przewrocie w Niamey kazał skrzyknąć zachodnioafrykańskie wojska, zamknąć lądowe i powietrzne granice z Nigrem, zerwać z nim wszelkie kontakty, odłączyć telefony i prąd. Sąsiedzi Nigerii przestraszyli się, że Tinubu tak bardzo chce się popisać przed rodakami i Zachodem, że gotów jest wywołać wojnę. I to nie konflikt graniczny, lecz regionalny, bratobójczy. Co więcej, Tinubu, pochodzący z ludu Joruba, z południowego zachodu Nigerii, zraził do siebie Hausańczyków i Fulanów z północy kraju, których granica, zamknięta na jego rozkaz, odcięła od krewnych i rodaków z południa Nigru. Dlatego prezydent, mimo że sam jest mahometaninem, już na początku panowania stracił poparcie muzułmańskiej północy kraju.
Zamachowcy z Nigru nie przestraszyli się, a kiedy wraz z towarzyszami broni z Burkina Faso i Mali ogłosili secesję z ECOWAS, upokorzony Tinubu zaczął cofać się rakiem. Odwołał wszystkie sankcje i wezwał do zgody. Za późno. Konfederaci o powrocie do tego, co było, nie chcieli już słuchać.
Najuboższa część zachodniej Afryki
Secesja konfederatów i rozłam w ECOWAS oznaczałyby fiasko najambitniejszego integracyjnego eksperymentu w niepodległej Afryce. Zachodnioafrykański wspólny rynek rozpadłby się w 50. rocznicę powstania, otwarte granice znów zamknęłyby się dla podróżnych i kupców, przedsiębiorców i zagranicznych inwestorów, podzieliłyby krewnych, którzy znaleźli się po różnych stronach miedz, wytyczonych przez dawnych kolonialnych władców z Europy.
Konfederacja Sahelu (zanim ewentualnie przyłączą się do niej następni) to prawie 80 milionów ludzi, czwarta część ludności ECOWAS i połowa jej obszaru. To jednocześnie najuboższa część zachodniej Afryki (niespełna jedna dziesiąta zasobów ECOWAS), w dodatku pozbawiona dostępu do morza. Po zerwaniu z ECOWAS konfederaci będą musieli płacić myto na granicach oraz cła w portach w Cotonou, Lagos, Lome i Temy. Mieszkańcy Mali, Burkina Faso i Nigru stracą prawo do podróży bez wiz, a przede wszystkim legalnej pracy i prowadzenia interesów w bogatych metropoliach z atlantyckiego wybrzeża – Lagos, Akrze, Dakarze i Abidżanie (połowa Burkina Faso utrzymuje się z pracy sezonowych robotników w Abidżanie i na plantacjach kakao na północy Wybrzeża Kości Słoniowej).
Długa na półtora tysiąca kilometrów granica między Nigerią i Nigrem znów zostanie zamknięta. Rozdzieli mieszkających po obu stronach Hausańczyków i Fulan, uderzy po kieszeni kupców z Kano, stolicy nigeryjskiej północy. Po secesji z ECOWAS Niger będzie więcej płacić za sprowadzane z Nigerii paliwo i prąd (skąd bierze trzy czwarte energii elektrycznej).
Zachodnich Afrykanów podzielą także zagraniczni sprzymierzeńcy. Państwa ECOWAS pozostają w sojuszu z Zachodem. Konfederaci szukają przyjaciół w Rosji, Iranie, Turcji i na Półwyspie Arabskim.
Zmiany w Afryce
Największą nadzieją na to, że do zachodnioafrykańskiej schizmy jednak nie dojdzie, są nowi przywódcy Senegalu, zwycięzcy marcowych wyborów, dwaj przyjaciele – prezydent Bassirou Diomaye Faye i jego duchowy przewodnik, premier Ousmane Sonko. Metryka i poglądy na świat zbliżają ich do konfederatów. Tak jak oni są piewcami pierwszeństwa suwerenności i „drugiej niepodległości” Afryki, podobnie jak oni chcą rewizji starych porządków – umów gospodarczych, politycznych i wojskowych, jakimi poprzednicy związali ich kraje z Zachodem, przede wszystkim z Francją. Dwaj przywódcy uważają, że są one korzystne wyłącznie dla zagranicznych partnerów Senegalu – Unii Europejskiej i Chin – i także elit z Dakaru, a zwykli Senegalczycy nie mają z nich żadnego pożytku. Podobne oskarżenia pod adresem Zachodu i rodzimych politycznych elit kierowali wojskowi zamachowcy z Mali, Burkina Faso, Nigru, Gwinei czy Gabonu.
Polityczne kariery Diomaye Faye i Sonka dowodzą też, że wojskowe przewroty nie są jedynym sposobem, by dokonać w Afryce głębokiej zmiany, że można to osiągnąć także przestrzegając demokratycznych reguł. Są wiarygodni dla obu obozów zachodnioafrykańskiego sporu, więc to ich Tinubu wyznaczył na emisariuszy do rozmów z konfederatami.
Konfederaci powtarzają, że za późno na układy i nie wrócą do wspólnoty ECOWAS, bo zabrali się już za budowę nowego państwa – tam, gdzie przed wiekami rozciągały się wspaniałe imperia Ghany, Mali i Songhaju, podbite potem przez Francję i przemienione w jej kolonie Sudanu Zachodniego.
Tinubu nie traci jednak nadziei. „Jeśli wrócicie do stołu, żeby w dobrej wierze rozmówić się w najważniejszych sprawach, powitamy was jak braci” – zachęca konfederatów.
„Musimy zrobić wszystko co w naszej mocy, by nie dopuścić do niezgody między braćmi – wtóruje mu jego senegalski emisariusz Diomaye Faye. – Jeszcze nie wszystko stracone”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















