Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Wieniec zielony

Wieniec zielony

11.04.2013
Czyta się kilka minut
Urodziliśmy się w cieniu wydarzeń, które miały miejsce na sąsiedniej ulicy. W Warszawie przejeżdżamy przez getto w drodze do pracy. Mijamy wpisane w trotuary kamienne znaki wskazujące na mur oddzielający je od reszty miasta.
Paweł Śpiewak. „Ślad muru” na ul. Bielańskiej nieopodal Teatru Wielkiego, Warszawa 2013 r. Fot. Marek Zalejski
S

Sąsiad był wysoki – przez lata myślałem, że nigdy nie przerosnę jego nogi. Miał jabłko Adama olbrzymie i szalenie ruchliwe, i lubiłem na nie patrzeć, a nie słuchać, co mówi. A mówił ciągle o tym, kto to nie był Żydem. Jakby sam fakt urodzenia się w tym narodzie był przepustką do lepszych światów. Chyba było odwrotnie. Tylko raz zaczął coś opowiadać o getcie w Łodzi. Niemcy wywieźli go do Auschwitz. Mówił: tam nie było najgorzej. Gorzej było w Gross-Rosen. Bardzo go tam pobili esesmani. Przeżył.
Inny znajomy moich rodziców, gdy mówił, zawsze zacierał ręce i stale słyszałem tę samą opowieść. Był w obozie, prowadzili całą grupę na rozstrzelanie, najpierw kazali im robić głupie miny. Nie potrafili, więc Niemcy ich przegnali. Uciekł i porwał ze sobą mundur esesmana. W tym mundurze dotarł do Warszawy.
Takich opowieści słyszałem wiele. Był pan Strauss, udający Ukraińca. Była sąsiadka z dołu, która ukrywała się w schowku i teraz bała się hałasów. Był teść, który pisał co roku listy do zamordowanych córek. Wojna i Zagłada nie były czymś, co wymagało dostępu zapośredniczonego przez dokumenty, dzienniki. Były częścią dnia powszedniego i nocy. Może bardziej nocy, gdy powracały w straszliwym krzyku ojca. Były też w snach drugiego pokolenia. Piotr Matywiecki opisał taki sen w „Kamieniu granicznym”: zawsze powtarzał się ten sam motyw – ktoś na nas polował, był blisko i tylko przebudzenie mogło ocalić życie. I tak przez sny i wspomnienia Zagłada współistniała z nami żywymi.
O każdej z tych opowieści ocalałych, niedorozstrzelanych myślałem tak jak Wisława Szymborska w wierszu „Wszelki wypadek”:
Ocalałeś, bo byłeś pierwszy.
Ocalałeś, bo byłeś ostatni.
Bo sam. Bo ludzie.
Bo w lewo. Bo w prawo.
Bo padał deszcz. Bo padał cień.
Bo panowała słoneczna pogoda...
Więc jesteś? Prosto z uchylonej jeszcze chwili?
Sieć była jednooka, a ty przez to oko?
Powroty w przeszłość
Zagłada istniała w filmach. Nawet nie pamiętam ich treści, ale w dawnych filmach Tadeusza Konwickiego zawsze pojawiał się ten ostatni, już nie świadek, ale duch błąkający się między żywymi i martwymi. Widywałem ich. Krążyli i swą obecnością nie pozwalali zapomnieć. Jak bezimienny mężczyzna, który krążył po Warszawie w czapce chłopaka z Nalewek. Nie wiadomo, kim był. Nigdy nie porzucił żałoby. Mówiono, że w getcie stracił ukochaną. Sprzedawał kiepskie obrazki i pijał zlewki po kawie. Był serial „Polskie drogi”. Grał w nim Włodzimierz Boruński, aktor charakterystyczny. W serialu popełnia samobójstwo w restauracji, przed śmiercią je dobry obiad.
Były i są świetne prozy. Największa – Leopolda Buczkowskiego „Czarny potok”. Niesłusznie zapomniana, najstraszliwsza opowieść o Zagładzie. Pozostaje fascynacja prozą Henryka Grynberga, Artura Sandauera, Adolfa Rudnickiego, Stanisława Wygodzkiego i wreszcie Bogdana Wojdowskiego. Wojdowski wiele razy popełniał samobójstwo. Nie potrafił unieść ciężaru getta. Wreszcie mu się udało. Wrócił do swoich.
Przez książki historyczne i wiersze wkraczali umarli. Ich było najwięcej. Jak przez wiersze mojego ojca. W nich, na rowerku, jeździła jego siostrzyczka cioteczna. Taką pozostała. Pewnie zginęła w obozie w Janowcu. W wierszach wracały białe góry, w których rozstrzelano moich dziadków (myślałem, że to metafora; pojechałem tam później – całe miasteczko pokrywał biały pył kredowych gór).
Zagłada nie odchodziła. Była częścią dorastania mojego pokolenia. Istniała w kanonie literackim szkoły: w opowiadaniach Borowskiego i „Medalionach” Nałkowskiej. W ten sposób była częścią kultury zbiorowej. Przez te książki mówiło cierpienie, jakie znałem tylko z Trenów Jeremiasza i Księgi Hioba.
Ta literatura odmawiała odpowiedzi na pytanie o narodowość. Nie była czysto polska czy czysto żydowska. Ona była tu, w słowach, obrazach, snach, opowieściach starszego pokolenia, w języku. Te opowieści budowały we mnie i nie tylko we mnie poczucie winy czy może tylko wstydu. Wobec rodziców czuliśmy, czułem, że nie dorastam. Oni, którzy tyle przeszli, na pół obcy wracali do tego świata. Wracali i najczęściej przedwcześnie umierali. Tamto ich przytłaczało. Ściągało ku umarłym.
Kultura polska wchłania wojnę, choć dziś zamienia ją często w kicz, patos, Hollywood. Trzeba się z tym pogodzić. Można tylko ufać, że nie ma pełniejszego powrotu do tamtych wydarzeń niż przez dokumenty z tamtego czasu. Jak dziennik z getta warszawskiego Racheli Auerbach, „Pamiętnik” Korczaka, dziennik Chaima Kaplana, kilka ocalonych dzienników dzieci.
Płacz Boga
Urodziliśmy się w cieniu wydarzeń, które dla wielu miały miejsce na sąsiedniej ulicy. W Warszawie przejeżdżamy przez getto w drodze do pracy. Mijamy wpisane w trotuary kamienne znaki wskazujące na mur oddzielający je od reszty miasta. Ale zarazem wydaje się, jakby było to gdzieś poza czasem, w sferze historii powszechnej. Historii, w której zapisano wydarzenia nieznane dotąd ludom współczesnym.
Historia z Polski weszła do wspólnej dziejowości przez swoje miejsca śmierci, przez getta. Opowieść o tych zdarzeniach wymaga szczególnych środków artystycznych i pisarskich. Domaga się odpowiedzi religijnych i filozoficznych. Wiele religii, jak na razie, okazało swą bezradność. Niedosyt i szacunek pozostawiały słowa Benedykta XVI w Auschwitz z 2006 r. Niedosyt obrazem Niemiec zniewolonych przez szajkę szubrawców, uznanie słowami o pojednaniu.
Czasem zastanowienie budzą kościelne dokumenty. Z pewnością są sprawiedliwe. Widzą tragedie, ale opisują je jakby z zewnątrz. Jakby te dramaty były częścią historii Żydów, a nie do końca historii Kościoła i chrześcijan. Albo też, poprzez świętą Edytę Stein, próbują chrystianizować Szoa. Są zapewne wyjątki. Znalazłem je w słowach nieżyjącego już kardynała Jeana-Marie Aarona Lustigera. Mówił: Zagłada jest wyzwaniem nie dla człowieczeństwa, ale dla istoty wiary. Bo była próbą pośredniego zabójstwa i zaciemnienia obrazu Boga, gdyż zabijano Jego świadków. Zagrożona została cała biblijna tradycja religijna, w tym też chrześcijaństwo.
Drżenie budzą we mnie kazania chasydzkiego rabina Kalonymusa Szapiry. Wygłaszał je w warszawskim getcie (spisane, ocalały w bańkach na mleko, jako część Archiwum Ringelbluma). Szapira mówił o płaczu Boga i Jego klęsce, który – bezsilny – skrył się w wewnętrznej izbie niebios, bolejąc nad losem swego ludu. To On wymagał współczucia, jak mówił jeden z ocalałych. Wszak tak niewielu wiernych Mu pozostało. Należy się do niego modlić, by nie czuł się tak samotny.
Po wojnie powstało wiele rozpraw filozoficznych i teologicznych o Zagładzie. Największe Emmanuela Levinasa. Ale budzi zdziwienie tylko śladowa obecność tego wątku w myśli Martina Bubera, Abrahama Heschela, Gershoma Scholema – gigantów żydowskiej filozofii. Czy nie znaleźli właściwych słów? Może nie potrafili wyzwolić się z dawnych nawyków myślenia, które uniemożliwiały zrozumienie Zagłady? Są tacy, którzy twierdzą, że tak jak katastrofa wygnania Żydów z Hiszpanii czekała ponad wiek na swoją teologię, tak samo będzie z Szoa.
Dwie śmierci
Wojenna historia, która ma swój początek, choć nie ma końca (bo nadal w świecie trwa ludobójstwo) znalazła się w centrum opowieści o Europie. Polskie ziemie stały się dla jednych Golgotą współczesnego świata (trudno o mocniejszy symbol jak Golgota), dla innych drogą krzyżową (obrazy wojenne Chagalla), dla innych powodem do nowego myślenia o przebaczeniu.
W Warszawie przed Pomnikiem Bohaterów Getta uklęknął kanclerz Niemiec Willy Brandt. Ten gest wyznacza naszą teraźniejszość. Bo na wyznaniu win i woli przebaczenia zbudowana jest nasza kulturowa Europa. Gest Brandta jest mądrzejszy niż liczne rozprawy filozoficzne. Przy czym słowo „nasza” obejmuje więcej niż historię poszczególnych narodów. Obejmuje moralną wspólnotę, której granic nie sposób wyznaczyć. Język moralny wywołany Zagładą przenika współczesną myśl: od szkoły frankfurckiej po medytacje Levinasa i rozprawy Agambena.
Żydowska i polska pamięć wojny splatają się, choć są czy bywają fundamentalnie różne. Nie wolno tej różnicy zamazywać. Rzecz dotyczy polskich obywateli, obywateli Rzeczypospolitej. Ale owi obywatele zostali nie tylko od siebie oddzieleni, lecz różnie potraktowani przez Niemców. Inaczej funkcjonowali też w polityce polskiego podziemia i, jak można sądzić na podstawie zbyt wielu źródeł, dla znacznej części Polaków. To działo się jakby obok. Wiadomości z getta słabo dochodziły do reszty społeczeństwa. Było pewnie tak, jak pisał w getcie Władysław Szlengel w wierszu „Dwie śmierci”: „Wasza śmierć – to śmierć od kul / Dla czegoś – dla ojczyzny /Nasza śmierć – to głupia śmierć, / Na strychu lub w piwnicy... / Nasza śmierć – hurtowy skład, / Zakopią – do widzenia”.
Zdaje się, że do dziś zapamiętane są inne sposoby umierania. Możemy wiedzieć, czym była Zagłada, jak przebiegała. Ale czym innym jest zrozumieć sytuację ludzi z dzielnic zamkniętych, ich dehumanizację przez skrajne poniżenie i niedostatek. Tu brakuje języka i wyobraźni. Bo taka dawka cierpienia – jeśli wolno tak powiedzieć – ma w sobie coś nieprzyswajalnego, rodzaj nadwyżki „przekraczającej miarę naszej wrażliwości lub naszych zdolności chwytania i utrzymywania” (E. Levinas). Ta dawka sprawia, że każdy namysł nad tym, co zwie się cierpieniem bezsensownym, nie jest w stanie zostać ogarnięty. Uderza i pozostawia mnie, nas otępiałymi.
Co możemy uczynić
„Jak rzucić wieniec zielony / na grób wykopany w powietrzu” – pisał Mieczysław Jastrun. Za każdym razem, gdy zbliżam się do tego doświadczenia, jestem tak samo nieprzygotowany na przyjęcie go, zaskoczony i bezradny. Pewnie dlatego zawsze pozostaje wstyd – bo nie potrafię temu cierpieniu sprostać i zawsze będę poza nim. Gdy słuchałem tych wszystkich opowieści wojennych, nawet jeśli je rozumiałem na poziomie narracji, byłem bezradny. Jak przed fotografią rozstrzeliwanego chasyda po kolana zanurzonego w wodzie. On jeszcze żyje, ale wkoło pływa już kilkanaście kapeluszy, takich samych, jaki ma na głowie.
To nie miało sensu. Nie sposób było znaleźć w tym Boga i szukać dla niego usprawiedliwień. Teodycee się skończyły. Dlatego Paul Celan w wierszu „Tybinga” pisał (przekład Feliksa Przybylaka): „Gdyby, / Gdyby człowiek, / Gdyby człowiek przyszedł dziś na świat, / Ze świetlistą brodą / Patriarchów: mógłby on, / Mówiąc o tym tu / Czasie, mógłby tylko bełkotać, /Wciąż i wciąż dalej”.
Od pewnej talmudystki z Izraela usłyszałem, że nie należy jeździć do miejsc śmierci, bo pozostały tam nadal moce zniszczenia i one mogą nas pochłonąć. Należy – mówiła – modlić się za ofiary, ale nic więcej nie sposób uczynić.
Tymczasem ja wiem, że tamto myśli we mnie, przemiela, wzywa, zatrzymuje. To samo pewnie mogą powiedzieć nieliczni w Polsce historycy Zagłady. Wbrew logice emocji wracają na Umschlagplatz, idą gettem, Gęsią, przez plac Grzybowski z kulejącym i mamroczącym coś Korczakiem, słyszą krzyk zabijanych w czasie akcji noszącej niemiecki kryptonim „Erntefest” (Święto Dożynek). Nie mogą inaczej.

PAWEŁ ŚPIEWAK ur. 1951) jest od 2011 r. dyrektorem Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie. Profesor UW, socjolog i historyk idei, w czasach PRL działacz opozycji. Autor książek, m.in. „Pamięć po komunizmie” (2005), „Pięć ksiąg Tory. Komentarze” (2012), „Żydokomuna” (2012). Pomysłodawca „Śladów muru” – upamiętnienia przebiegu muru getta w Warszawie. Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Socjolog, historyk idei, publicysta, były poseł. Dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego. W 2013 r. otrzymał Nagrodę im. ks. Józefa Tischnera w kategorii „Pisarstwo religijne lub...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]