Reklama

Treserzy tygrysa

Treserzy tygrysa

16.01.2006
Czyta się kilka minut
Może to trochę śmieszne, żeby ludzie, których dopiero co przestali utrzymywać rodzice, mieli decydować o ekonomicznym losie pokolenia swoich dziadków. Albo i nie śmieszne? W każdym razie na Słowacji kluczowe reformy, które wywracają do góry nogami system gospodarczy kraju, przygotowała grupa wyjątkowo młodych ludzi.
W centrum Bratysławy
N

Na samym początku działania rządu Kazimierza Marcinkiewicza chyba nic nie wpłynęło tak pozytywnie na jego obraz, jak obecność giełdowego eksperta Marka Zubera na pierwszej konferencji prasowej. Wyglądał, mówił i sprawiał wrażenie człowieka tak młodego, że aż niepasującego do polityki. Ale podejmowanie ryzyka, że odbiorcy (wyborcy) uznają kogoś za zbyt młodego i niepoważnego, coraz częściej w polityce się opłaca.

Nigdzie nie widać tego lepiej niż na Słowacji. Realną władzę w tym kraju sprawują już nawet nie czterdziestolatkowie (jak swego czasu szokujący Tony Blair w Anglii), nie trzydziestolatkowie (jak niesławnej pamięci były premier Czech Stanislav Gross), ale dwudziestoparolatkowie. Oni podejmują kluczowe decyzje w państwie: piszą budżet, planują zmiany prawne, przygotowują reformy.

Mocni dwudziestoletni

Mają swojego ojca duchowego: jest nim wicepremier i minister finansów Ivan Mikloš, po kawiarniach przezywany "słowackim Balcerowiczem". Ma wprawdzie 46 lat, ale nadal młodo wygląda. A przede wszystkim Słowacy pamiętają go ciągle jako 30-latka, kiedy jako pierwszy, jeszcze w połowie lat 90., zaczął mówić o konieczności twardych reform. To on wygrał pokoleniowy bój o to, kto będzie reformować kraj na progu wejścia do Unii. On pociągnął za sobą do rządu grupę chłopców o twarzach młodszych nawet od wspomnianego Zubera.

Najczęściej żartowano z Miroslava Beblavego. Urodzony w 1977 r., cztery lata po maturze został doradcą wicepremiera Mikloša i rozpoczął prace nad zmianą systemu emerytalnego. Starszy od niego był Peter Pažitný, rocznik 1976: do rządu wszedł jako 25-latek, by zmieniać system finansowania opieki zdrowotnej. Wcześniej Mikloš ściągnął do swojego ministerstwa Vladimira Tvarožkę. Był z tej grupy najstarszy, w 1999 r. miał 27 lat, ale też z miejsca został wiceministrem. I co się dziwić, skoro wicepremierem i ministrem sprawiedliwości jest Daniel Lipszyc, rocznik 1973.

Mikloš w tym towarzystwie wygląda na nestora. Ale jest nestorem tylko pewnej grupy, bo ekipa rządząca dzieli się na dwa pokolenia. Starsi - 65-letni prezydent czy 51-letni premier - to ludzie nieskorzy do radykalnych zmian, zachowawczy. Do nich należy polityka rozumiana jako telewizyjna sława i pierwsze strony gazet.

Decyzje, które podejmuje druga, młodsza grupa, często przechodzą niezauważone, rzadziej wywołują namiętności i przyciągają kamery. Ale to właśnie ona podejmuje strategiczne decyzje, które długofalowo reformują kraj i nadają mu kształt na dziesięciolecia. Młodzi rzadziej goszczą w telewizji i gazetach, chyba że na stronach poświęconych gospodarce. Zwykłym ludziom łatwo ich pomylić, pomieszać "tego od lekarzy" z "tym od emerytur". Jak już robią karierę, to międzynarodową - Pažitný jest w tej chwili w Pradze głównym ekspertem opozycyjnej prawicy, która chce słowackim wzorem zreformować czeską służbę zdrowia. Jego koledzy często goszczą na międzynarodowych konferencjach, wypowiadają się jako eksperci w światowych pismach ekonomicznych.

Bo słowackie reformy ostatnich lat, które ta grupa młodych ludzi pilotowała, przyniosły krajowi sporo rozgłosu. "Wcześniej mało kto wiedział, gdzie w ogóle jest Słowacja, mylono nas ze Słowenią. Teraz nie ma o tym mowy" - mówią ludzie w Bratysławie.

- Efekt marketingowy był kompletnie niezamierzony, nawet o tym nie myśleliśmy - wspomina dziś w swoim gabinecie Vladimir Tvarožka, wiceminister odpowiedzialny za budżet. - Ale faktem jest, że jak zacząłem czytać kolejne sążniste raporty o nas w wielkich pismach, jak zaczęli przyjeżdżać ludzie z zagranicy i dopytywać się o reformy, to zrozumiałem, że obok korzyści gospodarczych, obok poprawy warunków dla przedsiębiorców i inwestorów, udało się nam niejako mimochodem zarobić dla kraju parę dodatkowych punktów.

Ten efekt udało się uzyskać z jednej strony przez to, że reformy są nowoczesne, jakby przepisane z najnowszych podręczników ekonomii, z drugiej - wprowadzono je sposobem niezwykle efektownym, w pakiecie, naraz. Choć zwykle bywa tak, że w danym kraju takie poczynania bywają odbierane różnie (pamiętamy cztery reformy AWS w Polsce), to za granicą eksperci, dziennikarze i politycy zwykle zazdroszczą w takiej sytuacji odwagi, determinacji i energii.

Przeorany kraj

Wprowadzając swoje reformy, Słowacja sama siebie uczyniła przedmiotem debat dotyczących najbardziej palących problemów świata. Wygląda na to, że śmiałe, wymyślone przez teoretyków reformy można sprawdzać tylko w "laboratoryjnych" warunkach niedużych gospodarek. Wszak w światowych debatach o systemie emerytalnym nie przywołuje się przykładu Niemiec czy Wielkiej Brytanii, ale Chile, choć nie jest to ani kraj największy, ani najbogatszy. W podobnej sytuacji jest dziś Słowacja. Im bliżej, tym większy rezonans. Np. w godzinnej dyskusji w czeskiej TV między liderami opozycji a koalicji wyraz "Słowacja" padł 22 razy.

To międzynarodowe echo współbrzmi z duchem reform. Eksperci z Bratysławy i Koszyc sami przyznają, że wstrząs 1 stycznia 2004 r. - wtedy ruszyły wszystkie reformy - był nie tylko energicznym wychodzeniem z komunizmu, ale raczej radykalną odpowiedzią na globalizację i towarzyszące jej zjawiska. Np. służba zdrowia cierpiała nie tylko na tradycyjne choroby świata postkomunistycznego. Trapiło ją i to, że coraz więcej obywateli - dzięki łatwości podróżowania - pracowało i składki socjalne płaciło na Zachodzie, a do domu wracało się leczyć, bo taniej. A to tylko jeden z przykładów współczesnych komplikacji.

Reformy przeorały pięć obszarów: podatki, służbę zdrowia, system emerytalny, system opieki społecznej i edukację. Najspokojniej przeszła reforma systemu oświatowego, podobna do tego, co dzieje się od kilku lat w Polsce. Więcej emocji i zainteresowania wzbudzają podatki. Dziś w całym kraju obowiązuje jeden 19-procentowy podatek od wszystkiego: VAT, CIT, podatek dochodowy. Zlikwidowano większość ulg i wyjątków, które liczyło się w setkach (nikt do końca już się w nich nie orientował). System się uprościł do tego stopnia, że małe, jednoosobowe firmy coraz częściej rezygnują z usług księgowych, dotąd powszechnych. Z drugiej strony nie brak takich, którzy narzekają, bo ujednolicenie oznaczało także wzrost podatków - a więc i cen - na towary i usługi wcześniej opodatkowane niżej. Tak było w przypadku części artykułów spożywczych i książek.

Reforma emerytalna przypomina wariant znany z Polski: trzy filary, indywidualne rachunki. Wzbudziła sporo lęków, ale przecież - podobnie jak nasza - nie dotknęła w zasadzie emerytów obecnych. Jej skutki odczują dopiero następne pokolenia.

Bardziej radykalna i odczuwalna już dziś była reforma opieki społecznej. Tu większość zmian oznaczała po prostu cięcia: zasiłek dla bezrobotnych z 60 proc. wynagrodzenia do 40 proc., przy konieczności świadczenia pewnych prac publicznych w zamian za zasiłek. Wszystko po to, by indywidualna aktywność była bardziej opłacalna od biernego czekania na państwowy zasiłek. Ta zmiana miała najboleśniejszy początek, bo na Słowacji żyje kilkaset tysięcy Romów: to w przytłaczającej większości mieszkańcy "gett", dotkniętych kulturą bezrobocia, gdzie styl życia nędzarzy uzależnionych od zasiłków jest dziedziczony z pokolenia na pokolenie. Na wschodzie kraju start reform pozbawił wiele rodzin środków do życia, co zaowocowało kilkudniowymi zamieszkami. - Ale szybko wprowadzono korekty i odtąd o podobnych niepokojach nie słychać - mówi Miroslav Beblavý.

Dotkliwe w życiu codziennym są reformy systemu opieki zdrowotnej. Wprowadzono np., co prawda niewysokie, opłaty za wizyty u lekarza - 20 koron, czyli niecałe 2 zł, oraz 50 koron (ok. 5 zł) za dzień w szpitalu. A jednak dla emerytów to sporo i każdy się teraz dłużej zastanowi, nim pójdzie do lekarza. Podobnie jest z chorobowym: krótsze, do 10 dni, pracownikowi wypłaca teraz nie ubezpieczalnia, ale pracodawca. Szczególnie w małych firmach i niedużych ośrodkach spowodowało to spadek krótkotrwałych zachorowań (w skali kraju o jedną trzecią), bo właścicielowi warsztatu samochodowego łatwiej sprawdzić, czy jego mechanik rzeczywiście leży z grypą w łóżku, czy też udaje chorego, by spokojnie malować mieszkanie.

Nowe prawo pozwoliło też na krok jeszcze radykalniejszy: za zestaw prostych diagnoz typu grypa czy przeziębienie każdy ma płacić z własnej kieszeni. Zaoszczędzone w ten sposób pieniądze system państwowy będzie przeznaczać na kosztowne leczenie przypadków ciężkich, których nikt sam z siebie nie jest w stanie opłacić. Tyle że ta możliwość pozostaje na razie na papierze, bo nawet młodzi radykałowie z Bratysławy nie odważyli się wprowadzić jej w życie. - Jest 10 miesięcy do wyborów, raczej nie należy się spodziewać teraz jakichś wstrząsów - mówi otwarcie Beblavý.

"Bo to mój dom"

Beblavý uważa, że reformy są, owszem, niepopularne, ale że jest też jednocześnie bardzo niska akceptacja dla przywracania stanu poprzedniego. Wygląda więc na to, że Słowacy rozumieją konieczność zmian, choć godzą się na nie z ciężkim sercem.

- Trudno się dziwić, że ludzie narzekają, jak dostają nagle mniej pieniędzy albo muszą więcej pracować za te same pieniądze - mówi Beblavý.

Vladimir Tvarožka zaleca jednak ostrożność w ocenie efektów i społecznego odbioru reform, bo działają one dopiero dwa lata i nie ma jeszcze obiektywnych analiz, zbierających dane z kilku lat. Sam czuje, że młody wiek jego i kolegów ma w społecznym odbiorze i zalety, i wady. - Na pewno część społeczeństwa ma wrażenie, że poważne sprawy oddano w ręce ludzi zbyt młodych, nieodpowiedzialnych albo pozbawionych doświadczenia - mówi. - Ale inni z kolei cenią fakt, że mamy więcej energii, mniej zahamowań, mniej uprzedzeń.

Beblavý krzywi się, gdy słyszy pytanie, co 23-letni student może wiedzieć o kłopotach emeryta. - A co człowiek pięćdziesięcioparoletni może wiedzieć o kłopotach młodych małżeństw, które nie mają pieniędzy, doświadczenia życiowego ani znajomości? - odpowiada pytaniem.

Odrzuca też pojawiającą się w słowackich debatach sugestię, że kraj wpadł w ręce napalonych młokosów, technokratów naładowanych ultraliberalną ideologią: - Wicepremier Mikloš wolałby pewnie wybrać do tej pracy kogoś z podobnym do naszego wykształceniem i doświadczeniem, ale kilkanaście lat starszego, bardziej doświadczonego życiowo. Sam bym pewnie na jego miejscu tak zrobił. Problem w tym, że u nas takich ludzi nie było - przekonuje.

Dodaje: - Każdy, nawet młody człowiek ma rodziców, dziadków, znajomych i w kontakcie z nimi zyskuje podstawową empatię, która pozwala mu wczuwać się w problemy innych pokoleń.

Beblavý studiował i pracował już w Wielkiej Brytanii i USA. Dlaczego więc mimo wielu ofert z zagranicy nadal najbardziej interesuje go własny kraj? - Intelektualnie reformowanie systemu emerytalnego Wielkiej Brytanii na pewno byłoby ciekawsze niż praca w maleńkiej Słowacji - odpowiada 28-latek. - Ale emocjonalnie tego wyboru nawet nie rozważam. Co dom, to dom.

TOMASZ MAĆKOWIAK jest zastępcą redaktora naczelnego tygodnika "Forum".

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]