Transgresje

Ostatnie piętro kamienicy na Hożej. Mieszczański sufit ze stiukowymi dekoracjami i podwórko przypominające studnię. Żadnego szyldu, żadnej reklamy. A jednak tu właśnie mieści się jedno z najważniejszych dla sztuki najnowszej miejsc w Polsce - Galeria Raster.
Czyta się kilka minut
Zbigniew Libera, "La Vue" (2004-2006) /
Zbigniew Libera, "La Vue" (2004-2006) /

Odnosi się wrażenie, że swoista nonszalancja tej przestrzeni wynika z czegoś znacznie głębszego niż tylko poetyka (czy też stylizacja) "na underground". To raczej próba określenia własnego stanowiska w definiowaniu zadań sztuki - rozumianej nie tyle estetycznie, ile intelektualnie, a jednocześnie subiektywnie, a nie obiektywnie: jako prywatna dokumentacja, komunikat, głos w dyskusji. Skądinąd szkoda, że w odbiorze powszechnym wizualna działalność dzisiejszych artystów oceniana jest zazwyczaj wedle innego klucza niż np. twórczość literacka: ważne nadal wydaje się nie "co", ale "jak". Taki wybór prowadzi do postulatu "ładności", sprzecznego z definicją sztuki jako postawy, a nie produktu.

Może dlatego o twórczości Zbigniewa Libery (ur. 1959) - pokazanego właśnie w Rastrze klasyka polskiej sztuki najnowszej, który doczekał się pierwszej od 10 lat indywidualnej wystawy w Warszawie - mówi się zazwyczaj albo w kontekście oburzenia i skandalu, albo afirmacji i buntu. Tymczasem nikt bardziej niż ten artysta nie zasługuje na rzeczową analizę swej twórczości. Prezentacja fotografii Libery - tych wczesnych, czarno-białych, z lat 80. i najnowszych, kolorowych, składających się na cykl "La Vue" - zdaje się też dowodzić konieczności syntezy zjawisk artystycznych, które miały miejsce w Polsce od stanu wojennego po dziś.

Bo dokonało się wiele. Jeszcze całkiem niedawno zastanawialiśmy się, czy Libera miał moralne prawo filmować swoją babcię na łożu śmierci, a więc naruszając jej wolność, prawo do samodzielnej decyzji - przyzwolenia bądź odmowy. Dziś oglądamy wstrząsające fotografie, przedstawiające tę samą, zmarłą już, wiekową kobietę ze skurczoną twarzą, owiniętą bandażami. Naturalizm zamiast majestatu. A może naturalizm jako majestat?

Dziś nikt już nie protestuje. Powraca jednak pytanie: wolno czy nie wolno? Nie wiem, jaka jest odpowiedź. Z jednej strony pamiętam, że właśnie ta, bliska artyście kobieta była bohaterką kontrowersyjnych rejestracji wideo pt. "Obrzędy intymne" i "Perseweracja mistyczna". Z drugiej, przypominam sobie zdania zapisane przez artystę: "Opiekowałem się nią przez dłuższy czas. Aż do jej śmierci. Towarzyszyłem jej również podczas agonii, co było na tyle silnym przeżyciem, że nie zdecydowałem się wówczas na użycie kamery. Dopiero później sfilmowałem martwe już ciało".

Chyba właśnie tutaj budzi się zaufanie - bo szczerość prac Libery jest przynajmniej równoważna artystycznym zapisom wizyt, które w burdelach i szpitalach epidemiologicznych odbywali Toulouse-Lautrec i Schiele. Może dlatego, patrząc na te fotografie, doświadczam współczucia (rozumianego literalnie, a nie wartościująco): w bólu, niepewności, lęku przed koniecznością i utratą, w przerażeniu fizycznością, jej kruchością, śmiertelnością i rozpadem. Doświadczam powszechności tego, co najbardziej intymne. Buduje się poczucie więzi, wspólnoty, tak mocne, że każe zapytać artystę o to, czy po świadectwie obcowania ze śmiercią są jeszcze w ogóle możliwe inne transgresje.

W 1985 roku Libera badał poczucie obcości, dokumentował - w czasach, gdy milicja usuwała z murów wszelkie nieocenzurowane przejawy wolności - nieduże karteczki rozklejane na przystankach autobusowych: zapisane nieczytelnym, szalonym, nerwowym charakterem pisma. Dwa lata później w szpitalu psychiatrycznym w Pabianicach rejestrował portrety ludzi chorych na schizofrenię. W 1988 r. zajął się tematem transgresji seksualnej, przygotowując m.in. cykl pt. "Libera transwestyta".

Za każdym razem punktem odniesienia stawało się dla niego ciało - temat, który po kilku latach zdeterminował całą niemal "sztukę krytyczną". W jakim sensie Libera jest jej prekursorem? Sprawa, wbrew pozorom (i klasyfikacjom), wcale nie jest prosta. Wydaje się bowiem, że tego artystę najmniej interesowało społeczne uwarunkowanie cielesności, które okazać się miało największą - bo ideologiczną - pułapką sztuki lat 90. (a bardziej jeszcze jej recepcji, skupionej na pojęciu "opresji"). Podobnie jest zresztą w przypadku innej klasycznej już artystki - Katarzyny Kozyry.

U Libery ciało staje się polem bitwy między sprzecznościami wyznaczanymi przez dwa bieguny: biologię (przemijalność, ale i gatunkową przebiegłość) oraz metafizykę (objawiającą się jako szaleństwo i nieprzewidywalność). Pozornie wydaje się, że to biologia jest najbardziej racjonalna. Jej siłą jest bowiem moc usprawiedliwienia konieczności. A jednak - coś zmienia się w fotogramach ostatnich. I to nie tylko dlatego, że pięć prac składających się na cykl "La Vue" (lata 2004-2006) posługuje się kolorem: to prawda, stonowanym, nieco zgaszonym, zdyscyplinowanym, ale jednak odważnym. Zmienia się też temat: mamy oto przed sobą abstrakcyjne, bardzo przestrzenne i przez to jeszcze bardziej nierzeczywiste pejzaże. Libera próbuje skodyfikować "widzenie peryferyjne", zbierające to, co nasze oko - wybierające z przestrzeni istotne dla siebie elementy - zazwyczaj odrzuca jako niepotrzebne.

Nie oznacza to jednak, że artysta przenosi swoje zainteresowania na kwestie formalne. To raczej szkic do podsumowania wcześniejszych doświadczeń. Pozostaje to, co najbardziej znaczące dla jego działalności: świadomość, że dokumentacyjny dystans również może być formą zaangażowania - nie tylko w sztukę.

"ZBIGNIEW LIBERA. FOTOGRAFIE", Galeria Raster, Warszawa, wystawa czynna do 11 listopada br.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 45/2006