Wiem, że to brzmi cokolwiek abstrakcyjnie, ale naprawdę długo się zastanawiałem, jaki dać mianownik dla tych różnych radości, których czasami doświadczam – i nic lepszego nie przyszło mi do głowy. Wbrew pozorom jednak, to wcale nie jest żadna abstrakcja, tylko ścisłe konkrety.
Sierpień 2024, bułgarskie Rodopy, kolacja z moją żoną Cvetą i naszymi przyjaciółmi, Jankiem Chwedeńczukiem, Pawłem i Anią Boguszewskimi oraz ich synem Leonem. W niedużej restauracyjce położonej na uboczu, z widokiem na porośnięte lasem góry. Sałatka szopska, do niej kieliszek rakii, potem kebapcze, ryby z grilla, patatnik obficie posypany bułgarskim serem, czyli sirene, lokalne wino. Ciepły wieczór, niespieszna rozmowa tym wypracowanym przez lata językiem, którego nikt poza nami nie rozumie. A później powrót krętą dróżką do małego hotelu, całego w drewnie, z tym samym obłędnym widokiem. O poranku wyjazd, odwiedziny w Sliven – mieście, z którego pochodzi Cveta – nadmorskim Burgas i Sozopolu. I wszędzie takie kolacje, takie wieczory.
Styczeń 2025, Warszawa, spacer z psem w zimowy poranek, a to coraz częściej w Polsce znaczy: w podmuchach wiatru, chroniąc się przed deszczem, w szarzyźnie i słocie. Ale pies – o imieniu Berti, nazwaliśmy go tak na cześć Bertranda Russella z uwagi na ich uderzające podobieństwo (daję słowo) – skacze z radości, zarzuca łapkami na zakrętach, szczeka bez opamiętania. Słowem, emanuje z niego jakaś głęboka radość istnienia, którą i ja wreszcie zaczynam czuć pośrodku tej pluchy. Od razu idzie mi się trochę raźniej. Z kolei Berti zaczyna się powoli orientować, że dookoła są kałuże, a z nieba leją się strugi wody, więc jego entuzjazm stopniowo maleje, mój stopniowo wzrasta, osiągamy specyficzną równowagę.
Grudzień 2018, Berlin, koncert mojego ukochanego hiszpańskiego pieśniarza Enrique Bunbury’ego. W Polsce prawie nikt go nie zna, no może tylko ci, którzy pamiętają jeszcze triumfy, jakie w latach 90. odnosił ze swoim zespołem Héroes del Silencio (jeśli wiedliście już wówczas świadome życie, z pewnością kojarzycie utwór „Entre dos tierras”). Ale w Hiszpanii, Meksyku i Ameryce Południowej ma status porównywalny do Davida Bowie czy Boba Dylana. Jego płytę – jeszcze pod egidą HdS – znalazł gdzieś kiedyś mój nieżyjący już przyjaciel Hubert Panowski. Nigdy niczego podobnego nie słyszeliśmy, zostaliśmy fanami od pierwszych dźwięków. Ta muzyka towarzyszy mi nieprzerwanie od 1993 r., nie ma dnia, żebym sobie czegoś nie włączył albo przynajmniej nie zanucił. W ogóle wszystko, co robi Bunbury, najgłębiej ze mną rezonuje, budzi we mnie uśpione na co dzień pokłady élan vital. A te koncerty są jak święto, przepycham się do pierwszych rzędów, wymachuję rękami, a kiedy on, zawsze punktualny co do minuty, wychodzi na scenę, krzyczę z innymi: „Enriiiiiqueee! Enriiiiiqueee”.
Takich migawek, stop-klatek, chwil mógłbym przywołać mnóstwo. Bo to, nawiasem mówiąc, zawsze są migawki, stop-klatki, chwile. Radość nie jest stanem permanentnym, przynajmniej u mnie. Zdarza się, pojawia, jak przebłysk. Właśnie wtedy, kiedy następuje to szczególne otwarcie. Jak je nazwać? Może – poważnie i filozoficznie – przekroczeniem bariery „ja”? Tej niewidzialnej, ale potężnej granicy, która każdego z nas zamyka nieuchronnie we wnętrzu własnego umysłu (a może duszy?). I która jest bezpośrednim źródłem wszelkich rozważań o nieusuwalnej ludzkiej samotności („Después de todo, uno vive en soledad” – śpiewa Bunbury w utworze „La gran estafa”).
Ale przecież właśnie w takich momentach, o których tu piszę, granica znika. W mgnieniu oka – i na mgnienie oka – znajdujemy się gdzieś indziej. Kontury naszej podmiotowości tracą wyrazistość, okazują się zaskakująco przenikliwe (w znaczeniu: coś zaczyna przez nie przenikać). Inni ludzie, inne istoty łączą się z nami we wspólnocie doświadczenia. W przeżywanej równocześnie emocji, w zachwycie, porozumieniu. Międzyludzkim i międzygatunkowym.
Owszem, to są migawki, stop-klatki, chwile. Zaraz potem wracamy do naturalnej, codziennej postaci. Ale wspólnota pozostaje. Samotność nie jest już absolutna, w jej gęstej i ciemnej materii daje się dostrzec drobne prześwity, drogi ewakuacji. Tymi drogami bywają miłość, bliskość, przyjaźń, zachwyt, entuzjazm. Radość. Taka, którą przeżywa się razem, z kimś innym, kto jest wówczas bliżej niż obok. Smutek, cierpienie, współczucie, troska – oczywiście też. W tym samym, a może nawet jeszcze większym stopniu. Ale to temat na inne rozważania, tu miałem pisać o radości.
No więc nic mnie tak nie cieszy jak właśnie wspólnota doświadczenia. Mam nadzieję, że nie brzmi wam to już tak bardzo abstrakcyjnie, jak na początku. I że rozumiecie, a może przeczuwacie, o co mi chodzi. Ostatecznie pisze się również w tym celu – a w każdym razie dla mnie była to zawsze podstawowa motywacja – żeby rozmawiać, żeby się porozumiewać, żeby przekraczać te z pozoru tylko nieprzekraczalne bariery.
Niechby tylko na chwilę, niechby na mgnienie oka. To już bardzo dużo, to już naprawdę coś.
Tomasz Stawiszyński jest filozofem, autorem podkastu „Skądinąd” i wielu książek – ostatnio wydał „Ucieczkę od bezradności”. Z „Tygodnikiem” współpracuje od 2014 r., od 2021 r. jako felietonista.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















