To przywilej dla autora, gdy jego tekst jest krytycznie analizowany na ćwiczeniach uniwersyteckich. Prowadzącemu te zajęcia ks. dr. Tomaszowi Gwoździewiczowi oraz studentom Martynie Kordys, Bogdanowi Szolcowi i Tymoteuszowi Szulikowi jestem za to wdzięczny, a ich pracą zaskoczony. Przyznam się, że podczas lektury pojawiło się w mojej głowie pytanie, jak takie ćwiczenia sam bym poprowadził, gdyby z jakichś powodów mnie (laika) na nie zaproszono.
Czy nauczanie Kościoła może krzywdzić? Historia mówi: tak
Zacząłbym prowokacyjnie (wyjaśnię za chwilę dlaczego) – od pytania, którym zajmuję się w moim tekście „Gdy Kościół wchodzi do sypialni. Co robić, kiedy katolicka etyka seksualna szkodzi małżeństwu”. Czy rzeczywiście nauczanie moralne Kościoła może szkodzić komukolwiek? Prawdopodobnie część studentów odpowiedziałaby, że to niemożliwe.
Wówczas zapytałbym: czy nikomu nie szkodziło wspieranie przez tak długie wieki niewolnictwa? Instytucje kościelne miały niewolników, handlowały nimi (np. głośna sprawa sprzedaży przez jezuicki Uniwersytet Georgetown w USA w 1838 r. 272 mężczyzn, kobiet i dzieci na plantacje Luizjany, co uchroniło uczelnię przed bankructwem, a sprzedanym zgotowało okrutny los). Nie bez przyczyny papież Leon XIV przeprasza w swojej pierwszej encyklice za wspieranie przez Kościół niewolnictwa.
Lichwa, bankierzy i grzech, który przestał być grzechem
Potem zadałbym jeszcze bardziej prowokacyjne pytanie: czy nauczanie Magisterium może prowokować do grzechu? Otóż i tutaj odpowiedź jest twierdząca. Jeszcze do pierwszej połowy XIX w. Magisterium pracę w banku traktowało jako uprawianie lichwy, czyli jeden z najcięższych grzechów wielokrotnie przez Kościół potępiany.
Mimo rozwoju nowożytnej gospodarki opartej na bankowym systemie pożyczek inwestycyjnych nauczanie kościelne wciąż powoływało się na anachroniczną teorię o bezpłodności pieniądza, która miała uzasadniać moralne zło czerpania zysków z pożyczania pieniędzy.
Jak zauważa francuski teolog Bernard Sesboüé w książce „Władza w Kościele”: „Dziś jeszcze, w myśl zasady nienaruszalności praw nabytych, banki zamykane są w południe wigilii święta obowiązkowego. Pierwotną przyczyną tego trwającego jedno popołudnie urlopu była chęć umożliwienia urzędnikom bankowym wyspowiadania się!”. Dopiero w 1830 r. odpowiadając na pismo biskupa Rennes, Święte Oficjum poleciło nie niepokoić spowiedników rozgrzeszających penitentów, którzy nie chcieli porzucić pracy w banku. W tym samy roku Święta Penitencjaria uznała prawowitość moralistów dopuszczających pożyczkę na niewielki procent.
Zatem zanim Magisterium z błędnej oceny wycofało się po cichu (dzisiaj z powodu łatwości rozprzestrzeniania informacji byłoby to niemożliwe), wmawiało katolikom pracującym w bankach, że ciężko grzeszą. Ci, którzy przejmowali się tą oceną, a nie porzucali pracy w bankowości, choć materialnie nie robili niczego złego, w sumieniu popełniali tzw. grzech formalny. Był on prowokowany właśnie przez nauczanie Kościoła.
Zauważmy przy okazji, że z kolei ci, którzy ignorowali owe nauczanie, gdyż w sumieniu rozpoznawali, że Kościół się w tym przypadku myli, nie popełniali grzechu formalnego, z którego musieliby się spowiadać. Czy ich sumienie rozpoznawało, czy „tworzyło” prawdę moralną (zapytałbym studentów)? I czy to dobrze, że sprzeciwiali się oni nauczaniu Kościoła?
Sesboüé podsumowuje, że to dzięki zmysłowi wiary (sensus fidei) świeckich Kościół w końcu rozpoznał w tym przypadku prawdę.
Teolog moralny: rzecznik Kościoła czy badacz prawdy?
Nie podaję tych przykładów, by deprecjonować nauczanie Kościoła. Uważam, że Kościół, który swoje źródła odnajduje w działalności Jezusa i – jak wierzymy – jest dziedzicem obietnicy asystencji Ducha Świętego, jest głównym depozytariuszem Bożej prawdy. Przy czym niezbędne są tu dwa zastrzeżenia: Kościół poznaje Bożą prawdę stopniowo – na historycznej drodze, podczas której zdarzają mu się błędy; po drugie – nie jest tak, że posiadł Bożą prawdę w całym jej nieogarnionym bogactwie.
A to z kolei znaczy, że Boża prawda nie równa się jeden do jednego prawdzie głoszonej w Kościele.
Jest więc co odkrywać i to jest bardzo dobra wiadomość m.in. dla teologów zajmujących się moralnością. Bo to oznacza, że wasze powołanie (mówiłbym na hipotetycznych ćwiczeniach) nie jest nudne i odtwórcze, ograniczające się do tłumaczenia i obrony nauczania Kościoła. Przeciwnie, jest bardzo ciekawe i twórcze – macie tropić błędy i odkrywać nowe, lepsze ujęcia. Dlatego dobrze by było, żebyście stali zawsze pół kroku przed Magisterium, badali rubieże, pytania niewygodne, stawiali i badali hipotezy kontrowersyjne.
Te rubieże w teologii moralnej to przede wszystkim miejsca konfliktu wartości. Takie sytuacje, jak np. te przeżywane przez małżonków, a opisane w moim tekście. Jakie wartości powinny być tu priorytetowe: dbanie o związek czy o słabo uzasadnioną zasadę? Także brak recepcji wśród katolików niektórych głoszonych przez Kościół norm powinien być dla teologów moralistów wyzwaniem do szukania lepszych, bardziej przekonujących ujęć.
Podsumowując, podczas hipotetycznych ćwiczeń z teologii moralnej zwróciłbym się do studentów: To od was zależy, czy chcecie być jedynie PR-owcami Magisterium, czy prawdziwymi naukowcami tropiącymi prawdę.
Niepokonalna ignorancja: dlaczego samo poznanie doktryny nie zobowiązuje
I jeszcze próba odpowiedzi na postawione mi przez studentów w ich polemice niektóre zarzuty. Najpierw o nieporozumieniu na temat ignorancji niepokonalnej. Moi interlokutorzy piszą: „Dotyczy ona wyłącznie przypadku, gdy ktoś nie ma realnej możliwości poznania moralnej prawdy”. To typowe błędne rozumienie tego pojęcia, zakładające podejście heteronomiczne do moralności – czyli że wystarczy dowiedzieć się, co Kościół głosi, by być tym nauczaniem zobowiązanym moralnie. A jednak nie wystarczy uzyskać informacji, bo wiedza moralna nie jest zwyczajną wiedzą.
Nie wystarczy nawet, że wyobrazimy sobie własne zobowiązanie. Zwracają na to uwagę uczniowie Karola Wojtyły, księża profesorowie Tadeusz Styczeń i Andrzej Szostek, którzy redagując wydanie z 1986 r. „Miłości i odpowiedzialności”, zamieścili przypis na temat tzw. sądów wyobrażeniowych. Zauważają tam: „Wyobrazić sobie, że jest się do czegoś zobowiązanym, to za mało, by faktycznie być zobowiązanym” (przypis 47 na str. 146). Sumienie, by zaakceptować jakąś normę moralną, musi dostrzec wartość stojącą za tą normą i zrozumieć zobowiązanie płynące z tej wartości.
Jeśli małżonkowie nie są w stanie dostrzec wartości nauczania, że korzystanie z seksualności uzależnione jest od bezwzględnej ochrony biologicznej płodności (nawet potencjalnej, a przecież wiadomo, że ta płodność jest sama w sobie okresowa i nietrwała), to z punktu widzenia Kościoła tkwią w niepokonalnej niewiedzy. Z ich punktu widzenia to Kościół stawia niezrozumiałe (a więc tym samym niezobowiązujące) wymagania. Prymat sumienia ze strony małżonków, a ze strony Kościoła stwierdzenie ignorancji niepokonalnej gwarantują, że małżonkowie spotykają się z Kościołem na gruncie prawdy. Bo cały ten ambaras jest właśnie o prawdę.
Kościół ma służyć sumieniu – Jan Paweł II o prymacie sumienia
A jeżeli i małżonkom, i Magisterium chodzi o prawdę oraz wartości, to nie ma mowy o „tworzeniu” przez sumienie prawdy i wymyślaniu wartości. Prawdę i wartości się odkrywa. Czasem z trudem. Spór zatem jest czymś normalnym. Także osobisty spór w sumieniu z Magisterium. Oskarżanie przy tej okazji o relatywizm jest pójściem na łatwiznę. I tak naprawdę zamyka dyskusję.
Więc zamiast dyskusji dwa cytaty do przemyślenia dla wszystkich obrońców Magisterium: „Kościół pragnie jedynie służyć sumieniu” (Jan Paweł II, „Veritatis splendor”; 64). „Z trudem dajemy też miejsce dla sumienia wiernych, którzy pośród swoich ograniczeń często odpowiadają najlepiej, jak potrafią, na Ewangelię i mogą rozwijać swoje własne rozeznanie w sytuacji, gdy wszystkie systemy upadają. Jesteśmy powołani do kształtowania sumień, nie zaś domagania się, by je zastępować” (Franciszek, „Amoris laetitia”; 37).
À propos bajki Andersena – czy to uczciwa polemika?
Rozumiem też, że przywołanie na początku i na końcu polemicznego tekstu bajki „O nowych szatach cesarza” to sugestia, że ci, którzy namawiają małżonków, by odważniej kierowali się własnym sumieniem – nawet wbrew nauczaniu Kościoła, przypominają owych oszustów sprzedających nieistniejące szaty. To mocne oskarżenie. W bajce Andersena podający się za krawców z premedytacją manipulują próżnością cesarza i mechanizmami dworu, by wyłudzić pieniądze. Słowem, działają w złej wierze. Trzeba mieć solidne podstawy, by w sposób moralny stawiać komukolwiek podobny zarzut.
Przeczytaj list studentów:
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.










