To wiadomo nie od dziś: znacząca część polskiego życia nie toczy się na scenach wielkich miast, lecz w miastach małych i średnich. Nie od dziś też wszyscy politycy wiedzą: wyborów nie wygrywa się w Warszawie, Krakowie czy Gdańsku, lecz we Wrześni, Wieluniu, Tomaszowie Lubelskim i setkach podobnych. Przypominają sobie o tym, gdy nadchodzi kolejna kampania, przesiadają się z limuzyn w autobusy i ruszają w drogę. Ludność trochę posłucha, postoi w tle, ale zaraz idzie na lody albo do kościoła, albo na rower, bo jest niedziela i trzeba trochę pożyć, a politycy – to też wiadomo od dawna – z życiem żytym tu właśnie, we Wrześni czy Wieluniu, wspólnego wiele nie mają. I całe szczęście, bo dzięki temu życie się rozwija, Polska ma się całkiem nieźle, wojna jest na górze, na dole jest tylko oglądana, jak na to zasługuje.
Sam będąc z jednego „z tych pięknych miast” („co dzień piwo, co pół roku cyrk”) i w mieście takim od ponad trzydziestu lat mieszkając, nie mam wątpliwości: nie da się zrozumieć Polski bez ich zrozumienia. A to bardzo trudne, bo miasta niestołeczne nie wystawiają się i nie świecą atrakcjami. Ich życie nie biegnie w rytmie niesamowitych zdarzeń i niewiele w nim chwil godnych klikbajtowych nagłówków. Choć się nie ukrywa – jest utajone. Ale nie po schulzowsku czy twinpeaksowo – skuteczniej: roztopione w codziennej rutynie, rozproszone w szarości niczym na pozór nieróżniących się dni, radykalnie niedramatyczne. Trwa i tętni.
Zwrot lokalny w polskim teatrze
Usłyszałem kiedyś od studentów, że jedna z koleżanek polonistek używa oryginalnej kategorii odróżniania miast prowincjonalnych i nie: mają teatr, czy nie mają. Zapożyczyłem ten koncept dla dowodzenia, że instytucje teatralne, choć nie cieszą się popularnością, są jednak utrzymywane ze względu na prestiż: mieć teatr to odróżniać się od miast, które teatru nie mają. Mieć teatr – to znak aspiracji i dowód na kulturową siłę: „Może nic specjalnego się tu u nas nie dzieje, ale teatr mamy”.
Na przełomie tysiącleci, dzięki takim teatrom jak te w Legnicy i Wałbrzychu, doszło do zasadniczych zmian relacji „scena miejscowa – miejscowe życie”. Sceny teatrów dalece pozastołecznych przestały odgrywać sprawy wielkiego świata, stały się narzędziami do zrozumienia świata bliskiego. Ten zwrot lokalny to jedno z ciekawszych zjawisk w polskim życiu teatralnym ostatnich dekad. Odgrywa ważną rolę w poznawaniu polskiego życia większościowego, tej rozproszonej narodowej codzienności, która nieuchronnie umyka przed socjologami. Niechętnie i tylko częściowo pojawia się w statystykach, a na scenę polityczną nawet nosa nie wyściubia.
Teatrowi też nie jest łatwo ją uchwycić i pokazać, właśnie dlatego, że taka niedramatyczna i niespektakularna. Pozametropolitalne teatry, świadomie i konsekwentnie „słabe”, są najbliżej życia płynącego z dala od wirów atrakcji i scenicznego wzmożenia. Czyż nie tworzą przyjaznego środowiska, na którym owo życie może pozwolić się obserwować, a nawet zrozumieć?
Sprawdzenie tych hipotez stało się ostatnio możliwe na przykładzie działań podejmowanych przez Iwonę Woźniak i Jacka Jabrzyka, kierujących od 2018 r. Teatrem Zagłębia w Sosnowcu. Od początku swojej dyrekcji zapraszali oni do współpracy reżyserki i reżyserów o oryginalnym a niestandardowym stylu, poszukując zarazem takich perspektyw, które pozwoliłyby na połączenie tematów ekscytujących artystyczne i akademickie centra ze światem lokalnym. Czyli: czym i jak żyje Sosnowiec.
Tu w moim wywodzie musi dojść do wiszącego nad nim od początku uściślenia: nie można wymazać specyfiki każdego z tych małych i średnich miast, które przecież nie istnieją w czasoprzestrzennej pustce, ale powstały w konkretnym miejscu, mają swoje własne historie, a i ich teraźniejszości wcale nie wyglądają identycznie, nawet jeśli mają miejsca wspólne.
Zupełnie innym miastem jest Legnica, innym Słupsk, a innym – Sosnowiec (żeby już ograniczyć się tylko do tych, które mają stałe teatry). Ten ostatni – daleki krewny ziemi obiecanej, późne dziecko rewolucji przemysłowej i kolei warszawsko-wiedeńskiej sąsiadujące z silnym tożsamościowo Górnym Śląskiem – znajduje się w sytuacji wyjątkowo trudnej, a zarazem właśnie jakoś typowej: doskwierającego braku tożsamości. Nawet jeśli kiedyś coś takiego się tworzyło na doświadczeniu mieszkańców przemysłowego centrum, na walce pionierów kapitalizmu z rosnącą solidarnością klasy robotniczej i na wielokulturowości, to ta prowincjonalna wersja Reymontowskiej epopei została gwałtownie przerwana przez kataklizm wojny, Zagłady i przesiedleń.
Na miejsce jej zapomnianych bohaterów przybyli ludzie, którzy sami się wyrwali z korzeniami i weszli w proces wielopokoleniowej migracji (oni do miast, ich wnuki na Zachód). Dopiero od niedawna ci, którzy z jakichś sobie znanych powodów zostali, pytają, kim są i co to właściwie znaczy – mieszkać w Sosnowcu.
„Persona. Ciało Bożeny”: sprzątanie w teatrze
By zmierzyć się z tym pytaniem, trzeba być blisko i zarazem zachować dystans, bo życie utajone w rozproszeniu codzienności niemal nie pokazuje się tym, którzy są w nim zanurzeni. Potrzebny jest ktoś, kto w tym, co dla tubylców normalne i oczywiste, dostrzeże osobliwość, egzotykę. Jak etnolog. Albo jak artysta teatralny o szczególnej wrażliwości i zainteresowaniach.
Takich właśnie ostatnio zapraszają do Sosnowca Woźniak i Jabrzyk. W poprzednim sezonie duet Jędrzej Piaskowski i Hubert Sulima uczynił z sytuacji przybycia do Teatru Zagłębia artysty z dalekiego świata punkt wyjścia i ramę przedstawienia „Persona. Ciało Bożeny”. Kontrapunktem dla fabuły uczyniono historię tytułowej Bożeny (świetna Mirosława Żak) – pani sprzątającej w teatrze i jej (nie)zwykłego sosnowieckiego życia, składającego się z uporczywej i zasadniczo beznadziejnej walki o przetrwanie i choćby chwilę oddechu, bo o szczęściu można tylko pomarzyć. Główny temat to wybaczanie (stąd najgłośniejsze sceny nie dotyczą lokalności, tylko tak Wielkich Historii, jak konflikt Kaczyński–Tusk czy odpowiedzialność Hitlera za Zagładę), ale to Sosnowiec nadaje całości spójność, choć schodzi na drugi plan wobec efektownych partii solowych. Niemniej jednak Sulimie i Piaskowskiemu udało się przywabić na scenę utajone życie miasta.
Nieufne stworzenie wychynęło ze swojej norki i przez chwilę wydawało się czuć w teatrze jak u siebie. Zaczęło się krzątać, a nawet opowiadać o sobie rzeczy, które ze sceny słyszy się rzadko: że jest coś świetlistego w polowaniu na promocje w Biedrze, a tragedie niezrozumienia z najbliższymi mają swoją wzniosłość, nawet jeśli nie kończą się dzieciobójstwem, a tylko słuchaniem niemiłych słów na wywiadówce. I choć popisowe sceny należą w tym przedstawieniu do Krystiana, Jarosława, Donalda i Adolfa, to nie jest przypadkiem, że to Bożena jest jego bohaterką tytułową, a jej historia, choć może nieefektowna, stanowi tego przedstawienia szczególną wartość.
Teatr Zagłębia: dziewczyny w Sosnowcu
Po udanym eksperymencie z „Ciałem Bożeny” dyrekcja Teatru Zagłębia wykonała krok następny, bardzo śmiały, ale konsekwentny. Już sam tytuł ostatniej premiery, która odbyła się 25 października, o śmiałości tej świadczy. „Historia Sosnowca” zapowiada wszak próbę zmierzenia się wprost i bez uników z historycznym procesem wytwarzania miejsca, a może i z pytaniem o miejsca tego tożsamość. Weronika Murek (dramaturgia) i Katarzyna Szyngiera (reżyseria) to przecież artystki specjalizujące się w przedstawieniach zanurzonych w historiach prawdziwych. Tutaj skupiają się na herstories – przemilczanych biografiach kobiet, które w klasycznej historiografii opowiadającej dzieje królów, bitew, traktatów i wielkich odkryć występują rzadko i zazwyczaj pod warunkiem, że zajmą szturmem (lub przypadkiem) miejsca zasadniczo zarezerwowane dla mężczyzn.
Jest też w spektaklu echo jeszcze dawniejszego przełomu – odejścia od relacjonowania łańcucha „wielkich wydarzeń” na rzecz mikrohistorii – opowiadania o codzienności i wypadkach niemal anegdotycznych. W pierwszych scenach o początkach współczesnego Sosnowca związanych z przemysłowymi przedsięwzięciami niemieckich fabrykantów opowiada ich anonimowa służąca (znakomita Natalia Bielecka). To z perspektywy jej poniżenia oglądamy (na początku dosłownie, bo widać tylko stopy w błyszczących półbutach) pionierskie czyny założycieli. Ona też jest główną bohaterką pierwszej części przedstawienia, stając się zrewoltowaną robotnicą walczącą o prawa pracownicze i przypominając, dlaczego o Zagłębiu mówiono kiedyś „czerwone”.
Niestety jej prowodyrstwo wkrótce po scenie osadzonej w roku 1905 schodzi na dalszy plan, a na czoło wysuwają się kolejne wybitne kobiety z Sosnowca pochodzące. Znamienne, że dochodzi do tego w scenie opowiadającej o szkole pani Siwikowej (naprawdę niezwykły w tej i innych kobiecych rolach Piotr Zawadzki). To znamy dobrze my wszyscy z takich miast: po maturze wyjeżdża się i w większości nie wraca, a te osoby, które osiągnęły sukces „w świecie”, są zapraszane na zjazdy maturalne i robią tam za special guest stars. To znają też dobrze wszyscy przyjeżdżający do Sosnowca, których po wyjściu z podziemnej resztki dworca kolejowego wita pomnik pochodzącego stąd Jana Kiepury. Wita? Raczej żegna. „Chłopak z Sosnowca” jest wszak słynny dlatego, że stąd wyjechał…
Tymczasem zmierzyć się z życiem miast małych i średnich to zmierzyć się z życiem tych osób, które tu zostały – bo musiały, bo chciały, a przede wszystkim z najważniejszego i najczęstszego powodu – bo tak wyszło. Więc mam żal do Murek i Szyngiery, że na tak długo porzuciły dziewczyny w Sosnowcu żyjące życiem zwykłym i nieheroicznym. Mam żal, choć i wdzięczny jestem za opowieści o kobietach tak niezwykłych, jak Bela Hertz vel Izabela Czajka-Stachowicz. Ale mam, bo chciałbym, by na scenie więcej było tych, które nie mają książkowych biografii, tablic, a nawet haseł w Wikipedii. Rozumiem też, że trudno nie opowiadać o takich bohaterkach jak Frumka Płotnicka (wciskająca w fotel znakomicie przewrotna sekwencja o niespełnionym ocaleniu żydowskiej bojowniczki), ale same twórczynie deklarują przecież, że szukać będą poza Wielkimi Wydarzeniami, więc mam żal, że tak wiele dekad zwykłego życia i z ich przedstawienia zniknęło.

Spektakl, który zasługuje, by go zabrać w wielki objazd
Twórczynie chyba same czują tę nierównowagę i może właśnie dlatego ostatnie, szczególnie atrakcyjne sekwencje przedstawienia poświęciły dziewczynom w Sosnowcu. Pan za mną wreszcie poczuł się usatysfakcjonowany, bo przedfinałowo kulminacyjna część poświęcona sukcesowi i upadkowi Zakładów Dziewiarskich „Wanda” to historia wyśpiewana i wytańczona w stylu prawdziwie musicalowym.
Oparta na wspomnieniach kierownictwa i pracownic „Wandy” sekwencja wychwalająca PRL, w której na scenie jest celebrowany (chyba autentyczny?) sztandar zakładowej PZPR, a ostatnie wersy brzmią „byłoby dobrze, gdyby nie Solidarność”, została świadomie zainscenizowana. Zdystansowanie się wobec nowomieszczańskiego samozadowolenia z przejętego bez uprawnień „pozytywnego mitu” bardzo mi odpowiada. I nawet jeśli żałuję, że „Wandzie” i jej kobietom nie poświęcono więcej uwagi, to przecież cieszy mnie to, co w Sosnowcu się gra. Także to, że gra się w piłkę nożną i że spektakl kończy opowieść o początkach kobiecego klubu założonego przez Irenę Półtorak (czy przypadkiem podkreśla się, że drugą historyczną bramkę strzeliła dla niego piłkarka o imieniu Wanda?) oraz film, w którym zawodniczki mówią o swojej pasji i marzeniach, by grając nie gdzieś tam, ale właśnie w Czarnych Sosnowiec, były równie cenione i dobrze opłacane jak mężczyźni.
„Historia Sosnowca” to zaledwie prolog i zapowiedź, pewnie dalekie od doskonałości, nierówne, może i za szybko, zbyt gorączkowo opowiadane. Ale ma to przedstawienie ogromną wagę i kłaniam się czapką do ziemi wszystkim osobom, które doprowadziły do jego powstania. Oto spektakl, który zasługuje na to, by go zabrać w wielki objazd realizowany jako projekt artystyczno-społeczny, na który składałyby się pokazy i specjalne po nich dyskusje. Żeby osoby, które żyją w miastach bez stałego teatru, mogły przyjrzeć się sobie, o sobie porozmawiać i swoje życie docenić. W końcu to dzięki nim, codziennej ich zapobiegliwości i praktycznej mądrości jeszcze Polska nie zginęła.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















