Netflix wchłonie połowę koncernu Warner Bros. Discovery za 83 miliardy dolarów. To dużo. Ale czy starczy, żeby wykupić całe Hollywood? Przejęcie ma wejść w życie najdalej za 18 miesięcy, co pozwala rozpocząć odliczanie do – której to już? – śmierci kina.
Jako że streamingowy gigant zostanie właścicielem studia filmowego z ponad stuletnią tradycją, konkurencyjnego HBO wraz z platformą HBO Max (oraz świeżo odmalowanego uniwersum DC Comics), nastroje wśród widzów, polityków oraz przedstawicieli branży filmowej są minorowe.
Sprzeciw jest powszechny i głośny, choć, jak to w podobnych przypadkach bywa, wszystko odbywa się poza naszą kontrolą, w sieci nietransparentnych – także w medialnej optyce – układów.
Obawy tradycyjnie dzielą się na poważne, niepoważne oraz te, z którymi wciąż można coś zrobić. Zwłaszcza jeśli lobbuje się w Kongresie albo zasiada w rozmaitych komisjach regulacyjnych, od Waszyngtonu po Nowe Delhi. Sam przyjąłem tę informację ze spokojem: sądzę, że Hollywood przetrwałoby nawet wojnę nuklearną.
Co zatem w rzeczywistości oznacza potencjalna zmiana właściciela Warner Bros. Discovery? Jakie konsekwencje niesie dla kina oraz Kowalskiego z najtańszym abonamentem na Netfliksie? I czy w ogóle dojdzie do skutku?
Zakupy Netfliksa: czy kino zostanie na lodzie?
Wiadomość o podziale bądź planowanej sprzedaży Warner Bros. Discovery gruchnęła we wrześniu. Koncern pojawił się na celowniku Davida Ellisona z Paramount Skydance, oglądającego dotąd plecy włodarzy Netfliksa, HBO i Amazonu w wysoce konkurencyjnym streamingowym wyścigu.
Zadłużenie WBD wynosiło wówczas blisko 35 miliardów dolarów. Za lwią część długu odpowiadało Warner Bros., połączone z odpowiedzialną za kanały linearne spółką Discovery przed trzema laty w trakcie głośnej i znacznie mniej kontrowersyjnej fuzji.
Ponieważ rodzina Ellisonów ociera się łokciami z Donaldem Trumpem, spekulowano, że plan Paramountu to czysta formalność, regulatorzy i prawa antymonopolowe będą zaś zaledwie muldą na drodze. Tyle że w ciągu kolejnych tygodni do walki o Warner Bros. Discovery włączyły się Comcast (właściciel NBC Universal), a także Netflix.
Oferta tego ostatniego podmiotu – 27,75 dolarów za akcję, 82,7 mld dolarów za połowę spółki (z wydzielonym Discovery Global) – nie trafi do Księgi Rekordów Guinnessa. Lecz biorąc pod uwagę, że aż 84 proc. kwoty ma być wypłacone w żywej gotówce, stanowi potężny ruch marketingowy.
Warty ponad 424 mld dolarów Netflix to dziś studzienka bez dna, a każdy abonament jest symboliczną monetą na szczęście. To na wypadek, gdyby ktoś się zastanawiał, skąd biorą się astronomiczne pieniądze na niezrealizowane dotąd projekty wyliniałych mistrzów oraz piąty sezon „Stranger Things”.
W oficjalnych oświadczeniach jeden z prezesów Netfliksa Ted Sarandos podkreśla wagę tradycyjnej kinowej dystrybucji. A jednak strategia platformy jest w tym sektorze, mówiąc kurtuazyjnie, czysto utylitarna.
Netflix wprowadza co prawda swoje flagowce do kin, lecz zazwyczaj w dość wąskich „okienkach”, żeby umożliwić im start w rywalizacji o najważniejsze nagrody, z Oscarem na czele. Zapowiedź włączenia w ten model dystrybucyjny studia Warner Bros. oznacza mniej więcej tyle, że droga filmu na serwisy streamingowe będzie błyskawiczna, a kiniarze zostaną na lodzie.
Nawiasem mówiąc, Sarandos używa też w przemówieniach niefortunnych stwierdzeń w rodzaju „konsumenci”, gdy mówi o widzach, entuzjastach i pasjonatach. Niezbyt przemyślany ruch, biorąc pod uwagę rosnącą popularność apokaliptycznych narracji.
Sprzedaż Warner Bros.: związki zawodowe protestują
Związki zawodowe biją na alarm. Amerykańska Gildia Scenarzystów nazywa przejęcie zamachem na kino i wzywa do zastosowania przepisów antymonopolowych. Aktorzy wyrażają niepokój potencjalnymi zmianami na rynku pracy. Dokumentaliści boją się ograniczania wolności wypowiedzi oraz różnorodności źródeł finansowania kina faktu.
Politycy z demokratycznego i republikańskiego obozu ostrzegają przed wyższymi cenami, niższą jakością i źle zoptymalizowaną alokacją zasobów w branży filmowej. Monopol i osłabienie konkurencji oznacza w końcu dyktowanie warunków finansowych. A już teraz za swój nierówny jakościowo katalog oraz najlepszą aplikację na rynku Netflix życzy sobie rękę i nogę.
Rozpowszechnione w mediach opowieści o zmierzchu kultury filmowej wydają się o tyle przesadzone, że sytuacja zmienia się z godziny na godzinę. Kiedy zaczynałem pisać ten tekst, władze Paramount Skydance były na fajrancie. Gdy postawiłem kropkę, ewidentnie nie pogodzone z porażką, złożyły akcjonariuszom Warner Bros. Discovery kolejną ofertę: 108 miliardów dolarów za cały koncern. Plus obietnicę, że pod ich rządami Warner Bros. wprowadzi do kin od 30 do 40 filmów rocznie.
Jak słusznie zauważa w świetnej analizie dla serwisu Filmweb Katarzyna Czajka-Kominiarczuk, na drodze Netfliksa stoi szereg zapór ogniowych. Regulatorzy od praw antymonopolowych stanowią zaledwie pierwszą z nich. „Ponieważ transakcja nie będzie dotyczyła kanałów telewizyjnych, to w Stanach Zjednoczonych Netflix zabiega o zgodę Departamentu Sprawiedliwości i Federalnej Komisji Handlu. Ale na tym nie koniec, bo ważne są też decyzje organów międzynarodowych, m.in. Komisji Europejskiej czy odpowiednich urzędów w Wielkiej Brytanii, Indiach czy Kanadzie. A warto zaznaczyć, że zaniepokojenie ewentualnym przejęciem wyraziły nie tylko organizacje i politycy amerykańscy” – pisze.
Plotki, jakoby kupno Warner Bros. Discovery przez Netfliksa było drzazgą pod paznokciem Donalda Trumpa, trudno na razie zweryfikować. Związki prezydenta USA z Ellisonami są udokumentowane, lecz jego faktyczne sympatie zmieniają się wraz z kierunkiem wiatru. Sarandosa nazywa „wspaniałym człowiekiem”, o transakcji wypowiada się raczej dyplomatycznie, a nie dalej jak wczoraj zaatakował właścicieli stacji CBS (należącej do Paramount Skydance) za wywiad ze swoją polityczną rywalką Marjorie Taylor Greene. Siła jego politycznego nacisku jest tu zresztą przeceniana. Jak pokazuje historia podobnych fuzji, ostatnie słowo będą miały sądy.
Połączenie Netfliksa z Warner Bros. HBO Max stworzy największy streamingowy podmiot na rynku
Są we mnie dwa wilki. Jeden warczy na facetów z kalkulatorami ze strachu przed monopolem. Drugi spogląda na artystyczno-ekonomiczny upadek współczesnego Hollywood i myśli sobie: „Dobrze wam tak!”. Fabryka snów tkwi w kryzysie, spowodowanym nie tylko przez pandemię i kolejne strajki związków zawodowych, ale przede wszystkim – przez fatalne zarządzanie: napompowane budżety, pogarszającą się kulturę pracy, postępujący scenariopisarski uwiąd.
Z drugiej strony Warner Bros. to nie tylko kawał historii Hollywood, ale i symbol pewnego rytuału; komunii wrażliwości, jaką jest seans kinowy. Nostalgiczna wizja, w której Harry Potter, Batman, skazańcy z Shawshank i Barry Lyndon płaczą nad losem X Muzy, rodzi odpowiedni rodzaj rebelianckiej energii. Wydaje mi się, że mimo wszystko, dla dobra sztuki filmowej, powinniśmy jej się poddać.
Połączenie Netfliksa z Warner Bros. przyniesie powstanie największego streamingowego podmiotu na rynku. Czy oznacza to produkcje bite od jednej artystycznej sztancy? Czy ten rodzaj scentralizowania produkcji filmowej oraz dystrybucji zagrozi pozostałym hollywoodzkim wytwórniom? Jak na sytuację zareagują inne megakorporacje formatu Disneya czy Apple’a?
Na obecną chwilę pewne jest jedno: to my wrzucamy monetę do studzienki. I jeśli ostatnia dekada spędzona na kanapie może być jakąś nauką, to płynie z niej optymistyczny wniosek. Być może nie lubimy kina tak jak dawniej. Ale jeszcze bardziej nie lubimy, gdy ktoś mówi nam, co i gdzie mamy oglądać.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















