Jest 12 kwietnia 1975 r. Słońce wstaje leniwie nad miastem Hull w Wielkiej Brytanii. Psycholog Keith Hearne ma za sobą długą noc w laboratorium. Ni stąd, ni zowąd maszyna, którą monitorował od dobrej godziny, zaczyna wariować. 50 lat później Hearne powie w wywiadzie: „Miałem wrażenie, jakbym otrzymał sygnał z kosmosu”. Tamtego wiosennego dnia dokonał się bowiem przełom: po raz pierwszy w historii skomunikowano się z osobą pogrążoną we śnie.
Kiedy i jak śnimy
Nikogo zapewne nie zaskoczy, że już Arystoteles odnotował, iż w trakcie snu osoby śniące czasem zauważają, że są we śnie. Zjawisko to określono mianem świadomych snów (ang. lucid dreams). Wielu myślicieli na długo przed Hearne’em rozważało, czym są owe sny, skąd się biorą i jaki kryją potencjał. Przyglądali się oni własnym świadomym snom, próbując różnych metod wywoływania u siebie tych osobliwych stanów świadomości. Nie mieli zresztą innej opcji: świadome sny pozostawały zjawiskiem dostępnym tylko subiektywnym doświadczeniom śniącego, niepodatnym na pomiar. Dla raczkujących psychologów z początku XX w. oneironauci – jak nazywa się często „profesjonalnych” śniących, zdolnych wywoływać u siebie świadome sny – pozostawali taką samą, nieruchomą skorupą, jak każdy inny śpiący, mimo tlącego się wewnątrz żaru świadomości.
Ale, zapyta ktoś, czy osoba pogrążona w świadomym śnie nie mogłaby po prostu poruszyć ręką albo nogą, by dać znać badaczowi, że naprawdę przeżywa właśnie świadomy sen? Nie mogłaby – z tego samego powodu, dla którego nie zrywamy się z łóżka za każdym razem, gdy w naszych zwykłych snach dzieje się coś niepokojącego. Na czas snu jesteśmy bowiem w gruncie rzeczy sparaliżowani, a paraliż ten zwykle znika dokładnie w momencie odzyskania przytomności – choć trzeba tu zaznaczyć, iż pewien odsetek populacji doświadcza paraliżu przysennego jeszcze przez krótki czas po przebudzeniu ze snu, a wielu więcej ma za sobą nieprzyjemne doświadczenie kopnięcia szafki nocnej przez sen. Co do zasady jednak, sen, świadomy czy nie, oznacza, że wszystkie nasze mięśnie pozostają obojętne na sygnały wysyłane przez mózg. No, prawie wszystkie.
„Oczy – wspomina w wywiadzie Hearne. – Pomyślałem sobie: to sen REM. Można ruszać oczami!”. Sen – w znaczeniu stanu psychofizjologicznego – dzieli się na dwie podstawowe fazy, zwane fazą NREM (ang. non-rapid eye movement, faza wolnych ruchów gałek ocznych lub sen głęboki) i fazą REM (rapid eye movement, faza szybkich ruchów gałek ocznych). Fazy te następują jedna po drugiej przez całą noc, przy czym faza NREM jest trzy lub nawet czterokrotnie dłuższa niż REM. Marzenia senne pojawiają się natomiast najczęściej i z największą intensywnością podczas epizodu REM. Wtedy to zwiększa się gwałtownie aktywność mózgu, a oczy zaczynają wykonywać spontaniczne, drgające ruchy. Kiedy Hearne przypomniał sobie o tym prostym fakcie, zadzwonił do swojego najlepszego królika doświadczalnego, oneironauty Alana Worsleya, i powiedział mu: „Ruszaj oczami!”. Umówili się na określoną sekwencję ruchów: w lewo i w prawo.
I tak, o godz. 8.07 pewnego wiosennego dnia, elektroencefalograf na głowie Worlseya zarejestrował pośród chaotycznych drgań oczu serię horyzontalnych ruchów wykonanych przez badanego rozmyślnie w trakcie świadomego snu. Była to wiadomość zza zasłony, pierwszy w historii komunikat wysłany ze świata marzeń sennych. Jednak prawdziwe zagadki świadomego śnienia dopiero na psychologów czekały.
Świadomy sen: jak upływa czas w drugim życiu
Hearne był pierwszą osobą, która zarejestrowała świadomy sen na elektroencefalogramie, a dzień 12 kwietnia stał się nieoficjalnie „Dniem Świadomych Snów”. Jednakże za oceanem amerykański psychofizjolog Stephen LaBerge, nieświadomy przełomu Hearne’a, wykonał w 1980 r. analogiczny eksperyment i opublikował jego wyniki na łamach czasopisma „Perceptual and Motor Skills”. LaBerge stał się później twarzą psychologii świadomych snów. Zbadał on np. percepcję czasu u śpiących oneironautów – jak się okazało, dziesięć sekund w świadomym śnie, odmierzone przy pomocy horyzontalnych ruchów oczu, zajmuje badanemu mniej więcej tyle samo czasu „rzeczywistego”. Odkrycie to podważyło powszechnie przyjmowaną tezę, iż postrzeganie czasu w snach jest zawsze niedokładne lub zniekształcone.
Szwajcarsko-niemiecki zespół z psychologiem Danielem Erlacherem na czele odkrył jednak niedawno, że niektóre czynności wykonywane w świadomym śnie (np. przysiady) trwają nawet o 40 proc. dłużej niż w rzeczywistości. Autorzy badania wyjaśniają, iż może być to spowodowane brakiem informacji zwrotnej ze strony mięśni, którą otrzymujemy wykonując ćwiczenia motoryczne na jawie.
Pod koniec lat 80. zaczyna się boom na świadome sny. W 1987 r. LaBerge zakłada Lucidity Institute, gdzie zgłębiane są, po pierwsze, korzyści płynące ze świadomego śnienia, a po drugie, techniki wywoływania świadomych snów. Badacz wydaje też swoją pierwszą książkę poświęconą oneironautyce, w której namawia czytelników do skorzystania z „potęgi przebudzenia w snach”. Przekonuje, że świadome sny są narzędziem do eksploracji samego siebie, źródłem inspiracji, a nawet sposobem na trening umiejętności motorycznych.
W latach 90. dowody na to ostatnie były anegdotyczne, ale dziś wiemy już – np. z badania Tadasa Stumbrysa i współautorów z 2015 r. – że ćwiczenie prostych zadań, takich jak rzucanie do celu, we śnie rzeczywiście podnosi nasze umiejętności (choć nie tak bardzo, jak prawdziwy trening!). Niemniej praca LaBerge’a wypromowała świadome sny jako coś w rodzaju „drugiego życia” – po co spać nieświadomie, gdy można co noc kontrolować treści snów, spełniać w nich swoje fantazje, albo, chociażby, przygotowywać się do turnieju w rzutki?
LaBerge i jego współpracownicy z Lucidity Institute nie tylko zachęcili świat do świadomego śnienia, ale i stworzyli nowatorskie metody wywoływania świadomych snów. Jedną z nich była zaprojektowana w Lucidity Institute pierwsza w historii maszyna do indukcji świadomych snów zwana DreamLight, zastąpiona później przez ulepszoną wersję NovaDreamer. Zasada działania urządzenia jest bardzo prosta, jednak nie powie nam ona zbyt wiele, jeśli wcześniej nie przyjrzymy się naturze świadomych snów. Czas więc chyba najwyższy porzucić historię idei i przejść do tego kluczowego pytania: czym tak naprawdę są i skąd biorą się świadome sny?
Testy rzeczywistości. Zorientuj się, że śnisz
W filmie „Incepcja” z 2010 r. (reż. Christopher Nolan) Dom Cobb, specjalista od wykradania sekretów z podświadomości ludzi podczas snu, zawsze nosi ze sobą metalowy bączek – swój osobisty przyrząd do odróżniania jawy od świata snów. Jeśli bączek nie przestaje się kręcić – znaczy to, że bohater wciąż śpi.
Motyw ten został oparty na tym, co oneironauci nazywają zwykle „testami rzeczywistości” (ang. reality checks): metodami, które pozwalają przekonać się, czy to, co właśnie się dzieje, nie jest przypadkiem snem. Najpopularniejszymi z nich są test zegarka i test czytania: we śnie godzina na zegarze zwykle zmienia się co spojrzenie, a napisy są najczęściej nieczytelne. Zupełnie jak gdyby nasz mózg, niczym komputer ze słabą kartą graficzną, nie był w stanie wygenerować wszystkich szczegółów onirycznego świata!
Spojrzenie na zegarek i przekonanie się, że co chwilę pokazuje on inną godzinę, może więc wywołać świadomy sen, choć niektórzy badacze byliby gotowi powiedzieć, że jeśli ktoś wykonał test rzeczywistości celowo, to prawdopodobnie już wcześniej znajdował się w świadomym śnie. Jak z wieloma problemami badawczymi, granice pojęcia są dość mętne. Parapsycholożka Celia Green już w 1968 r. zauważyła, iż zdarzają się sny „przed-świadome” (ang. pre-lucid dreams), w których osoba śniąca zaczyna podejrzewać, że jest we śnie, ale ostatecznie odrzuca tę myśl. Przykładowo, może ona spojrzeć na niebo i zdziwić się, że płyną po nim setki butów, ale zamiast uznać: „to musi być sen”, dojść do wniosku, że najwyraźniej „dziś jest dzień buta” (przykład oparty na prawdziwej relacji ze snu!).
Niemniej co druga osoba na świecie doświadczy choć raz w życiu spontanicznego świadomego snu i w lwiej części tych przypadków cała rzecz rozpocznie się od konstatacji: „to chyba sen”. Jak wskazują badania kwestionariuszowe, obserwacja ta dokonywana jest najczęściej w reakcji na wyjątkowo nieprawdopodobne zdarzenie w świecie snu (np. zmasowany atak dinozaurów na rodzinne miasteczko), wstrząs emocjonalny towarzyszący koszmarowi albo uczucie zwane déjà rêvé (fr. „już śnione”, analogiczne do déjà vu – „już widziane”). To, co wiąże wszystkie te elementy, to pewnik, że osoba śniąca, w odpowiedzi na treść snu, przeprowadza w głowie rozumowanie i dochodzi do poprawnego wniosku, że znajduje się we śnie. Przykładowo: „Znalazłem skarb piratów. Już kiedyś mi się to śniło. To musi być sen!”.
Badania neurobiologiczne potwierdzają, że w trakcie świadomych snów istotnie przeprowadzamy jakiś rodzaj wnioskowania, mimo iż wnioskowanie to często nie prowadzi do słusznych wniosków (vide dzień buta). Wskazują na to specyficzne aktywacje w przedniej części mózgu – w szczególności w prawej grzbietowo-bocznej korze przedczołowej – czyli w obszarach zaangażowanych w rozumowanie, krytyczne myślenie, monitorowanie myśli i podejmowanie decyzji.
Brak aktywności w tych regionach podczas zwykłego snu sprawia, że choćby na naszych oczach Wisła zamieniła się w rzekę z czekolady, nawet nie mrugnęlibyśmy okiem. W trakcie świadomego snu natomiast obszary przedczołowe aktywują się, a osoba śniąca stopniowo orientuje się, że śni. Działa to zresztą w obie strony. Wykazano bowiem, że stymulacja magnetyczna prawej grzbietowo-bocznej kory przedczołowej zwiększa szansę na pojawienie się świadomego snu.
Jak działa maszyna do świadomego śnienia
Skoro świadome sny zaczynają się, gdy śpiący zorientuje się, że „to tylko sen”, najpopularniejsze metody uzyskiwania tych stanów oparto na kultywowaniu sceptycznego nastawienia do otaczającej nas rzeczywistości. Tak jak Kartezjusz głosił, iż wszystko, co dzieje się wokół, można podważyć jako treść snu podsuwaną przez złego demona, tak początkujący oneironauta musi uczyć się wyłapywać informacje, które mogą wskazywać na to, że znajduje się we śnie.
Choć każdy amator może od czasu do czasu zorientować się, że śni, kiedy pojawi się przed nim pająk wielkości samochodu, zawodowiec nie pozostawia spraw przypadkowi i trenuje się w subtelniejszych testach rzeczywistości. Może więc np. ustawić sobie nieregularny alarm w telefonie i na każdy jego dźwięk spoglądać na swój zegarek, by sprawdzić, czy właśnie śni. Po powtórzeniu tej czynności wielokrotnie taka osoba może pewnego razu usłyszeć alarm, spojrzeć na zegarek i odkryć, że istotnie – znajduje się we śnie.
Pomocne bywa też spisywanie treści swoich codziennych snów, by zwiększyć szansę na pojawienie się wrażenia déjà rêvé. Ważna jest jednak i sama wola znalezienia się w świadomym śnie: badania potwierdzają, że świadome śnienie można wywołać po prostu powtarzając sobie przed zaśnięciem: „następnym razem, gdy będę śnił, rozpoznam, że to sen”. Niemniej, niektórzy fani oneironautyki postanowili nie ograniczać się do powyższych metod i zaczęli łączyć je ze wspomnianym już urządzeniem NovaDreamer. Przypomina ono zwyczajną maseczkę do snu, jednak ukryta w środku maszyneria monitoruje gałki oczne, a po wykryciu szybkich ruchów tychże bombarduje śniącego serią świateł LED. Oneironauci są niekiedy w stanie zobaczyć te światła, wplecione przez mózg w trwającą właśnie fabułę snu, i w efekcie zorientować się, że śnią!
Są jednak i takie metody, które zupełnie nie angażują kompetencji poznawczych śniącego. Zamiast tego wykorzystują one wyłącznie mechanizmy psychofizjologiczne, które nie są nam jeszcze zbyt dobrze znane. Taką metodą jest na przykład „Wake back to bed” (dosł. „Wstań z powrotem do łóżka”). Przepis wygląda mniej więcej tak: ustawiamy budzik na 1 lub 2 godziny wcześniej, niżbyśmy sobie tego życzyli, a po pobudce próbujemy nie zasnąć przez około 30 do 120 minut – dopiero po tym czasie wracamy do łóżka. Istny koszmar!
Wady i korzyści świadomych snów
Mówiliśmy już o pewnych korzyściach płynących ze świadomego śnienia, które sprawiły, że zaczęto postrzegać tę aktywność nie tylko jako formę rekreacji, ale i metodę rozwoju osobistego lub nawet samopomocy. Rzeczywiście, badania sugerują, że świadome sny mogą poprawiać jakość snu i samopoczucie, a nawet korelują dodatnio z ogólnym zdrowiem, fizycznym i psychicznym. Dodatkowo, mogą być dobrym kandydatem na narzędzie psychoterapeutyczne. Przykładowo, zespół badaczy z Garretem Yountem na czele zaobserwował, że osoby cierpiące na zespół stresu pourazowego (PTSD) lepiej radziły sobie z koszmarami i innymi symptomami po odbyciu warsztatów nauki świadomego śnienia.
Są jednak i ciemne strony oneironautyki. Jedną z nich są świadome koszmary – przerażające sny, w których śniący zdaje sobie sprawę, że śni, ale nie ma żadnego wpływu na treść snu i nie może się przebudzić. Zdarzają się one dość rzadko, ale trening oneironautyki prawdopodobnie zwiększa również szansę na wystąpienie tych niepokojących stanów.
Inne badania sugerują, że świadome śnienie może obniżać jakość snu i prowadzić do podwyższonego lęku. Dodatkowo, niektórzy autorzy zalecają ostrożność w eksperymentach oneironautycznych osobom cierpiącym na halucynacje i urojenia. Jak sugeruje badaczka Nirit Soffer-Dudek na łamach „Frontiers in Neuroscience”, nawet osoby niezmagające się z zaburzeniami psychicznymi mogą, trenując świadome sny zbyt często, narazić się na stany dysocjacyjne, takie jak poczucie oddzielenia od rzeczywistości lub zatarcia granic między wyobraźnią a jawą.
Jednak badania nad świadomymi snami wciąż trwają. W 1975 r. Keith Hearne po raz pierwszy otrzymał wiadomość ze świata snów. Prawie 50 lat później badacze z REMspace, kalifornijskiego start-upu, ogłosili, że po raz pierwszy skomunikowali ze sobą dwie śpiące osoby.
Badani spali we własnych domach, obaj podłączeni do sprzętu EEG monitorującego ich fale mózgowe. Gdy pierwszy ze śpiących wszedł w świadomy sen, wysłano mu przez słuchawkę jedno, losowo wybrane słowo, które ten usłyszał we śnie i powtórzył sam do siebie. System zarejestrował tę aktywność mózgu i przesłał to samo słowo do drugiego śniącego, który powtórzył je zaraz po przebudzeniu.
Badania REMspace wymagają jeszcze niezależnego potwierdzenia, ale mogą stać się przełomem w badaniach nad snem i świadomością, a może nawet otworzyć na oścież drzwi do naszego drugiego życia.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















