Reklama

Starość za murami

Starość za murami

10.04.2020
Czyta się kilka minut
Prof. Jerzy Gąsowski, geriatra: Doniesienia o wdrożeniu kwarantanny i dla pensjonariuszy, i dla personelu DPS-ów są przerażające. Tam nawet w normalnych warunkach praca opiekuna i pielęgniarki jest wyczerpująca. Ci ludzie potrzebują pilnych decyzji.
Objęty kwarantanną Dom Pomocy Społecznej w Niedabylu (woj. mazowieckie), 28 marca 2020 r. / Fot. Jakub Kamiński / East News
P

PRZEMYSŁAW WILCZYŃSKI: Tuż przed umówioną porą rozmowy przysłał Pan SMS: „Potrzebuję chwilę na dekontaminację”.

JERZY GĄSOWSKI: Dokonałbym nadużycia stwierdzając, że jestem blisko „linii frontu”: co prawda część naszej krakowskiej Kliniki Chorób Wewnętrznych i Geriatrii jest na terenie nowego szpitala, który leczy chorych na COVID-19, i koledzy tam pracujący są na „pierwszej linii”, ale ja akurat pracuję w części drugiej, zlokalizowanej przy ulicy Kopernika. Nasi pacjenci jednak także są narażeni na zakażenie. Nie tylko ci internistyczni i geriatryczni: jako interniści chodzimy na konsultacje do innych klinik, i tam zdarzali już się nam pacjenci ze – zweryfikowanym później na szczęście negatywnie – podejrzeniem zakażenia SARS-CoV-2.

A że dopiero co wróciłem z pracy, musiałem się oddać codziennemu rytuałowi: zdjąć z siebie ubranie, w którym poszedłem do pracy, wziąć dokładny prysznic. 

Ile mniej więcej osób spotyka Pan każdego dnia? 

Mniej od momentu, gdy wstrzymaliśmy przyjęcia planowe, i odkąd zreorganizowano poradnie. Ale pewnie nadal spotykam kilkadziesiąt osób dziennie: kolegów z pracy, pielęgniarki, panie na recepcji, kilkoro pacjentek i pacjentów podczas konsultacji w innych oddziałach, kolejnych kilkoro koleżanek i kolegów...

Każdy teraz o to pyta, ale trudno nie pytać, skoro co szósty zakażony to medyk. Boi się Pan? 

Jakbym powiedział, że nie, tobym skłamał. Na szczęście w miarę jak promienie słońca coraz bardziej prostopadle padają na ziemię, udaje mi się z tego lęku otrząsnąć. Wypijam kawę, zbieram się, idę do pracy. Na miejscu siadamy, rozmawiamy razem o pacjentach. O tym, co może przynieść dzień, z czym się będziemy borykać. A potem jest praca.

Oczywiście, ten niepokój z początku dnia, który stopniowo się rozprasza, pojawia się także w jego trakcie: obawiam się o bliskich, o siebie i swoją astmę. No i o pacjentów. 

Należących do najwyższej grupy ryzyka.

Nie tylko ich to dotyczy: także osób chorych, niepełnosprawnych czy – bez względu na wiek – dotkniętych depresją bądź zaburzeniami funkcji poznawczych. Ale rzeczywiście: statystycznie to właśnie osoby starsze są najbardziej narażone na skutki tej choroby. 

Tak jest wszędzie, ale w Polsce chyba jeszcze bardziej: badania PolSenior pokazały, że np. nadciśnienie dotyczy 75 proc., a cukrzyca co czwartego Polaka w wieku 65 plus. 

Jeśli brać za wyznacznik średnią długość życia, to rzeczywiście można uznać, że jesteśmy statystycznie w nieco gorszym stanie zdrowia niż najstarsi Europejczycy z krajów Zachodu. Urodzony w Oslo czy Paryżu człowiek ma szansę przeżyć o kilka lat więcej niż ten z Warszawy lub Olsztyna. Jesteśmy też nadal społeczeństwem biedniejszym – Polak na emeryturze ma do dyspozycji zasoby skromniejsze niż Niemiec czy Włoch. To się przekłada nie tylko na zdrowie, ale też na ważną w tym wieku recepcję samego siebie: „Mam trzy choroby i biorę leki, ale zaraz gdzieś wyjadę i poczuję się lepiej”.

Z psychicznym samopoczuciem też nie jest najlepiej. Według PolSeniora niemal co trzeci Polak z grupy 65 plus zauważył u siebie objawy depresji.

Podobne wyniki otrzymaliśmy w ogólnopolskich, reprezentatywnych dla tej grupy badaniach Pol-Fokus. Dotyczyły głównie nadciśnienia, ale wyszło z nich również, że mniej więcej jedna trzecia badanych starszych pacjentów, leczonych z powodu trwającego od co najmniej roku nadciśnienia, miała zaburzenia nastroju. To oczywiście nie jest tożsame z diagnozą depresji, ale stanowi niepokojący sygnał. 

Zwłaszcza w warunkach przymusowego odosobnienia.

Tak, bo nawet jeśli są to osoby, które także wcześniej nie utrzymywały wielu kontaktów, to miały przecież możliwość wyjścia do kościoła czy po zakupy. Teraz nie mają. W dodatku osoby najstarsze należą do grupy, która ma chyba największą skłonność, by stosować się do wszelkiego rodzaju nakazów czy zakazów. To kwestia wychowania, takiego, a nie innego podejścia do litery prawa bądź tego, co władza – jakakolwiek by była – powie.


Czytaj także: Ryszard Szarfenberg: Z tarczą i na tarczy


Epidemia zaburza rutynę dnia. Wyobraźmy to sobie: starszy mężczyzna od kilkunastu albo kilku lat o tej samej porze wstawał, o tej samej porze się ubierał i golił, a potem o podobnej godzinie wychodził po zakupy albo do kiosku. To właśnie ta rutyna zmuszała go do tego, by o siebie zadbać. Teraz można sobie wyobrazić taką sytuację: jeśli nie wychodzi z domu, to się nie ogoli; jeśli tego nie uczyni, to mniej będzie miał okazji, by się ruszać; gdy nie będzie chodzić nawet po domu – nie mówiąc o codziennym spacerze – to będzie się gorzej czuł i ubędzie mu masy mięśniowej. I tak dalej.  

Katalog długofalowych konsekwencji tej epidemii jest szeroki. Jest też w nim ograniczenie sieci kontaktów, która i wcześniej nie była przesadnie rozbudowana: dzieci i wnuki daleko, wielu przyjaciół nie żyje. Co jeśli ktoś mieszka w miejscowości, w której jest dwadzieścia zabudowań? 

Osamotnienie może się wtedy zmienić w większe osamotnienie. Boi się Pan fali problemów psychicznych u ludzi starszych?

To realna groźba. Z drugiej strony wiele osób z tej grupy powie: „Przeżyłem wojnę i PRL, przeżyję też epidemię”. Siedzą w domach, dostosowują się do sytuacji. Paradoksalnie osoby młode lub te w średnim wieku mogą dostać psychicznie po głowie bardziej niż wiele osób starszych.

Proszę mi tu pozwolić na historyczną dygresję. Epidemia choroby niesłusznie zwanej „hiszpanką” – niesłusznie, bo została do Hiszpanii zawleczona z zachodniego frontu – zebrała tragiczny plon wśród ludzi młodych. To było przerażające: chłopcy wracający z wojny, którym udało się nie zginąć np. na polach Flandrii, i którzy mieli już być happy-ever-after, po prostu wzięli i umarli. 

Dzisiaj umierają głównie osoby starsze, ale być może paradoksalnie to one mają w sobie większy ładunek psychicznej odporności na kryzysowe sytuacje. Nie bagatelizuję zagrożenia związanego z depresjami wśród osób najbardziej zaawansowanych wiekowo – zwracam tylko uwagę na jeden z aspektów pokoleniowego przeżywania tej epidemii.  

To jednak osoby starsze są bombardowane medialnymi komunikatami...

Obawiam się, że nie jestem dobrym adresatem tego pytania: nie mam od lat telewizora, w zasadzie nie czytam gazet. Choć gdy mi się to czasami zdarzy, jestem przerażony. 

Czym?

Tym, że są to przekazy najczęściej katastroficzne. Proszę mnie dobrze zrozumieć: jestem zdania, że społeczeństwo musi być dobrze poinformowane. Ale każdą informację można różnie przekazać i, co gorsza, różnie zinterpretować. 

Mnie chodziło bardziej o komunikaty dwuznaczne. „Ta choroba zabija głównie starszych” – mawiamy, tyleż celem przestrogi dla seniorów, co uspokojenia siebie samych. 

Zacznijmy od tego, że to narracja nieprawdziwa: są miejsca, w których niemal połowę leżących pod respiratorami stanowią osoby poniżej pięćdziesiątki. Wystarczy, że z upodobaniem vapujemy albo palimy i możemy być bardziej narażeni na ciężki przebieg COVID-19 niż nasza 70-letnia sąsiadka. Choć statystycznie młodzi mają rzeczywiście większą szansę przejść przez tę chorobę bezobjawowo.

Narracje narracjami, życie życiem. Zagraniczne media przynoszą dramatyczne doniesienia. Jesteśmy na wojnie – alarmowali lekarze we Włoszech czy Hiszpanii – i tak jak na wojnie musimy zostawiać na placu boju najsłabszych i najstarszych.

Rozmawiałem z koleżanką ze szpitala we Francji, gdzie na intensywnej terapii mają „na respiratorze” 60 osób. Pacjenci są w różnym wieku. Jeśli idzie o szanse przeżycia, to zdarza się przecież, że 65-, 70-latek jest w lepszym stanie zdrowia niż osoba czterdziesto- czy pięćdziesięcioletnia. Nie przesadzałbym więc z myśleniem: „Jesteśmy młodzi, zdrowi, po nas choćby potop”.

A co do moralnych dylematów, miewaliśmy je i przed epidemią. Nieraz przecież lekarzom zdarzało się podejmować decyzję, czy podpiąć do respiratora osobę, dla której to podpięcie jest „drogą w jedną stronę”. Zdarza nam się więc, że musimy decydować, czy działania ratunkowe podtrzymujące życie są uzasadnione, czy już nadmiarowe, bo niedające szansy na korzyść, a zatem powodujące jedynie cierpienie. 

Panie Profesorze, mówimy jednak o innym przypadku. Zapytam wprost: jest połowa maja, w szpitalu X brakuje respiratorów, do jednego jest dwóch kandydatów, obu można pomóc, tylko że jeden ma lat 30, a drugi 85. Nie boi się Pan takich sytuacji?

Oczywiście, że się boję. I nie chciałbym być w skórze osoby, która będzie podejmować takie decyzje. Chcę tylko powiedzieć, że współistnienie wielu chorób i krytyczny stan pacjenta także wcześniej powodowały, iż decydowaliśmy się nie podejmować intensywnej terapii, mając pewność, że nie przyniesie skutków.


Czytaj także: Małgorzata Nocuń: Polska choroba


Ale być może przytaczam takie właśnie przykłady, próbując sam siebie uspokoić, że przywoływana przez pana sytuacja jednak w Polsce nie nastąpi. Jakimś pocieszeniem jest też fakt, że tych respiratorów – przy wszystkich problemach systemu ochrony zdrowia – mamy, jak się zdaje, dość dużo. Prawdopodobnie więcej niż fachowców, którzy są w stanie je obsługiwać. W sytuacji alarmowej dodatkowe osoby do obsługi respiratorów w najprostszym zakresie można przeszkolić w ciągu kwadransa. Ale już bardziej wyrafinowane działania terapeutyczne, w tym prowadzenie długotrwałej terapii respiratorowej, będą dla kogoś takiego stanowić problem. I to zdaje się być najsłabszym ogniwem.

Mówię to wszystko dzisiaj, a przecież sytuacja zmienia się bardzo dynamicznie. 

Są miejsca, w których dramaty rozgrywają się już dziś: to należące do systemu ochrony zdrowia Zakłady Opiekuńczo-Lecznicze, ale i znajdujące się poza nim Domy Pomocy Społecznej czy schroniska dla osób w kryzysie bezdomności.

To miejsca w tej chwili newralgiczne. Po pierwsze, właśnie tam przebywają ludzie z wielochorobowością, czasem niedożywione, nierzadko z obciążeniami środowiskowymi. Po drugie, są to osoby skoszarowane. Wystarczy, że przyjdzie jedna zarażona osoba odwiedzająca, jeden nowy pracownik albo nowy pensjonariusz, byśmy trzy dni później mieli kilkudziesięcioro chorych. A kilkanaście dni później – przypadki śmierci.

Ten scenariusz już się niestety realizuje: do tego momentu [rozmowę kończymy w czwartek, 9 kwietnia – PW] wiadomo o 25 DPS-ach z osobami zakażonymi i co najmniej kilku ZOL-ach. Jest kilkuset chorych, kilkanaścioro zmarłych. Poddani grupowej kwarantannie pracownicy tych placówek wysyłają dramatyczne sygnały: są na granicy fizycznego i psychicznego wycieńczenia. Kilka dni temu Polskie Forum Osób Niepełnosprawnych i inne organizacje wysłały do premiera list. Piszą, że umrzeć może jedna trzecia mieszkańców DPS-ów i ZOL-ów; że czekać nas może „masowa tragedia i kryzys humanitarny”. Domagają się m.in. większej dostępności testów, oddzielenia chorych od zdrowych, wdrożenia nowego systemu zmianowo-rotacyjnego dla pracowników. 

Dobrze znam jedną z krakowskich instytucji tego typu. Z tego, co wiem, wdrożono tam ścisłe procedury dotyczące odwiedzin i funkcjonowania personelu. Ale nawet to, jak wiemy, nie daje gwarancji. 

Trzeba sobie uprzytomnić, że ze względu na poziom niepełnosprawności pensjonariuszy DPS-ów i zwłaszcza ZOL-ów wymagają oni stałej opieki ze strony przeszkolonych opiekunów, personelu pielęgniarskiego, dietetyków, rehabilitantów, psychologów i wreszcie lekarzy. Doniesienia o wdrożeniu kwarantanny i dla pensjonariuszy, i personelu w takich placówkach są szczególnie przerażające. Nawet w normalnych warunkach praca opiekuna i pielęgniarki jest tam wyczerpująca nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Pracownicy ci wymagają pilnych decyzji poza administracyjnym nakazem izolacji. Rozwiązań dających im szanse na bycie – trzymając się nomenklatury batalistycznej – zluzowanymi.

Jest jeszcze inny, znacznie głębszy problem. W naszych głowach. 

Co w nich mamy? 

Nie zawsze uświadomione przekonanie, że ludzie starsi z ZOL-ów czy DPS-ów są na marginesie: społecznym, zdrowotnym. Że są już w jakimś sensie „i tak po drugiej stronie”. „Ach, on już jest w domu opieki” – myślimy.  

I co Pan na to? 

Widzę w takim podejściu brak pokory: przecież i my – ludzie młodsi i zdrowsi – nie wiemy, co z nami będzie za godzinę albo za tydzień. Życie ciągle dostarcza nam nowych dowodów na tę niepewność: kilka miesięcy temu do głowy by nam nie przyszło, że zaraz będziemy mieli pandemię „kataru, który zabija”.

Takie podejście dotyczy też placówek dla osób w kryzysie bezdomności. Kierujący nimi przez ostatnie tygodnie musieli dramatycznie apelować: zauważcie nas. Chyba częściowo poskutkowało, ale gdyby nie media, Facebook, być może zostaliby na bezludnej wyspie. 

Są „za murami”. To jest głęboko w nas, w tradycji. Po to zresztą kiedyś powoływano szpitale: nie tylko by leczyć, ale by zrobić kordon, oddzielić od społeczeństwa. Dzisiaj za tymi murami, za takim kordonem – współcześnie głównie mentalnym – są ludzie zamieszkujący schroniska. 


Czytaj także: Małgorzata Solecka: Sztukmistrz z Anina


Tak samo wolimy nie zaglądać do przestrzeni starości: ZOL-ów czy DPS-ów. „To, co brzydkie, jest przerażające, a nawet złe” – tak być może podświadomie uważa część z nas. 

Co możemy zrobić?

Rozejrzeć się dookoła, wspierać tego rodzaju placówki. A na pewno mówić, że takie miejsca są. Może to zabrzmi pompatycznie, zwłaszcza jak na takiego jak ja grzesznika: skoro jesteśmy narodem katolickim, to miejmy świadomość, że pamiętanie o takich ludziach i pomaganie im to także zaskarbianie sobie czegoś tam gdzieś tam. 

Odnoszę wrażenie, że wypadamy pod tym względem blado, choćby w porównaniu z braćmi protestantami, którzy jakby częściej dostrzegają słabych i wykluczonych. Jest też wymiar najbardziej pragmatyczny: opieka długoterminowa, a więc obejmująca m.in. ZOL-e czy domy opieki, jest w Polsce od lat dramatycznie niedoinwestowana, i to niezależnie od tego, kto jest akurat u władzy. To haniebne. 

Wybiega Pan myślami do czasu po epidemii?

Wybiegam. I obawiam się tego, co może nastąpić, nawet bardziej niż najbliższej przyszłości. 

Czego konkretnie?

Na przykład tego, że niektórym osobom starszym pozostanie nawyk izolacji. Że jak pojawią się kolejki do specjalistów czy lekarzy rodzinnych – a pojawią się na pewno, bo terminy się poprzesuwały – to najbardziej dotknie to grupę seniorów. Że jak w kryzysie przyjdzie odbierać komuś pieniądze, najstarszym będzie odebrać najłatwiej. 

Konsekwencji czysto zdrowotnych też się obawiam. Jeśli na każde 10 tysięcy osób starszych u setki albo i tysiąca na skutek siedzenia w domu stan zdrowia pogorszy się tak, że stracą funkcjonalność – rozumianą jako zdolność do samoobsługi i zadbania o siebie – to ta sytuacja uderzy w cały system. Przecież nie sprawimy, że z dnia na dzień będą tysiące nowych pracowników skłonnych za marne pieniądze przyjść i zająć się tymi ludźmi. Nie stworzymy nagle nowej fali rehabilitantów.

Na szczęście mam też i dobrą wiadomość.

Jaką? 

Zadziałał w Polsce system e-recept, więc jeśli nie ma dużych zmian w stanie zdrowia pacjenta, co można czasami ocenić na podstawie samej rozmowy z tą osobą lub jego rodziną, to przynajmniej można wypisać receptę. Podyktować kod dający dostęp do leku w każdej aptece. To rozwiązanie właśnie na ten czas: przynajmniej u części pacjentów pozwala rozładowywać to spowodowane epidemią nawarstwienie potrzeb w systemie ochrony zdrowia.

Co nie zmienia faktu, że konsekwencje tej kwarantanny spadną na cały system.   

Także, a może przede wszystkim na geriatrów, których i tak nie mamy w Polsce wielu. 

Około czterysta osób...

Z tego, co Pan mówi, na każdym poziomie – od indywidualnego po systemowy – spychamy starość na margines.

Czynimy tak chyba dlatego, że chcemy też wyprzeć z naszych myśli śmierć, o ile nie jest to śmierć z gry komputerowej albo krwawego filmu. Bądź z newsa, w którym to się dzieje „gdzieś tam w Syrii”. To zwykłe, codzienne odchodzenie przestało być częścią naszego życia chyba już pod koniec XIX wieku. Wypieranie ze świadomości takich miejsc jak DPS-y, ZOL-e czy schroniska to część tego zjawiska.

To się po epidemii zmieni?

Być może. Jestem urodzonym pesymistą, ale mam na to nadzieję, zwłaszcza że obserwuję wokół siebie dużo zachowań pomocowych. Hekatomba zdrowotna i gospodarcza to jedno, zmiana w naszych głowach to drugie. Choćby tą zmianą miał być „tylko” namysł nad chorym sąsiadem czy ojcem lub matką, których nie widzieliśmy od miesięcy. 

Prof. dr hab. n. med. Jerzy Gąsowski jest internistą, geriatrą, hipertensjologiem. Pracuje w Klinice Chorób Wewnętrznych i Geriatrii UJ CM.

CZYTAJ WIĘCEJ:

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Przemysław Wilczyński / Fot. Grażyna Makara
Dziennikarz działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w tematyce społecznej i edukacyjnej. Jest laureatem Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej i – wraz z Bartkiem Dobrochem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]