Stan kryzysowy

Czwarta fala pandemii destabilizuje życie w Niemczech. Szpitale są pełne, politycy bezradni, a społeczeństwo podzielone.

29.11.2021

Czyta się kilka minut

Drezno, 23 listopada 2021 r. / MATTHIAS RIETSCHEL / REUTERS / FORUM
Drezno, 23 listopada 2021 r. / MATTHIAS RIETSCHEL / REUTERS / FORUM

Jarmarki bożonarodzeniowe to w krajach niemieckojęzycznych tradycja sięgająca średniowiecza. W czasie Adwentu większość spotkań towarzyskich odbywa się przy świątecznie przystrojonych drewnianych straganach, które na ten okres wznoszone są wszędzie na miejskich rynkach. Nieodzownym elementem jest aromatyczny grzaniec. Serwowane są do tego smażone kiełbaski czy węgierski langosz, a jak ktoś woli coś słodkiego, może wybrać Stollen – drożdżowe ciasto z bakaliami pokryte cukrem pudrem, po polsku znane jako strucla.

Za najstarszy w Niemczech uważa się Striezelmarkt (dosłownie: jarmark struclowy) organizowany od 1434 r. w Dreźnie, stolicy Saksonii. Centralnym jego punktem jest wielometrowa, czteropiętrowa drewniana konstrukcja zwana piramidą. Na każdym piętrze kręcą się drewniane figurki: Święta Rodzina, aniołki, ale także górnicy, bo piramida jest dziełem rzemieślników z Rudaw. To górski region dumny z górniczych tradycji, a obecnie znany przede wszystkim z niezwykłych ozdób bożonarodzeniowych wytwarzanych ręcznie, które oczywiście są dostępne na straganach w całych Niemczech.

Wcześniej dwa miliony gości odwiedzało corocznie zjawiskowy drezdeński jarmark. W tym roku, już po raz drugi z rzędu, został on odwołany z powodu pandemii. W dniu, w którym Striezelmarkt miał zostać otwarty, mieszkańcy mogli wprawdzie zobaczyć jeszcze stoiska i handlarzy, ale już tylko w trakcie demontażu i pakowania towaru z powrotem do kartonów.

Zrobiono z nas głupków

Podobne sceny rozgrywały się w ostatnich dniach w całej Saksonii, a także w Bawarii, Brandenburgii i Turyngii. Z powodu dramatycznie rosnących wskaźników infekcji i hospitalizacji we wszystkich tych landach wprowadzono obostrzenia bliskie kompletnemu lockdownowi.

Również w Lipsku, drugim co do wielkości mieście Saksonii, po wprowadzeniu obostrzeń handlarze krzątali się jeszcze wokół straganów, wciąż stojących na rynku.

– Przygotowania trwały długo i oczywiście kosztowały dużo pieniędzy – powiedziała „Tygodnikowi” z rezygnacją w głosie młoda kobieta, która na chwilę oderwała się od pakowania wyrobów ceramicznych. – Jestem bezrobotna, ofertę pracy na miesiąc, jako sprzedawczyni na jarmarku, dostałam z urzędu pracy – tłumaczyła. Z planów aktywizacji zawodowej nic nie wyszło.

– Czy jestem wściekła? Oczywiście, jak wszyscy tutaj. Zrobiono z nas głupków! – stwierdziła kobieta w średnim wieku, która na stoisku obok pakowała świąteczne bombki.

Można zrozumieć jej rozgoryczenie. W 2020 r. już wcześniej było wiadomo, że jarmarki się nie odbędą. W tym roku politycy dali zielone światło na przygotowania i do końca podtrzymywali nadzieję, że otwarcie będzie możliwe dzięki specjalnym przepisom. W Dreźnie odwiedzający mieli przedstawiać certyfikat świadczący o szczepieniu lub o przebyciu covidu. Do tego maski i utrzymywanie odstępu. Jeszcze w piątek 19 listopada po południu władze miasta twierdziły, że jarmark będzie mógł się odbyć. Kilka godzin później rząd landowy ogłosił, że wszystkie imprezy masowe, w tym jarmarki, zostają odwołane.

W gąszczu przepisów

Jeśli ktoś ma ochotę na grzańca i świąteczną atmosferę, musi zatem pojechać do Berlina lub do landów położonych na zachodzie i północy kraju. Tam pod koniec minionego tygodnia jarmarki były jeszcze dozwolone, choć przepisy zaostrzały się z dnia na dzień. Aby zakosztować świątecznej atmosfery, trzeba było przedstawić poświadczenie o szczepieniu lub przechorowaniu covidu.

Tu przynajmniej reguły wejścia były jasne. Bo żeby już dokładnie wyjaśnić wszystkie obostrzenia panujące aktualnie w Niemczech ze względu na czwartą falę, niezbędne byłoby chyba wydanie specjalnego dodatku. Ponieważ Niemcy to republika federalna, szesnastu tworzącym ją krajom związkowym (landom) przysługuje o wiele większa autonomia niż np. polskim województwom.

Obecnie tylko część obostrzeń uregulowano na poziomie ogólnokrajowym – w tym np. przepis nakładający na pracodawców obowiązek kontrolowania swych pracowników, czy mają poświadczenie o szczepieniu lub przebyciu choroby, albo też – jeśli tych nie posiadają – czy mogą okazać wynik testu. Natomiast o większości obostrzeń nie decyduje rząd federalny w Berlinie, lecz rządy landowe. I tak, decyzją władz w Dreźnie i Monachium, w obu landach zamknięto do 12 grudnia instytucje kulturalne, bary i dyskoteki, a restauracje i kawiarnie mogą działać tylko do godziny 20. W hotelach mogą nocować tylko podróżujący służbowo.

Jeśli ktoś zechce zjeść w restauracji, musi pokazać certyfikat. Tak samo jest z wejściem do sklepów. W istocie obostrzenia są więc dwupoziomowe. Osobom zaszczepionym dają, choć w ograniczonym stopniu, dostęp do usług gastronomicznych i handlowych, natomiast odmawiają tego niezaszczepionym. Wszystko jest skrupulatnie sprawdzane przez pracowników sklepów i restauracji. Choć wielu gastronomów postanowiło w najbliższym czasie w ogóle zamknąć lokale, argumentując, że przy tak wczesnych godzinach zakończenia działalności im się to nie opłaca.

Centrum oporu

– Codziennie rano sama robię sobie test. Nie było problemu dogadać się z pracodawcą – mówi trzydziestoparoletnia mieszkanka Lipska. Prosi, by nazywać ją Anną; nie chce ujawniać prawdziwego imienia. – Media są najgorsze. Prowadzą przeciw nam nagonkę – twierdzi wzburzona. Anna wraz z mężem za żadne skarby nie chcą przyjąć szczepionki przeciw koronawirusowi. – Nie wiemy, czy nie będzie jakichś długoterminowych negatywnych konsekwencji – argumentuje. – Jesteśmy młodzi i zdrowi. Nie potrzebujemy szczepionek.

Saksonia to „zagłębie” niemieckich koronasceptyków i antyszczepionkowców. O ile na zachodzie i północy Niemiec zaszczepiło się już grubo ponad 70 proc. mieszkańców, o tyle w wielu saksońskich powiatach wciąż ponad połowa osób jest niezaszczepiona. Dla wielu mieszkańców opór wobec obostrzeń i szczepionek to kolejna odsłona batalii z bliżej niezdefiniowanym „systemem”. W 2015 r. to Saksonia była centrum sprzeciwu wobec przyjmowania uchodźców i migrantów. Wówczas na protestach skandowano hasło „Widerstand” (sprzeciw, opór), zapożyczone z opozycyjnych protestów w czasach komunistycznej NRD. Te same okrzyki słychać teraz na demonstracjach przeciw restrykcjom.

Tylko w poniedziałek 22 listopada, w pierwszy dzień obowiązywania nowych obostrzeń, przez cały region przetoczyła się seria spontanicznych akcji sprzeciwu: po kilkaset osób w Chemnitz, Budziszynie, Görlitz, Freiburgu i innych miastach. Ruch antyszczepionkowy rozprzestrzenia się zwłaszcza na prowincji, tam gdzie swoje struktury tworzyli neonaziści i populistyczna Alternatywa dla Niemiec. Dziś te same grupy stoją za organizacją licznych demonstracji anty- szczepionkowych.

– Wielu, nazwijmy to, normalnych obywateli nie ma już większych oporów, żeby wyjść na ulice ramię w ramię z radykałami – mówi „Tygodnikowi” Antonie Rietzschel, dziennikarka pracująca dla „Süddeutsche Zeitung”, która wychowała się w Saksonii i specjalizuje się w tym regionie. – Na demonstracjach wznoszone są nawet wezwania do zastrzelenia Michaela Kretschmera, premiera Saksonii – Rietzschel zwraca uwagę na rosnącą w tych grupach agresję.

Dochodzi do ataków na punkty szczepień i na dziennikarzy, którzy chcą relacjonować przebieg demonstracji. Do opanowania sytuacji w regionie zaczyna brakować policjantów. W Saksonii setki funkcjonariuszy są na kwarantannie.

Temat zniknął na pół roku

Wszystkie te obostrzenia, przeciw którym w wielu niemieckich regionach formuje się coraz większy sprzeciw, mają jednak swoje uzasadnienie. Mutacja Delta uderza boleśnie. W ubiegłym tygodniu liczba ofiar śmiertelnych pandemii w Niemczech przekroczyła 100 tys. Codziennie rejestruje się już nawet ponad 75 tys. nowych infekcji – tyle nie było tu nigdy wcześniej. Wprawdzie dzięki szczepieniom zgonów jest mniej niż podczas trzeciej fali, ale wciąż umiera wielu, zbyt wielu: w ostatnich dniach liczba zmarłych wahała się w granicach 250-350 dziennie, z tendencją rosnącą.

W wielu regionach oddziały intensywnej terapii są zapełnione, kolejnych pacjentów rozwozi się więc po reszcie kraju. W transporcie pomaga wojsko. Kolejna fala to też wielkie wyzwanie dla personelu: ekstremalne warunki, nadgodziny, ciągłe obciążenie fizyczne i psychiczne. Wśród lekarzy i personelu pielęgniarskiego rośnie zjawisko wypalenia.

Czy można było temu zaradzić? W przypadku Niemiec odpowiedź jest twierdząca. Gdy wiosną i latem spadły statystyki epidemiczne, cała klasa polityczna uznała, że temat zniknie na pół roku z debaty publicznej. Partie prowadziły kampanię przed wyborami do Bundestagu, nie miały ochoty męczyć obywateli wizją, że wirus może znów uderzyć. Akcję szczepień przedstawiano tak, jakby przyjęcie dwóch dawek zamykało kwestię bezpieczeństwa. „W pełni zaszczepiony” – brzmi nadal oficjalny termin. A przecież już na etapie dopuszczania szczepionek mówiono, że poziom przeciwciał z czasem spada i konieczne mogą być kolejne dawki. Z przeprowadzonych w międzyczasie badań jasno już wynika, że po pół roku skuteczność ochrony wynikającej z przyjęcia szczepionki znacznie spada.

Dezorientacja i podział

Mimo to aż do późnojesiennego infekcyjnego wyżu świat polityki nie zawracał sobie głowy potrzebą organizacji szczepień przypominających czy przygotowaniem obostrzeń. W efekcie, gdy nowe infekcje wystrzeliły w górę, przepisy – jak te w sprawie jarmarków – były wprowadzane nagle, a infrastrukturę szczepieniową uruchamiano ponownie w pośpiechu.

Dlatego życie codzienne podczas czwartej fali – prócz poczucia dezorientacji – definiują kolejki, które formują się codziennie przed punktami, gdzie wykonuje się szczepienia i testy. Również debata wokół ewentualnego wprowadzenia obowiązku szczepień jest prowadzona w sposób, który więcej gmatwa, niż wyjaśnia. Politycy, którzy jeszcze niedawno byli przeciw, nagle chcą „poważnej dyskusji”. W tych samych partiach jedni są przeciw, drudzy za.


Czytaj także: Niemiecki parlament po ostatnich wyborach jest młodszy, więcej w nim kobiet i osób z korzeniami imigranckimi. Czy przełoży się to na politykę?


 

Epidemiczny chaos pogłębia podziały społeczne i sprawia, że jeszcze nigdy w powojennej historii nie były one tak głębokie. Filozof Richard David Precht mówił w rozmowie z tygodnikiem „Die Zeit”: „Istnieje przede wszystkim quasi-bojówkowa grupa antyszczepionkowców. Ale niestety są też zwolennicy szczepień, którzy natychmiast próbują potępić tych, których zdanie różni się od ich opinii choćby o milimetr”.

Precht sam stał się celem internetowej nagonki, gdy wyraził wątpliwości wobec szczepienia dzieci. Filozof krytykuje, że zwolennicy szczepień i twardych obostrzeń zbyt łatwo szufladkują ludzi. „Istnieją różne powody, dla których ludzie decydują się nie szczepić” – mówił, apelując o umiar w wydawaniu sądów.

Gdy więc dziś w kraju zaczyna się debata nad wprowadzeniem obowiązku szczepień, większość społeczeństwa podzieliła się już wokół własnych racji. – Ci, którzy demonstrują przeciw obostrzeniom, są już teraz przekonani, że żyją w dyktaturze. Ale mogą dalej się radykalizować – tak sytuację w Saksonii ocenia Antonie Rietzschel. – Główne pytanie brzmi, czy nawoływania do agresji nie przerodzą się w końcu w działania.

Lockdown coraz bliżej?

W środę 24 listopada Olaf Scholz, następca Angeli Merkel, miał przedstawić szczegóły umowy koalicyjnej, którą wynegocjowały partie tworzące nową koalicję. Podczas trwających dwa miesiące rozmów socjaldemokraci (SPD), Zieloni i liberałowie (FDP) zgodzili się na wiele odważnych kroków: podwyżkę płacy minimalnej, wsparcie dla budownictwa socjalnego czy odejście od spalania węgla jeszcze w przeciągu obecnej dekady. Ale gdy przyszło prezentować mediom umowę koalicyjną, to wszystko musiało – chwilowo – zejść na drugi plan. Scholz zaczął konferencję od oceny przebiegu pandemii. Wie, że ten temat zdominuje pierwsze miesiące jego pracy w Urzędzie Kanclerskim.

W Bawarii i Saksonii władze coraz głośniej mówią o potrzebie wprowadzenia pełnego lockdownu dla wszystkich. Scholz i jego nowy rząd chętnie zająłby się wyzwaniami, które zdefiniowano w umowie koalicyjnej: dekarbonizacją, cyfryzacją, demografią. Zamiast tego jedną z pierwszych jego zapowiedzi było utworzenie sztabu kryzysowego w Urzędzie Kanclerskim. Niemcy szykują się na ciężką zimę. ©

Tekst ukończono 25 listopada.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz mieszkający w Niemczech i specjalizujący się w tematyce niemieckiej. W przeszłości pracował jako korespondent dla „Dziennika Gazety Prawnej” i Polskiej Agencji Prasowej. Od 2020 r. stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”.

Artykuł pochodzi z numeru Nr 49/2021