Nie będę pisał, które to Boże Narodzenie w moim życiu. Tyle ich było, że się pozacierały, jedne przysłoniły drugie, choć niektóre pozostają w pamięci.
Pamiętam z dzieciństwa wielki salon, z choinką do sufitu, mama na fortepianie akompaniowała śpiewom. Pamiętam, jak potem już nie było salonu i przejścia z sali jadalnej do salonu. Jakaś straszliwa ciasnota i żadnego wspomnienia choinki, która zjawia się później, w większych mieszkaniach, jednym, drugim, trzecim.
Kiedyś wielu gości na Boże Narodzenie, potem nie tyle goście, co ludzie, którzy w Warszawie stracili dach nad głową. Wigilia, w czasie której wszyscy udawali, że jest normalnie, a jednocześnie wszyscy się martwili, co z bratem, od którego z kraju, który wydawał się na końcu świata, nie było żadnej wiadomości.
Prezenty, zawsze serdecznie przemyślane, wspaniałe, bo otrzymane pod choinką... Mieszają się jedne święta z drugimi. Ludzie zasiadający przecież nie tak dawno do stołu, niemal wszyscy są już na tamtym świecie, przy wigilijnym stole jest inaczej, niż było wtedy, inni ludzie, inne rozmowy.
Wiadomo, że świąt Bożego Narodzenia nie wprowadzono od razu, że początkowo obchodzono je razem z Trzema Królami, co okazało się nieznośne, bo jakże nie obchodzić urodzin? Urodzin? Czy zastanawialiście się kiedyś, co my właściwie świętujemy?
Weźmy sam opis nocy betlejemskiej. Poza samym faktem urodzenia Jezusa mamy tam szczegóły, które narażają nas na zwątpienie. Te anioły rozśpiewane nadają całej historii posmak bajki.
Przyznam, że nie we wszystko wierzę, wiem jednak, że Jezus urodził się w stajni – i to mi się wdaje ważniejsze od owych chórów anielskich. Jego Matka znalazła się w okropnych, nawet jak na tamte czasy, warunkach, a chóry anielskie niczego tu nie zmieniały.
Chrystus rodzi się w takich warunkach i potem jako wędrowny nauczyciel doświadcza mnóstwa niewygód. Nie głosi siebie, ale troszczy się o ludzi. Wszystkich ludzi. Głosi istotę rzeczy, z której potem będziemy wyłuskiwać różne ułatwienia, przypisując je niesłusznie Jego nauczaniu.
Boże Narodzenie to dobra okazja, by zapytać o istotę tego nauczania. Wypreparowaliśmy z niego własną wersję. Nie znaczy to bynajmniej, że wszystko jest do wyrzucenia.
Wiele rzeczy jest słusznych, wiele było słusznych na innym szczeblu rozwoju, wiele rzeczy, nawet w ogóle nie sugerowanych przez Jezusa, stało się elementem kultury i nie widać, by przyniosły większe szkody niż inne jej wynalazki. W ogóle nie należy się spieszyć z wyrzucaniem czegokolwiek.
Mam nadzieję, że ludzkość idzie do przodu, że dojrzewa. Bardzo wolno, co prawda, ale jednak dojrzewa.
Spróbujmy przeżyć Boże Narodzenie tak, jak się wydarzyło. Nie w centrum wydarzeń świata, nie jako przewrót wszystkiego, co jest, ale jako początek.
Bo narodzenie Jezusa otworzyło bramę dotąd zamkniętą. Oczywiście można tak żyć, jakby była nadal zamknięta, czy jakby w ogóle nie było żadnej bramy.
Zakończę cytatem, który za motto rozmowy o swojej wierze wybrał wspaniały Jon Fosse: „POGANIN: Kim jest Bóg, którego wielbisz? CHRZEŚCIJANIN: Nie wiem. POGANIN: W jaki sposób wielbisz z taką powagą to, o czym nie wiesz, »czym jest«? CHRZEŚCIJANIN: Ponieważ nie wiem, więc wielbię” (z „De Deo abscondito” Mikołaja z Kuzy).
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















