Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Spojrzenie po latach

Spojrzenie po latach

03.02.2009
Czyta się kilka minut
Dzisiaj myślę, że nie tylko nie było wtedy innej drogi niż Okrągły Stół, ale że w ogóle to była dobra droga. Choć późniejsze decyzje obozu solidarnościowego niekoniecznie musiały zawsze być takie, jakie były.
O

Od 1983 do 1991 roku pracowałem w "Tygodniku Powszechnym". Zrazu jako goniec, potem jako początkujący dziennikarz i początkujący redaktor. Po kilku latach byłem tam już dosyć zasiedziały, co nie zmienia faktu, że ciągle - nawet mając 30 lat i więcej - byłem zaliczany do "młodych". Było to uzasadnione tylko przez wzgląd na to, że niektórzy z nestorów "Tygodnika" mieli wtedy około 70-80 lat.

Jako ciągle "młody", nie wyrywałem się zanadto przed szereg, raczej słuchałem, co mają do powiedzenia starsi. Zresztą uważałem (i nadal tak sądzę), że przytrafiła mi się w życiu nie lada okazja. Pracować w jednej redakcji z Jerzym Turowiczem, Mieczysławem Pszonem czy Krzysztofem Kozłowskim to był zaszczyt; poznać osobiście Jacka Woźniakowskiego czy Jana Józefa Szczepańskiego - nie mniejszy.

W dodatku los tak zrządził, że u schyłku lat 80. doszło w Polsce do bezprecedensowych zmian politycznych, zwieńczonych umowami Okrągłego Stołu, wyborami czerwcowymi i rządem Mazowieckiego. Mogłem z bliska obserwować ludzi, którzy odegrali pewną rolę w tamtych przemianach. Naturalnie liderzy "Tygodnika" nie dzielili się z redakcyjną "młodzieżą" informacjami poufnymi, jakie otrzymywali od swych warszawskich przyjaciół: Tadeusza Mazowieckiego czy Andrzeja Wielowieyskiego. Ale dużo z nami rozmawiali i można było z tych rozmów wydobyć co najmniej ich polityczne nastawienia.

Sam odegrałem pewną rolę tylko jako dziennikarz i redaktor (1988-1990 sekretarz redakcji), zresztą wtórną w stosunku do Turowicza, Pszona czy Kozłowskiego i ograniczoną do samego "Tygodnika" - podczas gdy oni mieli jakiś wpływ na stanowisko obozu solidarnościowego, zwanego później "drużyną Lecha". Czynię to zastrzeżenie w imię prawdy, a nie dla zrzucenia odpowiedzialności na starszych kolegów po piórze. W mojej optyce nie ma bowiem czego zrzucać: uważam Okrągły Stół za jedno ze szczęśliwszych zjawisk w historii Polski.

Wspominając tamte wydarzenia, patrzę na nie zarówno przez pryzmat faktów ustalonych przez historyków (Paczkowskiego, Friszkego, Skórzyńskiego, Dudka), jak i przez pryzmat własnej pamięci. Tę drugą odświeżam, wertując teraz stare roczniki "Tygodnika".

Prehistoria

1 kwietnia 1984 r. odbyło się walne zebranie warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej. Otwierało je wystąpienie Krzysztofa Kozłowskiego, wtedy już długoletniego zastępcy redaktora naczelnego "Tygodnika" i członka władz warszawskiego KIK-u. Członkostwo to było śladem z epoki założycielskiej ruchu "Znak", gdy jako pierwszy w 1957 r. powstał Ogólnopolski Klub Postępowej Inteligencji Katolickiej. OKPIK był wtedy reprezentacją całego powstającego środowiska, a więc w jego władzach zasiadały też osoby z Krakowa (z "Tygodnika"), z Lublina (z KUL-u) i z innych ośrodków. Później powstały Kluby w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu i Toruniu. Warszawa dalej zachowała pewnego rodzaju prymat, skoro jednak KIK-i tworzyły federację, przeto we władzach "centrali" utrzymali się przedstawiciele "terenu". I tak to trwało bodaj do 1989 r.

Wspominam o tym, by wyjaśnić młodszym czytelnikom, skąd nagle Krzysztof Kozłowski na walnym zebraniu warszawskiego KIK-u w 1984 r. Ano stąd. Te związki nie były zresztą czysto formalne, różne środowiska ruchu "Znak" przenikały się, tak że niekiedy trudno było powiedzieć, do którego z nich dana osoba przynależy bardziej. Jednym słowem, Kozłowski przemawiając w Warszawie, był u siebie i mówił do swoich.

Zastępca Turowicza wypowiedział wtedy znamienne słowa: "Odwaga jest środowisku potrzebna, by bronić wartości moralnych i społecznych, gdy jesteśmy poddawani presji władz. Lecz odwaga będzie potrzebna przede wszystkim wówczas, gdy przyjdzie naprawdę przełamywać kryzys i szukać nowych rozwiązań". Powołując się na słowa Mazowieckiego, Kozłowski mówił, że "odwagi wymaga wytworzenie w sobie gotowości na autentyczne porozumienie, gdy tylko pojawi się taka szansa. Trzeba będzie naprawdę odwagi, by przekonać siebie i innych, że nie siła, lecz właśnie porozumienie (...) że przecież tylko tą drogą porozumienia, wykluczającą kolejny dramat, możemy szukać przyszłości kraju" (cytat za: Andrzej Friszke "Oaza na Kopernika").

Zauważmy, w jakim momencie Kozłowski mówi te słowa. Dwa i pół roku po wprowadzeniu stanu wojennego, pół roku przed zabójstwem ks. Popiełuszki. Nie jest to mowa defetysty: środowiska "znakowskie" nie składają broni, a w szczególności "Tygodnik" zdobywa wtedy wielkie uznanie publiczności, pozostając widomym znakiem niezgody na stan wojenny. Słowa Kozłowskiego mogą na pierwszy rzut oka dziwić. Nastroje społeczne były wtedy inne: przemieszanie strachu z nienawiścią do komunistów. Żeby mówić w 1984 r. o ewentualnym porozumieniu, trzeba było i wyobraźni, i odwagi właśnie. To ważny moment, pokazujący, że dla tych środowisk opcja na późniejsze o kilka lat pokojowe wyjście z komunizmu była ugruntowana głębiej niż tylko na podstawie przekonania, że "nie mamy armat". Nie mieliśmy, to prawda, ale ważyło nie tylko to.

Prawdziwy koniec stanu wojennego

Nim doszło do Okrągłego Stołu, wiele musiało się wydarzyć. Ze strony Solidarności, w jej głównym nurcie, gotowość do ugody z komunistyczną władzą istniała na długo przed 1989 r., a jedynym warunkiem wstępnym było zwolnienie więźniów politycznych. Przez kilka lat te apele o ugodę odbijały się od władz jak od ściany. Do czasu, wszelako.

Pierwsze symptomy zmiany stanowiska władz można obserwować wiosną 1986 r., gdy sondażowe rozmowy ze Stanisławem Stommą, Andrzejem Święcickim i Andrzejem Wielowieyskim prowadzą wicepremier Zbigniew Gertych i kierownik wydziału społeczno-prawnego KC PZPR Stanisław Ciosek. Lepszy klimat polityczny powstaje dopiero po amnestii z września 1986 r., gdy uwolniono prawie wszystkich więźniów politycznych (bo nie wszystkich). Wtedy środowiska opozycyjne zaczynają się po raz pierwszy zastanawiać, co to znaczy. Przeważył pogląd, że amnestia jest krokiem serio i może być początkiem jakiegoś otwarcia. Wałęsa powołuje jawną Tymczasową Radę NSZZ "Solidarność", niektóre podziemne struktury Związku (np. regionu Mazowsze) ujawniają się. To świadome posunięcie, mające skłonić władze do uznania Solidarności za partnera politycznego, przynajmniej de facto.

Pierwszym po amnestii pomysłem politycznym władz jest Rada Konsultacyjna przy Przewodniczącym Rady Państwa (którym od 1985 r. był Jaruzelski). Komuniści proponują udział w niej m.in. przedstawicielom ruchu "Znak". Większość odmawia, uważając, że Rada ma charakter dekoracyjny (np. Turowicz i Wielowieyski odmawiają, gdy okazuje się, że w Radzie nie będzie miejsca dla przedstawicieli Solidarności). Z liderów ruchu do Rady wchodzi jedynie prezes warszawskiego KIK-u Andrzej Święcicki, ale nie znajduje to uznania kolegów: Święcicki musi pożegnać się z prezesurą Klubu.

W tej sprawie środowisko "Tygodnika" nie miało wahań, stojąc na stanowisku, że papierkiem lakmusowym intencji władz jest ich stosunek do Solidarności. Nie wszystko można było powiedzieć wprost, dość sroga była jeszcze cenzura. Ale liczyły się gesty. 17 maja 1987 r. w "Tygodniku" ukazuje się tekst Hanny Krall pt. "Ojcowie i synowie", będący sagą rodu Kulerskich - poczynając od Wiktora Kulerskiego seniora, wydawcy "Gazety Grudziądzkiej", przez Witolda Kulerskiego, więźnia politycznego w czasach stalinowskich, a kończąc na Wiktorze Kulerskim juniorze, działaczu Solidarności, który nieco ponad pół roku wcześniej ujawnił się i rozpoczął wraz z innymi jawną działalność.

Trzecia pielgrzymka Jana Pawła II w 1987 r. daje możliwość zamanifestowania poparcia dla Solidarności. Papież trafnie ujął problem, powiadając w Gdańsku: "Mówię do was i w pewnym sensie za was". Tak było, skoro powtarzając słowa Papieża, można było głośno powiedzieć o sprawach, o których jeszcze wtedy mówić nie było wolno. Papieża komuniści nie ważyli się cenzurować (z wyjątkami), "Tygodnik" wykorzystał to, drukując w całości wszystkie papieskie wystąpienia z tej pielgrzymki, w tym pamiętną homilię wygłoszoną w Gdańsku ("I pozostają wciąż zadaniem do spełnienia", "TP" z 21 czerwca 1987 r.).

Małe kroki

Po tej pielgrzymce zaczynają się poufne rozmowy przedstawicieli władz z liderami warszawskiego KIK-u, głównie z Wielowieyskim i Stelmachowskim. Nikt wtedy (jesienią 1987 r.) nie wie, do czego to doprowadzi. Ale z późniejszej perspektywy widać, że był to początek procesu wiodącego do Okrągłego Stołu. Intencją władz jest rozbicie opozycji. Rozmawiają z ludźmi z KIK-u (zresztą nie ze wszystkimi, którzy tam mają autorytet; np. Mazowiecki jest z początku świadomie pomijany) jako "umiarkowaną opozycją". Liczą, że "umiarkowani" nie upomną się o miejsce przy stole dla liderów Solidarności. I tu się mylą. Środowiska "znakowskie" wiedzą, że kapitałem politycznym jest Solidarność. Wiedzą to ludzie "Tygodnika": w siódmą rocznicę Porozumień Sierpniowych w "Tygodniku" ukazuje się historyczna fotografia Wałęsy i Jagielskiego z sierpnia 1980 r. i krótki tekst nawiązujący do słynnego "Apelu sześćdziesięciu czterech". Zauważmy: słowa z sierpnia 1980 r. brzmiały dziwnie ? propos w sierpniu 1987 r.: "Wyjście z dzisiejszego kryzysu wymaga porzucenia schematów każących uznawać każdy postulat niezbędnej politycznej reformy za sprzeczny z racją stanu i godzący w podstawy ustroju".

8 listopada 1987 r. ukazuje się w "Tygodniku" tekst Jana Rokity "Obywatel a organa ścigania". Ważny moment: Rokita wygrał proces sądowy, w którym oskarżył milicję o bezprawne zatrzymanie, wyrok był bezprecedensowy, a do tego skarżącym był działacz nielegalnego ruchu "Wolność i Pokój" (a "WiP" był ruchem wyrastającym z Solidarności). Publikacja w "TP" to kolejna wygrana bitwa w wojnie o wolność słowa.

Ta wolność wykuwała się krok po kroku. Czasem się wygrywało, częściej przegrywało, więc wymagało to uporu i tu - myślę - "Tygodnik" miał duże zasługi. A patrząc z perspektywy toczącego się wtedy procesu dochodzenia do porozumienia władz z autentycznymi, a nie fasadowymi (jakich nie brakowało w całej historii PRL) przedstawicielami społeczeństwa, był to krok w kierunku uznania Solidarności za legalnego partnera.

24 stycznia 1988 r. ukazał się tekst Tadeusza Szymy "Nobliści w Oświęcimiu": relacja ze spotkania w byłym obozie Auschwitz kilku laureatów Pokojowego Nobla, w tym Elie Wiesela i Lecha Wałęsy. Tekst był pocięty przez cenzurę, usunęła ona też zdjęcie autorstwa Adama Bujaka. Jak widać, na początku 1988 r. Wałęsa był ledwo akceptowany w oficjalnym obiegu informacji. Mimo tych porażek coś udało się jednak załatwić: do opinii publicznej dotarła informacja pokazująca Wałęsę jako ważną postać w międzynarodowym życiu publicznym.

Kropla drąży skałę. W tym samym miesiącu Stelmachowski i Wielowieyski mówią Józefowi Czyrkowi i Cioskowi, że ich dalsze rozmowy nie mogą się już odbywać bez przedstawicieli Solidarności. Czyrek i Ciosek zgadzają się, choć na razie nie akceptują Wałęsy.

Rubikon komunistów

Wiosną 1988 r. udaje się "Tygodnikowi" zamieścić szereg publikacji, które wcześniej byłyby nie do pomyślenia. Ba, nie do pomyślenia byłoby ukazanie się na łamach "TP" nazwisk ich autorów, choćby pisali o hodowli motyli. W marcu ukazuje się artykuł Mazowieckiego pt. "22 grudnia 1981" (fragment jego wydanych w samizdacie wspomnień z internowania). Tydzień później "TP" publikuje analizę encykliki "Sollicitudo rei socialis" Jana Pawła II, też pióra Mazowieckiego. W kwietniu ukazuje się tekst Kozłowskiego pt. "Interpelacja", opisujący dzieje sejmowego protestu koła "Znak" w marcu 1968 r. (w 20. rocznicę wydarzeń). A 24 kwietnia - tekst Adama Michnika "Więcej marzeń!", o głastnosti w ZSRR. Ta seria to przełamanie kilku cenzuralnych tabu i tym samym kilku tabu politycznych.

Potem przychodzą strajki kwietniowo-majowe. Jaruzelski godzi się zacząć poufne rozmowy z Wałęsą. Po strajkach, z których jeden (w Nowej Hucie) zostaje rozbity siłą, następuje regres. Ale proces polityczny ma już swą dynamikę. Świadczą o tym zapiski z rozmów z przedstawicielami KIK-u i Kościoła, a także tajne dokumenty krążące w elicie władzy - wśród nich głównie seria analiz politycznych trójki zaufanych doradców Jaruzelskiego: Cioska, Jerzego Urbana i Władysława Pożogi.

Dość powiedzieć, że w czerwcu 1988 r. Ciosek przedstawia ks. Alojzemu Orszulikowi (przedstawicielowi Episkopatu) koncepcję podziału mandatów w dwuizbowym parlamencie między władzę i opozycję; dla opozycji przewidywano wtedy 1/3 miejsc w Sejmie i 2/3 w Senacie. W sierpniu, jeszcze przed drugą falą strajków, "zespół trzech" (Ciosek, Urban i Pożoga) przedstawia Jaruzelskiemu propozycję "ucieczki do przodu". Doradcy pisali: "Uważamy, że już nie można uchronić obecnej ekipy od upadku. (...) Sądzimy (...), że żadne kierownictwo PZPR nie może nadal zachować w ręku całej władzy i musi przystać na jej realny podział, a powinno tego dokonać na tyle wcześnie, aby móc zabezpieczyć pozycję dominującą PZPR (...). Czym wcześniej, tym lepiej, gdyż stale tracimy w realnym układzie sił". To jeszcze nie zadowalało opozycji, bo władze chciały kontraktu politycznego z pominięciem Solidarności. Ale była to oferta, którą można było dalej rozgrywać.

Po strajkach sierpniowych władza przekroczyła Rubikon, oświadczając ustami szefa MSW Czesława Kiszczaka, że proponuje rozmowy Okrągłego Stołu, i po raz pierwszy od siedmiu lat spotykając się oficjalnie z Wałęsą (31 sierpnia). Zaczęły się przygotowania do negocjacji. Pełne wahań i obarczone ryzykiem, bo Jaruzelski i Kiszczak musieli pokonać opory swej politycznej bazy. Ale zmierzające do punktu, w którym "drużyna Lecha" mogła powiedzieć: wchodzimy w to. Tym punktem krytycznym była zgoda na ponowną legalizację Solidarności.

Przełom

Jesień 1988 r., a potem zimę i wczesną wiosnę roku 1989 pamiętam w "Tygodniku" przede wszystkim jako mój własny kłopot. Jako sekretarz redakcji co chwila musiałem sztukować redakcyjną robotę, bo Kozłowski, Pszon i (rzadziej) Turowicz byli zajęci rozmowami z Jakimiś Ważnymi Osobami albo w ogóle gdzieś wyjeżdżali. Zresztą im dalej, tym redakcyjnie było gorzej, a po finale Okrągłego Stołu redakcja zaczęła świecić pustkami, bo zaczęła się kampania wyborcza.

Pamiętam też, że ogólny (i chyba wtedy jeszcze dość zgodny w całej redakcji) nastrój był ambiwalentny. Może to dziwić, zważywszy na późniejszy entuzjazm, "naszego premiera" itd. Ale wtedy wcale wesoło nie było. Reprezentatywna dla środowiska "Tygodnika" była opinia, że komunistom nie należy ufać. Po pierwsze, nie wiadomo, czy w ogóle chcą tych rozmów, czy tylko udają. Po drugie, trzeba uważać, bo na pewno podczas negocjacji zechcą nas wystawić do wiatru. "Ufać i kontrolować" - miał podobno zalecać Lenin, a ludzie "Tygodnika" w tamtym czasie powiadali: "Nie ufać i kontrolować". O ile pamiętam, najbardziej sceptyczny był w tej kwestii Jacek Woźniakowski. Nie było jednak tak, że Woźniakowski mówił "nie", a pozostali mówili entuzjastyczne "tak". Wszyscy nasi liderzy byli pełni obaw, a Woźniakowski najbardziej. Wszyscy jednak w końcu uznali, że skoro jest zgoda na legalizację Solidarności, to można spróbować.

Momentem przełomowym, od którego na serio w "Tygodniku" uznano, że oferowany przez władze kontrakt ma solidne podstawy, była idea, by wybory do Senatu miały charakter swobodnej rywalizacji. Na koniec Okrągłego Stołu zapanowało przy Wiślnej przekonanie, że to otwiera nowy rozdział dziejów Polski i trzeba się zaangażować. "Tygodnik" wystawił dwoje kandydatów do parlamentu i poparł kilkoro innych.

Po 20 latach myślę, że nie tylko nie było innej drogi, ale że w ogóle to była dobra droga. Inna rzecz, że dalsze decyzje obozu solidarnościowego niekoniecznie musiały zawsze być takie, jakie były. Podejmując je, często powoływano się na ducha Okrągłego Stołu. Myślę, że to było nadużycie. Ale to już początek zupełnie innej historii.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]