Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Specjalna półka

Specjalna półka

23.08.2015
Czyta się kilka minut
Mam taką półkę, na której stoją książki nieznane, a znakomite. Gdy się chcę upewnić, czym polszczyzna była, czym być mogła i czym się stała, sięgam po jedną z nich.
Tylko garść wtajemniczonych zna talent pisarski doktora Wiktora Szokalskiego, oftalmologa, w istocie psychiatry, który w latach 1861 i 1863 wydał w Krakowie, nakładem księgarni D.E. Friedleina, dwa tomy „Fantazyjnych objawów zmysłowych” Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe // Domena Publiczna x2
P

Przepisuję z ułożonej przez Tuwima antologii „Bon mot” (Mortkowicz, Warszawa 1927): „Bibliofil kupuje książkę. »To bardzo drogo!« – powiada. »Tak, ale to bardzo rzadkie«. »No, a gdyby ktoś przedrukował?« »Przedrukować? Ależ kto by to czytał!«”.

Jako niebibliofil widzę w tym zdaniu sporo racji. A jednak mam swoją – tak nazwaną przez Anne Fadiman w jednym z esejów zbioru „Ex libris” – „specjalną półkę”. Sam nie wiem, czy to azyl literackich smaczków, czy ciężkich kulturalnych zaniedbań. Dziewięć lat temu sięgnąłem na nią po egzemplarz, z którego Austeria wznowiła „Akacje kwitną” Debory Vogel (Rój, 1936); dwa miesiące temu – po jeden z nielicznych ocalałych egzemplarzy „Henryka VIII” Francisa Hacketta (J. Przeworski, 1939), którą to książkę wznowił właśnie PIW. I dostrzegam wciąż na tej półce niejeden tytuł godny publikacji. Niestety, jedynemu wydawnictwu skłonnemu partycypować w tym planie właśnie ukręca się łeb. Niedawno tu o tym pisałem („TP” nr 29/15).

Nie udając Estreichera, po prostu sięgnę, jak leci, na tę półkę. Lecz zacznę z grubej rury. Równo 27 lat temu, anonsując na łamach „Przeglądu Katolickiego” (nr 30/1988) wybór pism Maurycego Mochnackiego pt. „Poezja i czyn”, sporządzony dla Ludowej Spółdzielni Wydawniczej przez Stanisława Pieroga (1987), zaryzykowałem pewne podsumowania. „Nakład »Pism po raz pierwszy edycją książkową objętych«, wydanych w 1910 r. we Lwowie przez Śliwińskiego, oceniam na tysiąc egzemplarzy. Dobrze, jeśli ocalała połowa. Cienki wybór »Pism politycznych« ukazał się w latach dwudziestych w Bibliotece Narodowej (dwa-trzy tysiące nakładu). »Pisma wybrane« – w 1957 r. w nakładzie 1150 egzemplarzy. Dostępne są tylko: studium »O literaturze polskiej w wieku XIX« (osiem wydań) oraz »Powstanie narodu polskiego w roku 1830 i 1831« (PIW, 1984, w opracowaniu Stefana Kieniewicza) w dziesięciu tysiącach. Wybór dokonany przez Pieroga liczy 3000 egz.”. A gdzie pisma emigracyjne, gdzie listy? „Oceniam szacunkowo, że z czterotomowych (ale niepełnych) »Dzieł« wydanych w 1863 r. w Poznaniu przez Żupańskiego ocalało, wliczając zbiory prywatne, czterysta kompletów. Egzystujemy jako naród, mając pisarza rangi Słowackiego lub Norwida obecnego fizycznie w czterystu egzemplarzach książki. I nikomu to nie przeszkadza”.

W pięć lat później wróciłem do sprawy. Mochnacki był już cenzuralny, bo nie było cenzury. W artykule „Ludluma poczytamy później” („Gazeta Wyborcza” z 8 stycznia 1993) upomniałem się o nudziarzy, którzy do pięt Ludlumowi nie dorośli, lecz tworzą, niestety, kanon myśli polskiej. O Kucharzewskiego, Zdziechowskiego, Askenazego, Kleinera, Brücknera, Borowego, Lednickiego, Barzykowskiego, Mościckiego, Pigonia, których za podatki od zysków z ogłupiania ludzi należałoby z poczucia patriotycznej przyzwoitości wznowić. Co zresztą po części zrobiono. Ale najbardziej bolał mnie wieczny pechowiec Mochnacki. „Bardzo to bogaty naród, który beztrosko pozwala sobie spisać na straty pisarza rangi Tocqueville’a czy Burke’a. A wydany być musi niezwłocznie – nie ze względu na swoją aktualność, lecz dlatego, że żyją jeszcze uczeni, którzy odebrali autentyczne wykształcenie i podjąć się mogą edytorstwa trudnych tekstów. Moje pokolenie już tego nie potrafi”. Tyle zyskałem, że strona gazety zawisła na tydzień w gablotce na korytarzu Instytutu Badań Literackich w Pałacu Staszica.

Zaległości

Dalej porównywałem z kompletnym tumiwisizmem obecnych zapobiegliwość wydawców z Dwudziestolecia. „Pokolenie rodziców naszych rodziców myślało, że wywalczona przez nich niepodległość będzie trwała Bóg wie jak długo. Że zdążą spokojnie nadrobić wszystkie zaległości. Historia dała im raptem dwadzieścia lat. Zrobili całkiem sporo. Nie tyle jednak, ile by mogli. Mimo to moje pokolenie pasożytowało jeszcze na książkach uratowanych dla czytelnictwa w Dwudziestoleciu. Dla nas jeszcze tych książek starczyło. »Dzieje polskiej myśli politycznej« Feldmana, wznowione w 1933, tomy z niedokończonych edycji Brzozowskiego czy Micińskiego, zresztą i wydania galicyjskie sprzed I wojny światowej mogliśmy sobie, mimo trudności, po prostu kupić. Ale na tym koniec”.

Moim szefom nie spodobało się zwłaszcza zakończenie. „Proszę wybaczyć, że będąc już sową, upieram się być na dodatek puszczykiem, ale nie wiadomo, ile mamy przed sobą darowanych lat. Kiedy obudzą się sąsiedzi i tradycyjnie zechcą nam wdepnąć w ten nasz barszcz zabielany. Na jak długo przyjdzie znów zamilknąć myśli polskiej. Wielki zegar historii – a może klepsydra? – odlicza nam czas wolności. (...) Zróbmy dla przyszłości choć tyle, co nasi dziadowie, i nadróbmy to, czego oni zrobić nie zdążyli...”. Za kasandryczne tony, dziś może zrozumialsze, ówczesny szef działu kultury „Gazety Wyborczej”, poeta Antek Pawlak, zebrał zdrowo po karku.

Ale miało być o Mochnackim. Nie będę się ośmieszał tłumaczeniem, kto to taki. Zdejmuję za to z półki jak najbardziej realny czwarty tom wspaniałej poznańskiej edycji Jana Konstantego Żupańskiego – szycie wciąż trzyma, papier mało co pożółkł – i otwieram na przypadkowej, 92 stronie. I oto, co ma do powiedzenia 24 sierpnia 1832 r. Mochnacki konserwatysta: „Są w polityce, jakeśmy nadmienili, pewne maxymy, któreby można nazwać dogmatami, jest droga, którą ziemskie państwa jak ciała niebieskie opisywać muszą. Przypadek wiele może, ale prawie wszystko w tym względzie dzieje się z musu nieodpartego, z koniecznéj i niczém nieprzełamanéj potrzeby. Taka konstytucya ogromnych szczególniéj państw podaje rachubie politycznéj zasady, liczby i czas w przybliżeniu, któremi jeżeli nie wszystko, to przynajmniéj bardzo wiele rzeczy naprzód przewidzieć można. Są to pewniki matematyczno-polityczne: na nich polegają rozumowania gabinetów. Z tych założeń wychodząc prawdziwa polityka nie dni, nie lata, ale wieki pod swoje kałkuły podciąga. Tak myślił gabinet petersburski. Napoleon rzekł pewnego razu w Malmaison: »w dwóch tylko latach żyję«, coby tak wytłumaczyć można: »Nic nie czynię, nic nie pojmuję, tylko to, co w przeciągu dwóch lat zdziałać i pojąć można«. Ale Moskwa od czasów cara Piotra I mogłaby rzec saméj sobie, że tylko w stu latach żyje. Dzisiejsza polityka europejska, albo raczej zachodnia, francuzka i angielska zdaje się liczyć czas swój na minuty i godziny: nic nie przewiduje, i zniżyła się do tego punktu nieudolności, że ją chytrość barbarzyńców oszukuje”.

Na wyżynach

Jak łatwo zauważyć, taka książka to – by pominąć wszystko inne – pomnik polszczyzny. Dumny jestem, że 183 lata temu ktoś u nas myślał tak jasno i pisał tak krystalicznie. Dużo sprawniej, tak sądzę, niż dziś to robimy. I kiedy obrzucam wzrokiem swoją specjalną półkę, odkrywam, że gromadzi wyłącznie książki, które imponują mi językowo. Nie tylko dzieła autorów polskich, lecz i przekłady. Gdyż te jak mało co zmuszają do poszerzenia zakresu i pogłębiania precyzji mowy.

Do czego język polski był w swoim czasie zdolny, wskazuje druga książka z mojej specjalnej półki. Jest dużo młodsza, lecz też z górą stuletnia. Niełatwo coś wybrać z 888 stron dwu tomów »Podróży po Włoszech« Hipolita Taine’a w przekładzie Antoniego Sygietyńskiego (Księgarnia Powszechna, Warszawa 1908). O Sygietyńskiego właśnie chodzi. Ciekawe, kto na przykład z zauroczonych Wenecją współczesnych eseistów jest świadom, że nigdy nie dorówna polskiej wersji stu poświęconych jej przez Taine’a stron. Tłumacząc francuskiego krytyka, dość powszechnie uważanego dziś za stęchłą mumię, nasz praprzodek posłużył się polszczyzną kulturalną swoich czasów, bliską już wyżyn francuskiego pierwowzoru. Oto więc, co obaj panowie, Francuz i Polak, odcedzić umieli z brudnej wody, by nie rzec ścieków:

„Gondola płynie wzdłuż Santa Chiara i Pola Marsowego. Rozłogi wody stają się coraz szersze i fale mienione toczą się zwolna pod tchnieniem wiatru, przy niewysłowionej mieszaninie tonów łagodnych i stopionych. To już wcale nie woda zwykła. Zamknięta w kanałach, zmącona osiękami i zacieczami kolonji ludzkiej, nabrała czerwieni ziemistej, odcieni sinawych okry, czerni błękitnawych i iłowatych, tak iż przypomina mieszaninę dwudziestu farb rozrobionych wraz na palecie. Pod niebem północnem byłaby ona ponurą; pod oblaskiem słońca i jedwabiem błękitu miękkiego, opinającym tu całą kopułę niebieską, przejmuje oczy rozkoszą prawie fizyczną. Prawdziwie pływa się w świetle. Niebo wylewa, woda zabarwia, przeblaski stokrocą je; wszystko, aż do domów białych i różowych, odbija je, i poezja kształtów uzupełnia poezję jaśni. Marzenie zjawia się i nie wychodzi się zeń. Napróżno kanał la Giudecca, prawie pusty, wyczekuje niejako floty, któraby zaludniła szlachetną przystań jego; myśli się tylko o barwach i linjach. Trzy linje i trzy barwy tworzą całe widowisko: przestworny kryształ ruchomy, modry i ciemny, przełamujący się w twardą barwę lśniącą; ponad nim, oderżnięte ostrą wypukliną, pasmo budowli, oblamowujące przeguby jego; obwyż wreszcie niebo jasne, bezkreśne, prawie blade”.

Po jakichś stu latach rozwoju, a więc mniej więcej teraz, może i po polsku dałoby się bez poczucia sztuczności pisać prozą równie jak oryginał zmysłową, impresjonistyczną i wnikliwą. Ten Sygietyński mógłby już tłumaczyć Prousta, którego jeszcze nie było. Ale niestety, co mogło być punktem wyjścia, okazało się szczytem możliwości i wkrótce, z chwilą wybuchu Wielkiej Wojny, mowa nasza wzięła udział w wyścigu języków europejskich ku uproszczeniu i nadekspresji. „Tylko gwałt pod tą czy inną postacią – że zacytuję sir Herberta Reada – gwałtowność działania, dźwiękowa czy wizualna, może dziś przebić się przez niewrażliwość”. Read, acz anarchista, przed sześćdziesięciu laty poważnie się tym niepokoił. Dziś proces ten zaszedł tak daleko, że – jak się obawiam – skutecznie eliminuje z obiegu teksty takie jak powyższy, skupione na magii barw i transformacji obrazu. Ich miejscem wiecznego spoczynku są więc specjalne półki.

Kraina opowieści

Mieliśmy w drugiej połowie XIX w. hipnotycznych narratorów niebędących bynajmniej pisarzami. Fenomen ten tłumaczy wyższa ówcześnie kultura opowieści. By się o tym przekonać, dość zajrzeć do roczników międzypowstaniowego „Przeglądu Naukowego” Hipolita Skimborowicza, „Wisły”, „Ludu” czy „Zbioru Wiadomości do Antropologii Krajowej”: wszystkie są istną kopalnią niewydanych osobno książek. Niestety etnografowie ten wymiar swych materiałów archiwalnych akurat lekceważą. Lecz ta sprawa – czy sprawność – wykracza poza ludoznawstwo. Tylko garść wtajemniczonych zna talent pisarski doktora Wiktora Szokalskiego, nominalnie wybitnego oftalmologa, w istocie psychiatry, który w latach 1861 i 1863 wydał w Krakowie, nakładem księgarni D.E. Friedleina, dwa tomy „Fantazyjnych objawów zmysłowych”. Ściągam z półki obydwa, ten o złudzeniach optycznych i ten o halucynacjach, wizjonerstwie i wizjach, aby zademonstrować choć fragment jednej z setek wymownych relacji:

„Opium równie jak i chaschisz w niewielkich zazwyczaj przyjmuje się ilościach, przytomność więc zupełnie nie znika: ale rozsądek, nie mogąc się oprzeć złudzeniu, w dziwną z niém wpada kolizją. Człowiek wié, że się myli, że źle coś widzi, że coś nie do rzeczy plecie, a opanować się i ustrzedz od tego nie może. I tak naszemu sprawozdawcy zdawało się raz n.p., że głowa odpadła mu z karku, i że samopas po świecie buja, kiedy znowu jeden z jego towarzyszy był przekonany, że się w posąg przemienił, a gdy go popchnięto i gdy upadł na ziemię: Otóż masz! – zawołał – stłukło się wszystko, i zbierajże tu teraz skorupy, tam głowa, tu ręka, owdzie nogi leżą, i jakże ja tu dam sobie radę”.

Ciekawe życie wiódł pan doktor za młodu w służbie armii francuskiej i zamiast gorszyć swoje warszawskie audytorium (które i tak zajmowało się wówczas czymś innym), spisał wspomnienia w formie uczonej rozprawy.
Co jeszcze stoi tam na mojej półce? A na przykład „Myśl ogólna fizyologii powszechnej” przez Józefa Supińskiego (nakładem Kajetana Jabłońskiego, Lwów 1860). „Dziewica Orleańska” Karola Libelta (S. Lewental, Warszawa 1874). „Lukrecya Borgia” Ferdinanda Gregoroviusa (S. Lewental, Warszawa 1877). „Historya literatury angielskiéj” Hermana Hettnera w przekładzie Piotra Chmielowskiego i Edwarda Grabowskiego (S. Lewental, Warszawa 1879). Dwutomowa „Cywilizacja pierwotna” Edwarda B. Tylora w przekładzie Zofii Kowerskiej (Warszawa 1896, 1898). „Historia literatury angielskiej” Hipolita Taine’a w przekładzie Elizy Orzeszkowej (S. Lewental, Warszawa 1900). „Sartor Resartus. Życie i zdania Pana Teufelsdröckha” Thomasa Carlyle’a w przekładzie Sygurda Wiśniowskiego (S. Lewental, Warszawa 1882). „Życie i spostrzeżenia o niém Pana Graindorge” Taine’a, przekład anonimowy (nakładem Wydawnictwa Przeglądu Tygodniowego, Warszawa 1886). „Ucieczka na łono natury” w tomie „Jednostka i Ogół” Wacława Nałkowskiego (nakładem Ursyna Czatowicza, Kraków 1904).

Same tylko powieści Carlyle’a i Taine’a w ich polskim wcieleniu, jak też jeden z pierwszych polskich reportaży pióra Nałkowskiego mają najwyższą literacką rangę. A obrazy z podróży Łucji z Giedroyciów Rautenstrauchowej? A obie części „Wilhelma Meistra” Goethego, wydane w przekładzie Piotra Chmielowskiego u Lewentala w Warszawie w roku 1893 i – nie do wiary! – nigdy już nie wznowione?

Nie są to klasyczne białe kruki. Lecz gdy się chcę upewnić, czym polszczyzna była, czym być mogła i czym się stała, mówi mi o tym moja specjalna półka. ©

JAN GONDOWICZ (ur. 1950) jest krytykiem, tłumaczem i eseistą. Tłumaczył m.in. „Słownik komunałów” Flauberta (1993), powieści i sztuki Jarryʼego, teksty Josifa Brodskiego i Georgesʼa Pereca. Za przekład „Ćwiczeń stylistycznych” Raymonda Queneau otrzymał Nagrodę „Literatury na Świecie” za rok 2006 w dziedzinie poezji. Autor m.in.: oryginalnego bestiariusza „Zoologia fantastyczna uzupełniona” (1995, 2007), krótkiej monografii „Schulz” (2006), antologii tekstów surrealistycznych „Przekleństwa wyobraźni” (2010), zbioru esejów „Paradoks o autorze” (2011), kolekcji szkiców „Pan tu nie stał” (2013) oraz rozprawy „Trans-Autentyk. Nieczyste formy Brunona Schulza” (2014).

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]