Reklama

Egzekutor przychodzi o świcie

Egzekutor przychodzi o świcie

08.07.2015
Czyta się kilka minut
Zabiegi mające na celu „przekształcenie” (czyli likwidację) jedynego państwowego wydawnictwa w Polsce oznaczają, po odwinięciu bawełny, decyzję: „Takich książek wam nie trza”.
Pikieta przed siedzibą PIW
Pikieta przed siedzibą PIW. Na zdjęciu Maciej Szudek - nowy likwidator PIW / 
fot.Krzysztof Żuczkowski / Forum

W

W kultowym dla mojego pokolenia filmie „Żółta łódź podwodna“ muliste dno morza nawiedza pewna istota, która połyka wszystko, na co natrafia. Ryba? – haps! i nie ma. Muszla? – haps! i nie ma. Pamiętacie? Ta wizja prześladuje mnie, a może i nie mnie tylko, od dłuższego czasu. Naokoło znikają budynki, instytucje i zasady moralne. Muliste dno rzeczywistości, w której pospołu pełzamy, składa się z coraz większej liczby dziur. Niedługo zostanie sam muł.

Nie trza

Każdy patrzy w inną stronę i dostrzega ten fenomen dopiero wtedy, gdy paszcza rozdziawia się nad czymś dlań ważnym. Nie myślałem na przykład, że jest dla mnie czymś szczególnie ważnym Państwowy Instytut Wydawniczy, póki nie uświadomiłem sobie, że może go nie być. To rzecz niewyobrażalna: jakby ktoś w majestacie prawa zdemontował Kolumnę Zygmunta, by ją ustawić na własnym nowobogackim podwórku. I uzasadnił to wszem i wobec rachunkiem, że jest deficytowa.

Ale to, co od czterech lat rozgrywa się wokół ostatniego państwowego wydawnictwa w Polsce, ma zgoła inną skalę. Wyobraźmy sobie, że ktoś usuwa z zasięgu naszych komputerów Wikipedię, tłumacząc, że odtąd powinna nam wystarczyć gazetka z supermarketu. Taki najściślej orwellowski wymiar ma likwidacja oficyny wydawniczej o wciąż, gdyby dać jej spokój, ogromnym potencjale wiedzotwórczym. Albowiem w kamienicy na warszawskiej ulicy Foksal 17 mieści się, lub mieściła do wczoraj, nie mniejsza „wikipedia”, po części papierowa – w postaci jedynej w swoim rodzaju edytorskiej biblioteki specjalistycznej, po części zaś złożona z wiedzy, doświadczenia i etosu pracy kilkudziesięciu współpracowników. W tym starym, pięknym budynku nadal można – lecz jak długo jeszcze? – przyswoić kulturze polskiej i przygotować do druku najtrudniejszą nawet książkę rodzimą czy obcą. Lecz są tacy, dla których liczy się tylko skorupa – sam budynek.

Mimo stopniowej redukcji etatów potencjał PIW-u zmalał niewiele, czego dowód stanowi szatańsko trudna edycja „Dzieł zebranych“ Witkacego. Temu edytorskiemu tour de force na miarę światową brak do końca czterech tomów, z których jeden jest niemal gotów. Edytorzy Witkacego żyli długo w złudzeniu, że póki trwa owo przedsięwzięcie, dotowane przez Ministerstwo Kultury, nic PIW-owi zagrozić nie może. Kto i gdzie umiałby wydać tak Witkacego, by edycja stać się mogła podstawą wszelkich innych wydań, krajowych i zagranicznych, na następne sto lat? Witkacy to wszak własność nie tylko nasza, lecz i całego świata, więc gdyby miało coś stać się jego „Dziełom zebranym“, podniósłby się międzynarodowy wrzask, nader dla Polski szkodliwy. Ale witkacolodzy, naiwni humaniści, pomylili się srodze.

Widziane z tej perspektywy, zabiegi mające na celu „przekształcenie” (w nicość) PIW-u oznaczają, po odwinięciu bawełny, decyzję: „Takich książek wam nie trza”.

Gęba szeroko rozwarta

To właśnie miał na myśli Władysław Bartoszewski, gdy w jednej z ostatnich publicznych wypowiedzi (dla „Przeglądu”, 27 kwietnia tego roku), oświadczał: „Jestem żywo poruszony wiadomościami o przyspieszonym, zdecydowanym rzekomo, zlikwidowaniu PIW. Jako jeden z autorów piszących i wydających książki, a także jako redaktor i recenzent, ponadto były prezes Polskiego PEN Clubu, jako społecznik, inteligent i jako warszawiak od urodzenia, stwierdzam, że PIW należy do pereł w historii polskiej kultury. Jest przykładem ogromnej kreatywności i siły intelektualnej, która nawet w niesprzyjających warunkach potrafiła znaleźć drogę do zachowania trwałych wartości.” Cóż można do tego dodać? A jednak coś dodać trzeba.

Ważne tu jest każde słowo. Ale nie tylko w sensie, jaki nadał im śp. Władysław Bartoszewski. Także w znaczeniu odwrotnym. Gdyż przytoczony tu jego apel czy protest, czy, mówiąc ściślej, przestroga nazywa wszystko, co jest przeciwnikom istnienia PIW-u najgłębiej obce i wrogie. Instynktownie lękają się oni ludzi piszących i wydających książki, redaktorów, którzy im patrzą na palce i recenzentów, bo nie cierpią być recenzowani. Nie znoszą uprzykrzonych społeczników, gardzą frajerstwem inteligentów, z całej duszy nienawidzą warszawiaków od urodzenia. Jak najściślej tępią wokół siebie kreatywność i mają swoje sposoby na wszelką siłę intelektualną. A myśl o trwałych wartościach witają rubasznym rechotem. Może takich nie ma? A kto tam pływa tak ślicznie nad dnem naszego morza z gębą szeroko rozwartą?

W istocie więc wokół PIW-u rozgrywa się kolejny etap znamiennej dla naszych czasów walki umiejących czytać z tymi, którzy umieją już tylko liczyć. Ale, rzecz jasna, nie w duchu matematyki, tylko interesów, w których z liczbami można zrobić wszystko. Dlatego PIW, który pod rządami swojego ostatniego dyrektora, Rafała Skąpskiego, w cztery lata zredukował blisko ośmiomilionowy dług do sumy 1.800 tysięcy złotych, zaczął przynosić regularny zysk, a w tym roku wyszedłby na prostą, należało jak najpilniej dorżnąć.

Skąpski powołany wszak został na likwidatora, a zamiast likwidować, skutecznie wyciągał firmę z czeluści, w jaką wtrąciły ją wcześniejsze, niekompetentne kierownictwa. Ten człowiek nie pojmował w ogóle reguł gry, a nawet śmiał deklarować: „Nikt nam nigdy w niczym nie pomógł finansowo, nikt nam niczego nie umarzał ani nie darował. Nie jesteśmy LOT-em, ani kopalnią”. Nie rozumiał, że nie przypadkiem pani minister kultury Małgorzata Omilianowska przytacza publicznie na temat PIW-u dane niezgodne z jego statusem prawnym i stanem rzeczywistym. Nie przyjął do wiadomości ostatniego ostrzeżenia, jakim było wstrzymanie mu od stycznia pensji likwidatora. Tu warto wysilić wyobraźnię i przedstawić sobie jego obraz w oczach zwierzchników. Co się robi z takimi, którzy są nieusłuchani? Którzy przeszli na służbę drugiej strony, choć winni wiedzieć, że nie ma żadnej drugiej strony, a tylko obiekt obróbki? Którzy grzęzną w jakichś mrzonkach?

Pan dyrektor Skąpski, postać skomplikowana i barwna, jest bohaterem naszych czasów. Gdyby był w Polsce ktoś o talencie Dudincewa czy Grossmana, mógłby o nim napisać powieść.

Krótko i węzłowato

Gdy Martin Esslin odwiedził w 1964 r. Polskę, Jan Kott zaprowadził go w Krakowie na „Matkę“, a w Warszawie na „Kurkę wodną“. Wielki teatrolog wyszedł ze spektakli zielony, mamrocząc pod nosem: „Cały mój wywód na nic!”. I w rzeczy samej, w drugim wydaniu swej książki uczynił z Witkacego jednego z odkrywców teatru absurdu. Czy można się więc dziwić, że właśnie wyczuleni na absurd witkacologowie rozpoznali bezbłędnie istotę atmosfery, jaka narasta wokół oficyny wydającej ich mistrza?

Rozpoznali i zawiązali Społeczny Komitet „Ratuj PIW, ratuj książkę!”, który zaczął działać niezależnie i niekoniecznie z aprobatą dyrekcji PIW-u w marcu bieżącego roku. Zanim się połapały stosowne urzędy, zdołał legalnie wyciągnąć z nich masę dokumentów, przedstawiających realną sytuację wydawnictwa i metody zaciągania wokół niego pętli. Trafiły one na stronę facebookową Komitetu i są tam do wglądu. Groteskowa konieczność obrony państwowego przed państwem i wizerunek państwa, które w niepojętym zapędzie puszcza w rozkurz swe materialne i propagandowe aktywa, zdają się w rzeczy samej z Witkacego rodem.

Arkana władzy wyszły na jaw w trakcie publicznej dysputy, zorganizowanej przez Komitet pod hasłem „Kto nawarzył PIW-a?” siódmego maja w opróżnionej z książek (stosowna sceneria) byłej księgarni Traffic w Domu Braci Jabłkowskich w Warszawie. Na sali zasiadło ponad sto osób, w większości o tytułach profesorskich, na podium zaś rozegrało się starcie dyrektora Skąpskiego z dyrektorem Instytutu Książki Grzegorzem Gaudenem. Słowem, „narodowa instytucja kultury, powołana przez Ministra Kultury do promocji polskiej literatury na świecie oraz popularyzacji książek i czytelnictwa w kraju” (wedle jej strony internetowej) została przymuszona do tłumaczenia się, czemu żywi złe zamiary wobec innej poważnej i niezmiernie zasłużonej instytucji tejże kultury, służącej książce i tylko książce.

Gdy widownia nie bez konsternacji wtajemniczona została w fakt, że PIW, jako pozostający – na mocy decyzji byłego ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego – w wyłącznej gestii Ministerstwa Skarbu Państwa, mógłby równie dobrze kupczyć rzepą, a pomiędzy właściwą mu a tą drugą działalnością nie ma żadnej merytorycznej różnicy, dyskusja o imponderabiliach stała się bodaj zbędna. Stąd to dyrektor Gauden nawracał wciąż do rzekomo fatalnej kondycji finansowej wydawnictwa, którego walory w postaci zbiorów, ekipy, znaku firmowego i praw autorskich nie są niczym więcej, jak iluzją. W tym momencie, czego nie mógł dostrzec, wyświetlono mu za plecami na ścianie zrzut z ekranu, zawierający wywiad, jakiego udzielił ósmego kwietnia TVP, wraz ze zdaniem, że Instytut Książki spodziewa się przejąć kamienicę na Foksal jako wysoce prestiżowy adres. Ktoś z sali zapytał, jak wobec tego rozliczyć blisko cztery miliony wydane na niedawny remont siedziby Instytutu Książki w Krakowie.

  Dzień po odwołaniu dyrektor Skąpski na falach Radia dla Ciebie oświadczył, i można go zrozumieć, że właśnie dyskusja w Trafficu i narastający klimat skandalu skłoniły jego zwierzchników do rozprawienia się z powierzoną mu tak nierozważnie firmą krótko i węzłowato. Co nie nastręczało kłopotu, jako że egzekutor zawsze czuje się w prawie dokonać egzekucji, choćby dłużnik zalegał z ostatnią należną złotówką. I przedstawiciel komorniczego rodu, dla którego pierwodruk „Pana Tadeusza“ to „0,3 kg makulatury”, w majestacie swych praw bez uprzedzenia wkroczył do wydawnictwa. Jeden z internautów tegoż dnia skomentował ów moment: „To zemsta za wydawanie Kafki”.

W biały dzień

Plombując, pod nieobecność dyrektora Skapskiego, o którego urlopie zwierzchnicy musieli wiedzieć, drzwi gabinetu, zalepiając dziurkę od klucza i strasząc zwolnieniem przerażoną sekretarkę (miał przecież do tego prawo, jako od tej chwili jej przełożony), pan radca prawny Maciej Szudek jeszcze nie wiedział, że w dniu 6 lipca 2015 r. przechodzi do historii kultury polskiej w roli, która się może niekoniecznie spodoba jego dzieciom. Ja bym się tej roli nie podjął, a wy? Jeszcze nazajutrz rano groził policją przedstawicielowi Komitetu, lecz już w południe umykał z zatrzaśniętą twarzą przed niespodziewanym tłumem reporterów z telewizji i radia: najwyraźniej na darmo jako datę ostatecznego rozwiązania wybrano lipiec, w którym, oprócz wakacji, nikogo nic nie obchodzi. A jednak pod bramą na Foksal 17 zebrało się aż za wiele czytającej hołoty.

Cała ta akcja, w stylu tak modnych obecnie napaści nożowników w biały dzień, miała na celu nie tylko przejęcie kont i gotówki PIW-u (o reszcie pomyśli się później), lecz i upokorzenie wszystkich tych znanych profesorów, aktorów, dziennikarzy i reszty drobnicy, tak chętnie sygnujących apel o zachowanie PIW-u na majowych warszawskich Targach Książki i później na stronie petycje.pl. Zebrało się tych podpisów grubo ponad cztery tysiące i wszyscy ich sygnatariusze mieli się oto poczuć tak właśnie, jakby im napluto w twarz. Można liczyć, że to się w pełni udało, że się naprawdę tak czują. I już wiedzą, kto tu rządzi. Wpojenie im tej wiedzy, zwanej niegdyś moresem, jest o wiele ważniejsze niż detal, że te osoby, które się PIW-em przejęły, są także wyborcami.

A nie jest ich wcale mało: same „Listy do żony“ Witkacego sprzedały się w 40. tysiącach egzemplarzy i właśnie planowano dodruk. PIW bowiem odzyskiwał siły i czytelników. To się czuło i chęć brała się włączyć. Toteż kilka z około 25 tytułów w bieżącej produkcji sam zaproponowałem, a ci, którzy mnie znają, wiedzą, że nie były to rzeczy byle jakie. Jednak wiele wskazuje, że nie dostaniesz, czytelniku tych słów, do ręki legendarnego „Leksykonu miejsc wyimaginowanych“ Alberto Manguela i Gianniego Guadalupiego, który został już przetłumaczony, ani nie mniej kuszącej „Encyklopedii Kafkowskiej“, przetłumaczonej w dwóch trzecich. Są to książki – wyjaśnię, jakby ktoś nie wiedział – z prawdziwie najwyższej półki. W dniu wczorajszym, siódmego lipca, gdy Ministerstwo Skarbu Państwa, zmuszone przez wypadki, zdecydowało się wydać komunikat, że likwidator przybył do oficyny nie po to, żeby wydawać jakieś tam książki, lecz by ją zlikwidować, miał iść do druku wznowiony biały kruk antykwaryczny z kolekcji PIW-u, „Wieśniak paryski“ Louisa Aragona ze wspaniałymi ilustracjami, posłowiem tłumacza, Artura Międzyrzeckiego, oraz drugim, mojego pióra. Był to – byłby to! – początek nowej serii. Tym sposobem wydało się więc, że nie mogę być w tym, co teraz piszę, obiektywny. I dobra, nie jestem.

A wy, drodzy czytelnicy, chcecie w tej sprawie być obiektywni? Myślicie, że lepiej na tym wyjdziecie?

Jan Gondowicz (ur. 1950) jest pisarzem, krytykirm literackim, tłumaczem i wydawcą.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

PIW-u tak zostawić nie można! Od lat podpisuję każdą petycję poparcia dla wydawnictwa i kolekcjonuję nowe tytuły (czytając także). Ale to za mało. Jak więc wygrać z ministerstwem?!

Celny komentarz Joanny Haase (https://www.facebook.com/johanna.haase.10/posts/1618755205064586) Dzisiejsza pikieta pod PIW miała być "powitaniem likwidatora", czytaj: bezduszni biurokraci przychodzą niszczyć Instytucję Kultury. I sporo ludzi i mediów się na to nabrało (mediom się nie dziwię, bo to zwykłe ćwoki i stojaki pod mikrofon, "a co pan o tym sądzi", ale aktywiści miejscy dali się wkręcić). Tymczasem likwidator w spółce PIW jest od 2012 i jest, był nim prezes PIW, pan Skąpski (właśnie dostał kolejny order, tym razem od Francuzów). Tak brawurowo prowadził zarządzane przez siebie przedsiębiorstwo, że: 1. na rynku nie ma ani jednego audiobooka PIW 2. na rynku nie ma ani jednego e-booka PIW 3. na rynku nie ma ani jednej książki w formacie iBooks na iPadzie, bo przez 6 lat PIW nie zauważył istnienia iPadów 4. nie ma opcji w PIW print on demand dla nakładów wyczerpanych, na które by PIW dysponował prawami. Np. jak się skończył nakład "Wilka stepowego" Hermana Hesse, do którego prawa ma PIW, to nie ma zmiłuj, szukaj po internetsach czy innych antykwariatach, bo PIW się po to nie schyli. 5. Ba, z książek Hessego PIW ma dziś w swojej ofercie tylko "Wyższy świat" Nie ma "Wilka stepowego", nie ma "Siddharthy", nie ma "Gry szklanych paciorków", nie ma "Demiana". Kaman, Hesse napisał ze 30 książek, a PIW jako właściciel praw do polskich wydań ma JEDNĄ. 6. Jedna z inkarnacji sklepu internetowego PIW wygląda tak: http://piw.pl/sklep/index.php - po prostu, kurwa, noł komęt. 7. Jest na szczęście sklep pod adresem http://www.piw.pl/shop, ale prosty przegląd pokazuje, np. na http://www.piw.pl/shop/r-van-guliksedzia-di-malpa-i-tygrys/, że w 2015 r. kwestia skalowania jotpegów na zdjęciach i osadzania lub nie obrazków w tekście nadal stanowią wyzwanie dla prężnego i dynamicznego zespołu PIW. 8. PIW, jak widać z przeglądu strony WWW PIW, jest masą upadłościową od dawna. Tak to jest, jak się daje synekury politycznym mianowańcom i nieudacznikom w prawdziwym przedsiębiorstwie. Żeby to był Putin, żeby to był Gazprom, to może by się nie wydało. I uwaga last minute - macie radę od ekspertki gratis. 9. Jest, brzydko mówiąc, content w ofercie PIW, którego nigdy nikt dobrowolnie nie kupi za te pieniądze (poza siedmioma maniakami-polonistami z powiatowych gimnazjów w Błotach Dolnych), np. http://www.piw.pl/?s=fredro&post_type=product, ale też jakieś inne starocie, np. "Dżuma" Camusa (przeciętna licealna małpa znajduje darmowy PDF w necie w 3 minuty). Warto taki content "uwolnić", zarabiając przy okazji na czymś innym, np. na reklamie, budując bazę klientów, tworząc program lojalnościowy, a choćby i dać te treści np. producentowi sprzętu ("na każdym telefonie Sony komplet dzieł Fredry gratis"). I tak prawdopodobnie koszt dystrybucji tych książek przekracza wszelkie ewentualne zyski, a takimi metodami można by przestać tracić i zacząć keszować. Ale to już chyba musztarda po obiedzie.

HISTORIA SIĘ POWTARZA, BO CIERPI NA BRAK PAMIĘCI motto: nożownicy w biały dzień JAN GONDOWICZ Wielu płacze nad PIW-em, że zamknięty, co tam, zlikwidowany! A ja wam powiem - zlikwidowany, zamknięty - to zamknęło się koło historii. Pamiętam ten posępny dzień 1968 roku, gdy zamurowywano kawiarenkę PIW-u, to gniazdo inteligenckiej reakcji. Kilka stolików na krzyż, do tego siedzisko wzdłuż prostej ściany, lampy-zwisy i falująca ścianka, wszystko jakby ze szkicownika Le Corbusiera. Gdy kilka lat wcześniej wkroczył tam Sartre, nie wiem czy docenił tę awangardę. Wtedy to właśnie świeżo ukazało się w prasie ogłoszenie mojego ojca, ogłoszenie nietypowe: W tramwaju zgubiono zeszyt z Myślami nieuczesanymi, ktokolwiek znajdzie... Ktoś Sartre'owi to od razu w kawiarence przetłumaczył. - Cały zeszyt z myślami?... Boże, mój Boże, zeszyt pełen myśli - komentował Sartre - Człowiek stworzy jedną myśl, to już dużo, ale cały zeszyt myśli... Cztery lata później pracowicie uwijało się tam dwóch robotników , wąska szczelina, która wprowadzała z księgarni do kawiarni stopniowo zamykała się. Zamykała się ostatecznie era zamurowywania. Odtąd nikt już z inteligencją tak się już nie pieścił. Warszawskie, niewygodne dla współczesnego tzw. biznesu obiekty po prostu wyburza się dziś ostatecznie buldożerami. Tak skonał choćby Pawilon Chemii, Super Sam, Mennica, czy ocalały z Powstania Warszawskiego Dworzec Pocztowy. Nie bądźmy zresztą warszawocentryczni - Kawiarnia Karpowicza w Zakopanem, której nie śmiała ruszyć komuna, myślę, że ze strachu przed zemstą Witkacego zza grobu, przemianowała tylko lokal na Coctail-Bar, teraz została zmieciona z powierzchni ziemi, a w jej miejsce buduje się kolejną trwałą ruinę. Dzieło unicestwienia PIW-u nie zostało ostatecznie dokonane. Ciągle we wnętrzach kamienicy, trwają na swoich miejscach kruche płytki z podolskich kamieniołomów. Już na te ślady pamięci czyhają z kilofami twórcy gipso-kartonowych królestw. Już szykują się chętni zadusić budynek akrylowymi tynkami, wypełnić go wszelkim jednorazowym chłamem. Otwierają się już butelki dla oblania jeszcze nieogłoszonych przetargów. Przedwojenni, 130 letni właściciele lecą właśnie na Kajmany ustanowić tam swoich polskojęzycznych kuratorów, chętni do transakcji. Na półce pracowni widzę Jesień średniowiecza Huizinga, jest jeszcze sporo innych książek PIW-u, mają czterdzieści, pięćdziesiąt lat, przejechały ze mną kawał świata. Gdyby tak policzyć wszystkie nakłady na ich pakowanie, przewożenie, stworzyć taki rachunek ciągniony wydatków związanych z ich przechowywaniem koszt ich jest bardzo wysoki, zupełnie nieopłacalny. Jakoś mnie to nie martwi. Czy życie w ogóle się opłaca? Śmierć z pewnością tak, choćby obolem. Ale przejdźmy do rzeczy, czy wierzycie, że chodzi o brak tego jednego miliona siedmiuset tysięcy? Czy jest państwowa firma która zbankrutowała przez taką sumę? Może chodzi o te trzy litery PIW, może o kamienicę?... Myślę, że nie do końca. Sława PIW-u w ostatnim dwudziestoleciu bardzo przygasła. Nie sądzę, aby sam PIW był celem tego samobójczego ataku. Myślę,że rację ma Jan Gondowicz, że chodzi tu o upokorzenie, ostateczny akt pogardy wobec tych wrażliwców, którzy protestują np. gdy Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego uchyla decyzję Stołecznego Konserwatora o odmowie zgody na zabudowę Parku Łazienkowskiego pawilonem wystawienniczym, będącym zagrożeniem dla przyrody i stojącym w zasadniczym konflikcie z rezydencjonalnym charakterem tego unikalnego miejsca. Jawna piącha w nos tym, których oburza przedstawianie fotomontażysty Mieczysława Bermana, na wystawie w Operze Narodowej, jako rzekomo brata znienawidzonego Jakuba, poprzez folder firmowany przez tegoż ministra. Jan Gondowicz pisze: Naokoło znikają budynki, instytucje i zasady moralne. Ja myślę, że to dopiero początek. Miejsce tych budynków, instytucji i zasad moralnych zajmują produkty czekoladopodobne. Skłaniałbym się nawet do stwierdzenia, że w odróżnieniu od zamierzchłych czasów, które śmiem pamiętać, gdy istniała jeszcze opcja ratunkowa, poprzez sieć tzw. eksportu wewnętrznego, będziemy obecnie skazani wyłącznie na jeden produkt czekoladopodobny. Gondowicz delikatnie określa go "mułem". Tomasz Lec
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]