Śmierć pięknej Sadii

W minionym tygodniu media wróciły do tragicznej historii Sadii Scheikh, dwudziestoletniej Belgijki pakistańskiego pochodzenia, zamordowanej w październiku 2007. Sadia miała belgijskiego chłopaka, ale jej bliscy zdecydowali, że musi poślubić jednego z dalekich krewnych z Pakistanu, i nakazali jej zerwać dotychczasową znajomość.
Czyta się kilka minut

Dziewczyna zamieszkała u koleżanki. Rodzina namawiała ją jednak do powrotu, więc w końcu zdecydowała się na odwiedziny. W trakcie wizyty starszy brat dziewczyny oddał do niej trzy strzały. Zmarła w szpitalu.

W domu zamordowanej policja założyła podsłuchy. Okazało się, że zabójstwo zlecił ojciec Sadii. Jej brat twierdzi, że działał "pod wpływem emocji". Sprawa niesłychanie poruszyła opinię publiczną w Belgii i w całej Europie, bo nie jest to pierwszy przypadek tzw. zabójstwa honorowego w ostatnich latach. Część rodzin przybywających do Europy z krajów muzułmańskich w zgodzie z tradycją aranżuje małżeństwa swoich córek, nie licząc się z ich zdaniem i sympatiami. Decyduje zawsze ojciec rodziny, on wybiera kandydata spośród krewnych lub znajomych. Buntujące się dziewczyny zostają albo wykluczone z rodziny, albo - w skrajnych i na szczęście rzadkich przypadkach - zabijane. Bo okryły bliskich hańbą...

Historia ta przypomniała mi pewną rozmowę sprzed lat. W 1996 roku pojechałem do Kopenhagi na konferencję poświęconą wielokulturowości w Europie. Wykłady i dyskusje były ciekawe, ale jeszcze ciekawsze rozmowy zaczynały się po kolacji, kiedy nikt z organizatorów niczego już od nas nie oczekiwał. Starałem się w tych rozmowach wyłamywać z podziału na "nową" i "starą" Europę, co nie było łatwe; pluralizm pluralizmem, ale spośród uczestników przybyłych ze "starej" Europy najwięcej zainteresowania dla "nowej" miały osoby o pozaeuropejskich korzeniach. Tak poznałem m.in. zajmującą się prawami kobiet dziennikarkę ze Sztokholmu, której rodzina pochodziła z Algierii. Dzięki rozmowie z nią otworzyły mi się oczy na sprawy, o których dotąd nie miałem pojęcia. W kręgu tych spraw mieściłaby się także historia Sadii.

Moja nowa znajoma była osobą niereligijną. Powiedziała, że musiała porzucić islam, żeby wyrwać się ze struktury społecznej, która ją krępowała. Zapytałem, czy gdyby religia nie była tak ściśle sprzęgnięta z tą strukturą, to miałaby u niej jakieś szanse. Uśmiechnęła się: "A ty w Polsce nie masz tego problemu?". Rozmowa zeszła na Kościół katolicki i to, jak dalece instytucja ma wpływ na kształt społeczeństwa i wybory jednostki. Okazało się, że wiedza mojej znajomej na ten temat wcale nie jest mała i nie jest też schematyczna (to znaczy Kościół nie jest dla niej synonimem opresji). W pewnym momencie powiedziała coś, co dobrze zapamiętałem: "Wiesz, islamowi przydałby się taki II Sobór Watykański II. Ale to chyba nigdy nie nastąpi...".

Historia Sadii ożywiła dyskusję na temat imigrantów, w której od lat pojawia się ten sam postulat: aby przybysze z innych kultur respektowali reguły demokracji i prawa człowieka, w tym prawo do swobodnego decydowania o własnym losie. Sprawa, jak wiemy, nie jest jednak tak prosta. Imigranci przybywają do Europy na ogół z inną wizją państwa, inną wizją rodziny, inną wizją człowieka. Zderzają się z czymś, czego nie rozumieją i nie chcą rozumieć; trzymanie się własnych zasad wydaje im się drogą bezpieczniejszą. Nawet ci, którzy nie zamykają się w fizycznym getcie, wybierają getto mentalne - a często też są w nie spychani. Sadia, jeśli dobrze rozumiem jej przypadek, nie chciała zerwać ze światem, który ją ukształtował. Jednak w obrębie tego świata decyzję o przyszłości jednostki zwyczaj przyznawał od wieków nie osobie, lecz rodzinie. Sadia wierzyła w zmianę tej sytuacji. Jej historia nie musiała mieć tak strasznego finału, niemniej nie dało się z niej usunąć owego tragicznego konfliktu.

W naszym społeczeństwie można jeszcze spotkać pary małżeńskie, które wiele lat wcześniej zostały skojarzone decyzją rodziców. Zmiana wielowiekowej tradycji, która małżeństwo traktowała jak jedną z wielu transakcji, w końcu się dokonała, ale nie była ani raptowna, ani bezbolesna. Żeby pomóc dziewczynom takim jak Sadia, nie wystarczy wzmacniać zewnętrzną presję na kulturę, w której dorastają. Rzucane w stronę imigrantów żądanie: dostosujcie się - to zaklinanie rzeczywistości. Trzeba znaleźć sposób, jak pomóc tej kulturze zmieniać się od środka. Tę właśnie myśl zawierała uwaga, którą usłyszałem od dziennikarki ze Sztokholmu: zmiana musi nastąpić wewnątrz tej kultury i - paradoksalnie - musi się dokonać siłami jej tradycji.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 06/2008