Na początek muszę się zastrzec: nie jestem ekspertem muzycznym i piszę o Konkursie jako o wydarzeniu społecznym. Jak większość zainteresowanych obserwuję je z odległości, za pośrednictwem mediów. Z pewnością inne oceny i interpretacje co do tego, czym to wydarzenie jest i co robi, formułować mogą wyróżnieni spotykający się w warszawskiej Filharmonii. Moje doświadczenie, nawet jeśli słabsze niż ich, jest jednak właściwe zdecydowanej większości tych, którzy, jak to się w popularnym skrócie mówi, „żyją Konkursem”, choć słuchają go w różnych mediach – starych i nowych.
Co to za zbiorowość (a może już nawet wspólnotę?) tworzymy i do czego ten Chopin jest nam potrzebny?
Powód nr 1: Konkurs Chopinowski jest wszędzie
Pierwsza, najbardziej oczywista odpowiedź na pytanie o siłę Konkursu brzmi: jest on wydarzeniem medialnym, to znaczy takim, któremu rangę nadaje stała obecność w „środkach przekazu”, jak już dobrze wiemy – niczego nie przekazujących, ale wytwarzających własną wersję rzeczywistości. W tej rzeczywistości właśnie i głównie w niej powstaje wrażenie, że Konkursem Chopinowskim interesuje się duża grupa wpływowych osób, choć tak naprawdę jest ich garstka i nie mają większego znaczenia.
Tego typu podejrzenia można odrzucić, jeśli weźmie się pod uwagę media tradycyjne: telewizję, radio czy prasę. Oczywiście wokół Konkursu pojawia się pewien szum medialny, częściowo wzmacniany przez zamieszanie wokół premiery filmu „Chopin, Chopin!”, nieprzypadkowo wszak zaplanowanej w pobliżu daty konkursowych zmagań, ale nie zajmuje on centralnych miejsc w najpopularniejszych kanałach.
Wprawdzie wiadomości na jego temat nieodmiennie mówią o bardzo ważnym wydarzeniu, wysokim poziomie, rosnącym zainteresowaniu itd., co pewnie oddziałuje nawet na tych, którzy nigdy transmisji z kolejnych etapów nie włączą, ale trudno uznać, że tradycyjne, „stare” media rzeczywiście wytwarzają Konkurs jako wydarzenie o szerokim zasięgu.
Powód 2: Każdy głos powiększa zasięgi Konkursu
Inaczej rzecz się ma z nowymi mediami, które oczywiście mają dziś o wiele większe znaczenie, sprawiając, że dawne tezy o wytwarzaniu rzeczywistości, budowane głównie w odniesieniu do telewizji, są w większości nieaktualne. Nasze uniwersum medialne istnieje głównie w globalnej sieci i polega nie na monopolistycznym dyktacie, ale na miękkim dostosowywaniu się i podstępnej personalizacji, która stopniowo ogranicza pole widzenia.
Nowością nie jest więc to, że Konkurs jest obecny w internecie, bo zmagania młodych pianistów można było obserwować na specjalnie utworzonej platformie już w roku 2015. Nowym czynnikiem wydaje się dynamika wymiany między oficjalnymi i nieoficjalnymi materiałami, wypowiedziami i komentarzami, sprawiająca, że Konkurs żyje na zasadzie samorozrastającej się całości, jakiejś wciąż rosnącej plechy bez jednego centrum.
W tym kontekście zaryzykowałbym tezę, że istotna nowość XIX edycji polega na tym, że w krąg słuchaczy nie tylko weszło, ale też go zdominowało pokolenie żyjące w przestrzeni nazywanej „wirtualną” i wytwarzające w niej jak najbardziej realne zjawiska, wpływy i hierarchie wartości. Aktywność w sieci ma to do siebie, że każdy może stać się jej częścią, zabrać głos, wypowiedzieć swoje zdanie. Nawet jeśli będzie to gniewne burknięcie, że Chopin jest nudny, opinia taka przyczyni się do rozrostu sieciowego bytu Konkursu.
Na dodatek dzisiejsze media żywią się sobą nawzajem, więc to, co pojawia się jako komentarz indywidualny na portalu społecznościowym, stać się może wydarzeniem relacjonowanym przez te „informacyjne”. W ten sposób „faktami medialnymi” stały się narzekania na słuchaczy kaszlących w czasie koncertów, krytyka formatu napisu z nazwą Konkursu na ścianie Filharmonii czy podobieństwo jednego z prowadzących do Chopina.
Ale dynamika sieci nie wyjaśnia całości zjawiska, bo wśród osób je współtworzących jest z pewnością wiele takich, które nie korzystają z mediów społecznościowych, nie czują się w tej przestrzeni dość pewnie i nie mają nawyku komentowania w niej wszystkiego, co się im przydarza. Internet z pewnością przyczynia się do wzmocnienia obecności i zasięgów Konkursu, ale nie on decyduje.
Powód 3: Konkurs Chopinowski przypomina widowisko sportowe
Inna popularna (i to od dawna) teza wiąże zainteresowanie Konkursem z rywalizacją. Kolejne etapy, które ktoś przechodzi lub nie, kibicowanie swoim faworytom, w tym szczególnie „naszym”, oczekiwanie na „czarnego konia”, a i nadrzędna władza sędziów, których zdania podważyć się nie da – wszystko to upodabnia Konkurs do podstawowego dla kultury współczesnej formatu spektakularnego, czyli widowiska sportowego, powiększając atrakcyjność występów kolejnych pianistek i pianistów.
Potęguje ją także i to, że kolejne konkursowe występy to widowiska same w sobie. Obejmują one nie tylko technikę pianistyczną i sposoby wykonywania poszczególnych elementów kompozycji, interpretację utworu, ale też wygląd, strój, zachowanie osoby grającej. W przypadku pianistów takim szczególnym elementem jest mimika twarzy, która staje się niejako główną sceną tego, czym dla wykonawcy jest albo też raczej – staje się to, co gra.
Dla profana, któremu niedostępne są tajniki wykonawstwa chopinowskiego, ta właśnie sfera stanowi najłatwiej dostępne pole ekspertyzy. Każdy wszak może wypowiedzieć się na temat płaczu pianistki czy fryzury pianisty, któremu grzywka wydaje się przesłaniać oczy, albo włączyć się do nierozstrzygalnej dyskusji o tym, czy na Konkursie bezwzględnie obowiązuje strój wieczorowy.
Te aspekty wzmacnia transmisja telewizyjna, która w relacjach z XIX Konkursu nieodmiennie tworzy powtarzający się schemat: oczekująca na swoją kolej osoba pokazywana jest w kuluarach, w sytuacji pozornie „prywatnej”. To w tym właśnie fragmencie pojawiają się charakterystyczne gadżety: termosy, pluszowe misie czy ogrzewacz do rąk w kształcie Pikachu, służące oczywiście zwróceniu uwagi i pomagające w zapamiętaniu danej osoby. Także po zakończeniu występu i obowiązkowym ukłonie kamera pokazuje pierwsze reakcje za kulisami – zazwyczaj bardzo krótko, ale to wystarcza zupełnie, by obramować występ jako osobną, klasycznie skomponowaną całość: wstęp, rozwinięcie, zakończenie.
Ten element widowiskowy jest lekceważony lub wręcz krytykowany przez środowisko muzyczne. W głośnym wywiadzie prof. Krzysztof Jabłoński, juror Konkursu, ostro zaatakował jego uczestniczki i uczestników, że nie dbają o ścisłe czytanie „czystej” muzyki, ale starają się elementami z nią niezwiązanymi wywrzeć wrażenie na publiczności, zdobyć poklask. Szczerze mówiąc – zatkało mnie. Wiem, że świat muzyczny jest szczególnie konserwatywny, ale wydawało mi się, że jakaś podstawowa świadomość roli występu jednak w nim istnieje.
Muzyka musi być wykonywana, każde wykonanie jest zaś występem na żywo, czynionym przez żywego, konkretnego człowieka wobec innych ludzi, w konkretnej sytuacji. Fryderyk Chopin też zdobył sławę jako charyzmatyczny wykonawca, więc zarzucanie młodym muzykom, że traktują swoją pracę całościowo, jest nieporozumieniem, zwłaszcza w sytuacji, gdy znaczna część prawdziwych miłośników Konkursu ma z nim kontakt wyłącznie przez nieuchronnie widowiskowe media.
Powód 4: Kolejne dni Konkursu Chopinowskiego są jak odcinki serialu
Telewizyjne formatowanie i wyodrębnienie występu wiąże się z następnym czynnikiem ważnym dla popularności Konkursu – jego seryjnością, by nie powiedzieć: serialowością. Kolejne występy osób grających częściowo te same utwory stanowią – jak każdy dobry serial – kompozycję uczącą swoich widzów własnych reguł. Oczywiście posiadanie wcześniejszej wiedzy na temat Chopina, pianistyki i muzyki klasycznej jest przydatne, by „żyć Konkursem”, ale nie wydaje mi się, żeby był to warunek konieczny. Wystarczy otwartość na samo wydarzenie, podstawowa ciekawość i gotowość do słuchania muzyki „poważnej”.
Włączenie transmisji – w dowolnym medium – i pewna cierpliwość wystarczą, by uruchomić mechanizm znany z seriali: zaczynamy czuć sympatię do jednej osoby, druga nas irytuje, więc chcemy się dowiedzieć, co z nimi będzie. Nawet gdy znudzi nas jeden występ, to niedługo zacznie się następny, więc można zrobić sobie małą przerwę i wrócić albo (gdy się ogląda rejestrację) po prostu przejść od razu dalej.
Jak każdy dobry serial, Konkurs operuje też dialektyką stałości i zmienności: repertuar jest częściowo taki sam, co nawet profanowi pozwala na wypowiedzenie jakichś swoich sądów, a też i uczy z czasem rozpoznawania poszczególnych utworów i ich charakterystycznych miejsc. Tego rodzaju słuchacz samouk oczywiście nie zostanie ekspertem, ale otrzymuje podstawę do posiadania i wygłaszania własnego zdania. Skoro słyszał grę kolejnych wykonawców, ma prawo powiedzieć choćby: „mnie się gra tamtego podobała bardziej”.
Ważną częścią serialu konkursowego są występy ekspertów. Tu ujawnia się charakterystyczny paradoks dzisiejszego świata medialnego. Dzięki internetowi wypowiedzieć się może każdy, ale nie każdy posiada społecznie akceptowalny autorytet, by wypowiadać się jako ekspert. Ten można oczywiście zdobyć w sieci, ale właśnie – trzeba go tam dopiero zdobyć.
Natomiast sceną główną autorytetu eksperckiego są jednak „starsze” media, z założenia zapraszające „nie każdego”, a już na pewno nie „byle kogo”. Bardzo dobrze widać to w audycjach TVP Kultura, realizowanych w niezwykle anachronicznym formacie, czasem wręcz sprawiających wrażenie nieporadnych. Ale ten ich anachronizm jest właśnie bardzo na miejscu, bo biorą w nich udział autorytety w „starym” stylu: dostojne profesorki Akademii wypowiadające się okrągłymi zdaniami, muzycy i krytycy pełni atencji i formułujący swoje sądy w odpowiednio kwiecisty sposób. Całe to towarzystwo ewidentnie czuje się w telewizji źle i nie najlepiej w niej wypada, ale właśnie dlatego jest w Chopinowskim serialu na miejscu.
Powód 5: Chcemy być częścią intelektualnej elity
Bo częścią fenomenu Konkursu jest jego przeszłość, pamięć o dawnych edycjach i świadomość, że bierze się udział w czymś, co wielkie znaczenie ma od dawna. Konkurs jest oczywiście zakorzeniony w przedwojennej, apoteozowanej tradycji II RP, ale Bogiem a prawdą swoją specyfikę i rangę zawdzięcza raczej losom powojennym. Większość edycji Konkursu (jedenaście) odbywała się wszak w czasach PRL-u, kiedy był on skutecznie wykorzystywany jako jeden z elementów soft power „ludowego” państwa.
Jego władcy o wiele lepiej znali się na kulturze niż obecnie nami rządzący (niezależnie od partii – to naprawdę na jedno wychodzi). Byli mistrzami w polityce wspierania oraz używania kultury i jako wentyla bezpieczeństwa, i jako przestrzeni zastępczych emocji, i jako narzędzia polityki wizerunkowej, adresowanej do publiczności międzynarodowej. Konkurs Chopinowski stał się ich oczkiem w głowie, bo doskonale nadawał się do stworzenia obrazu PRL jako państwa dbającego o wysoką kulturę, otwartego na „czyste” wartości i świat je reprezentujący („arystokrację ducha”).
Niejako ubocznym efektem poparcia udzielonego Konkursowi przez władze PRL było powołanie święta inteligencji – socjologicznie trudnej do zdefiniowania, a bardzo wpływowej grupy, która odgrywała w Polsce „ludowej” szczególną rolę. Tworzyła ona warstwę pozostającą w różnych relacjach z władzą, ale zarazem konsekwentnie wytwarzającą ton jej nieprzyjazny, oznaczający ją jako „łże-elitę”. Bo prawdziwa elita to ta, która słucha Chopina, chodzi do Teatru Współczesnego, śmieje się ze skeczy Dudka, czyta Sagankę i Cortázara. Dostęp do niej był długo ograniczony, aż wreszcie dzięki mediom pojawiła się szansa zapośredniczonego wprawdzie, niemniej jednak częściowo realnego współudziału.
Oglądanie Teatru Telewizji, zachwyt Kabaretem Starszych Panów, słuchanie Programu 2 (dla młodszych potem także Programu 3) Polskiego Radia pozwalało przybliżyć się do tej wyróżnionej grupy. Konkurs Chopinowski szczególnie potęgował to doświadczenie, choćby dlatego, że odbywał się rzadko i dotyczył dziedziny uznawanej powszechnie za wyjątkowo elitarną, a jednocześnie – dzięki transmisjom – był coraz szerzej dostępny. Przynależność do grona jego słuchaczy pozwalała poczuć się częścią elity, zarazem niejako ją rekonstruując.
Powód 6: Dźwięki w miejsce hałasu
Świat się bardzo zmienił, nie ma już mowy o jednym ośrodku władzy, monopolu medialnym itd. A jednak mam wrażenie, że to, co się w tym roku wytwarza wokół Konkursu Chopinowskiego, ma coś wspólnego z tamtym dawnym świętem. I nie jest to tylko nostalgia. Być może jest tak, że w świecie wszechobejmującego hałasu, w którym każdy może powiedzieć wszystko, następuje proces rekonstrukcji pozainstytucjonalnych i pozapartyjnych elit, dla których punktem orientacyjnym stają się te elementy kultury, które w najmniejszym stopniu podlegają dowolności interpretacyjnej.
Oczywiście – od interpretacji nie da się uciec. Wprawdzie eksperci muzyczni nadal wierzą w mit „czystej” muzyki, zapisanej jakoby wyłącznie w partyturach, które wystarczy „właściwie” odczytać (odwoływał się też do niego przywoływany już Krzysztof Jabłoński), ale to fikcja. Nigdy nie usłyszymy kompozycji Chopina tak, jak on je słyszał, choćby dlatego, że żył w innym świecie dźwięków niż my. Każdy, kto czyta partyturę, nie mówiąc już o wykonaniu, robi to przy pomocy niepowtarzalnego historycznego „ja” i nawet gdy wierzy, że robi to, czego chciał Chopin, to i ta jego wiara jest interpretacją.
Trzeba jednak przyznać, że w muzyce klasycznej jej wpływ jest ograniczony przez względnie wysoką precyzję zapisu nutowego oraz specjalne wymagania, które sprawiają, że nie każdy umie go odczytać. W efekcie muzyka klasyczna najbardziej opiera się władzy interpretacji i maksymalnie ogranicza jej wpływ, co widać jasno, jeśli porówna się ją z literaturą, nie mówiąc już o totalnie podbitym przez interpretację teatrze.
Powód 7: Cenimy ciężką pracę i wirtuozerię
Najbardziej też i najwyraźniej eksponuje techniczny trud i wirtuozerię wykonania. To podstawowe źródło zachwytu i uznania osób śledzących Konkurs: ileż pracy i wysiłku muszą włożyć ci młodzi, żeby tak grać! To ów trud nadaje niekwestionowaną wartość temu, czemu jest poświęcony, będąc zarazem w radykalnej opozycji do łatwości i dowolności, jaka dominuje w świecie współczesnym.
Wygląda na to, że pojawienie się w naszym cyrku bylejakości wydarzenia ujawniającego istnienie zupełnie innej hierarchii wartości przyciąga osoby mające dość władzy świata widowisk, w którym największą popularnością cieszą się osoby znane z tego, że są znane, choć w rzeczywistości niczego naprawdę nie umieją, a udający inteligentów politycy dla słupków poparcia w sondażach są w stanie błyskawicznie zmienić o sto osiemdziesiąt stopni poglądy w kwestiach tak fundamentalnych jak prawa człowieka.
Koniec końców odważyłbym się więc powiedzieć tak: radosny fenomen odnajdywania wagi i znaczenia Konkursu Chopinowskiego może być sygnałem procesu rekonstrukcji inteligencji po okresie zachłyśnięcia się kapitalizmem i uznania, że ta dziwna grupa nie jest już potrzebna, bo zastąpi ją klasa średnia.
Nie twierdzę, że inteligencja odrodzi się w dawnym stylu i odzyska dawne wpływy, bo przecież świat jest dziś zupełnie inny. Ale po klęskach, jakie ostatnio spotkały ludzi choćby tylko z nostalgią odwołujących się do inteligenckiego etosu i praktyk (a grupa to wcale nie tak mała i całkiem wpływowa), XIX Konkurs Chopinowski może być dla nich szczególną okazją do poczucia się znowu u siebie, znalezienia mocnego punktu oparcia. Czy wystarczy on do poruszenia świata? Trudno rzec. Ale przynajmniej jest się o co w płynnej ponowoczesności zaczepić.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















