Reklama

Geniusze i chów wsobny

Geniusze i chów wsobny

22.10.2021
Czyta się kilka minut
W Konkursie znalazło się troje wyjątkowych pianistów, do których będziemy wracać do końca życia. Dwoje z nich ma już zapewnioną świetną przyszłość. To nie oni potrzebowali Konkursu. To Konkurs potrzebował ich.
Fot. Wojciech Grzedziński / materiały prasowe Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego
C

Co nam powiedział tegoroczny Konkurs Chopinowski? Jury dowiodło, że dla jego wyroków nader trudno znaleźć uzasadnienie, emocje z imprezy zależą więc w dużej mierze od tego, czy ktoś lubi zawody sportowe, czy nie. W sporcie jednak są określone, jasne reguły. Tu reguła jest jeszcze jaśniejsza: jury ma zawsze rację.

Zasada ta oznacza także prymat woli jury – siedemnaściorga osób o najróżniejszych gustach – nad regulaminem. Konkurs jest zupełnie jak totolotek. Tym razem zaskoczenia mieliśmy już w eliminacjach i potem, zwłaszcza w III etapie, a ostateczne wyniki były już wisienką na torcie. I nie, nie chodzi mi o to, że wybory szacownego gremium nie pokrywają się z moimi sympatiami. Nie chodzi nawet o to, że jury – jak i wszyscy słuchacze – stopniowo dostosowuje swój poziom oczekiwań do poziomu uczestników, po tygodniu dostrzegając zalety już w takich produkcjach, które wcześniej odesłane zostałyby do domu (w finale można było znaleźć przynajmniej jedną postać, która z przyczyn czysto obiektywnych – błędów – nie powinna wyjść z I etapu). Ani o to, że większości nagrodzonych nie będziemy za 10 lat pamiętać – tak jak nie pamiętamy dorobku części członków jury.

Inne byty

Konkurs był na wyjątkowo wysokim poziomie – co nie oznacza jednak, że wszyscy grali znakomicie. Nie grali. Mimo to w ciągu tych trzech tygodni pojawiło się kilka kreacji wybitnych. I znalazło się na nim troje wyjątkowych pianistów, takich, do których będziemy wracać być może do końca życia. Dwoje z nich ma już zapewnioną świetną przyszłość. To nie oni potrzebowali Konkursu. To Konkurs potrzebował ich. Mógł ich wykorzystać, by odbudować swoją pozycję nie tylko jako wielkiego muzycznego „eventu”, który śledzą miliony fanów (lub po prostu kibiców) poprzez transmisje (znacząco zmieniające w tym roku dźwięk), lecz jako wydarzenia, które wskazuje kierunki i identyfikuje wielkości. Z czym od dekad ma poważne trudności.

Dlatego właśnie powtarzałem od pierwszego etapu, że tegoroczny Konkurs Chopinowski ma problem Bruce’a (Xiaoyu) Liu, a zwłaszcza problem Evy Gevorgyan (nie doceniłem przy tym faktu, że ma też problem Nikolaya Khozyainova). Liu i Gevorgyan to dwójka nie tylko jedyna w swoim rodzaju, ale jedyna dwójka, która wbiega właśnie – chyba że już tam jest – na szczyty. Nie wiem, jak w przypadku chińskiego Kanadyjczyka, wiem natomiast, że Armenko-Rosjanka znana jest świetnie światu muzycznemu od paru lat. Była dla Konkursu niczym gwiazda z nieba. Ktoś, kto gra najoczywistszego i najwierniejszego, najbardziej dopracowanego Chopina pod współczesnym słońcem, kto każdą napisaną przez kompozytora nutę umieszcza we właściwym miejscu i czasie, nadając jej naturalne i dramatyczne znaczenie – nic, tylko brać. Jednocześnie ewidentny fenomen Bruce’a Liu nie pozwalał widzieć w Gevorgyan, będącej objawieniem tradycyjnego, ale najczystszego i najwyższej jakości talentu – jednoznacznego faworyta. Jak wybrnąć z tej sytuacji?

Pomieszanie języków

Większość uczestników to piątkowi, a nawet szóstkowi studenci, o szybkiej i głośnej technice, często niewiele znaczenia przywiązujący do sensu w muzyce, albo choćby do starannej lektury tekstu – ale naturalni, a niekiedy spontaniczni. Oczywiście, że talenty – choć prawdę mówiąc dość skromnie, poza sprawnością palców, wyedukowane. Większość powinna odpaść jeszcze w eliminacjach, dla odmiany odpadli w nich jednak jedyni dwaj pianiści, którzy Chopina grali lirycznie, słysząc wewnętrzne głosy, podkreślane subtelnym rubato. Jednym słowem – chopiniści, bo takiej właśnie gry swych utworów oczekiwał kompozytor.

Luigi Carroccia (trochę bałaganił, prawda, ale nie więcej niż laureat III miejsca García García) i Eylam Keshet nie wprowadzali już jednak zbędnego zamieszania podczas akademickiego egzaminu, jakim był przede wszystkim I etap. Byłby to najwyraźniej niemiły ferment: na poprzednim Konkursie Carroccia doszedł przecież aż do III etapu! Tym razem nie popełniono niedopatrzenia i odrzucono go w przedbiegach.

Uczestników zakwalifikowanych do Konkursu można podzielić na grupy. Jedna to „gładcy wirtuozi”, o nienagannej technice palcowej (Bui, Shindo, Gagliano, Furumi, Kobayashi itp.) i często skłonnościach sentymentalnych (bo tyle z reguły zostaje w takim ujęciu z poezji). Następnych nazwę „rzetelnymi lektorami” – to ci, którzy grali chopinowski tekst z prostotą i często radością, czasem nawet z sensem, choć rzadko z wrażliwością na dźwięk, wielu eksploatowało więc niemiłosiernie wolumen instrumentów (od Sority, przez Sawadę i Sumino, po Hyuka Lee – wymieszałem nazwiska zarówno pianistów w pełni profesjonalnych, jak i takich, którzy nie dogrywali tekstu, a za całą ekspresję mieli zasadę „najszybciej i najgłośniej”).

Poza tym pojawili się „konstruktorzy” – pianiści mniej lub bardziej starannie budujący swe narracje, widzący ich elementy składowe i układający je tak, by nadać im znaczenie (Leonora Armellini i Nikolay Khozyainov). To podejście ma potencjał intelektualny i pozwala zatopić się w muzycznej medytacji. Z kolei „nowatorscy wizjonerzy” szukają w Chopinie nowych sensów, często mniej lub bardziej manifestacyjnie zniekształcając lekturę tekstu Chopinowskiego i logikę jego narracji: akcentując ostentacyjnie dźwięki basowego akompaniamentu, zmieniając zapisaną artykulację, stawiając niezaznaczone akcenty, operując zmianami tempa. Jeżeli robi się coś takiego nie z głębi własnego widzimisię (zwanego „przekonaniem”), lecz z głębi namysłu, potrafi taki zabieg przynieść wstrząsające rezultaty. Ani u Osokinsa, ani u Gadjieva (ani też u Gada Cremy) tych wstrząsów nie znalazłem, chociaż bywało ciekawie – taka interpretacja to zagadka, wyzwanie dla słuchacza.

Byli wreszcie „tradycjonaliści”, grający Chopina „po bożemu”, zgodnie z przyjętymi kanonami interpretacyjnymi. Indywidualność ujawnia się tu przez dogłębne zrozumienie treści i formy utworów, detali i ich roli w narracji dzieła, z zachowaniem rygorów. Do niedawna była to grupa „uprzywilejowana” – to właśnie wśród nich upatrywano najlepszych muzyków – ale jednocześnie bardzo łatwo popada się tu w konwencjonalność. Należała do niej większość Polaków (jeżeli nie wszyscy), tutaj też mieściła się Eva Gevorgyan. To też grupa najbliższa tradycji chopinowskiej w sensie akademickim.

Generalnie – duża liczba stylistyk. Często ze sobą sprzecznych i de facto niezestawialnych. Jak wskazać lepszego i gorszego pianistę – skoro mówią różnymi językami? Nie całkiem dziwię się więc dziwności ostatecznego werdyktu. Absurd był nie do uniknięcia.

Można jeszcze podzielić uczestników Konkursu w inny sposób. Pianistów będących oficjalnie studentami jurorów naliczyłem w Konkursie 22. To 25 proc. całości. W finale ten stosunek wyglądał już jednak zgoła inaczej: jurorscy studenci (5 z 12) stanowili 42 proc. Popatrzmy jeszcze na nagrodzoną ósemkę: czworo laureatów to studenci jurorów, co daje już równe 50 proc. Wbrew pozorom nie chcę przez to sugerować, że wybór był nieuczciwy albo choćby tendencyjny. Chcę raczej zwrócić uwagę, jak bardzo wsobną imprezą staje się Konkurs Chopinowski. Laureaci dawniejszych edycji stają się profesorami – i hodują kandydatów dla edycji następnych, podczas których sami zasiadają w jury. 25 proc. w punkcie wyjścia może jeszcze nie jest dzwonem bijącym na trwogę, ale 50 proc. w punkcie dojścia oznacza, że najlepsi studenci z uczelni innych niż obsadzone przez naszych jurorów z rzadka decydują się na przyjazd do Warszawy. Jeżeli jacyś tu się pojawiają – to często właśnie nieco słabsi, którzy odpadają w trakcie Konkursu. Być może to dlatego w ogóle nie jest reprezentowana na Konkursie np. pianistyka francuska. Moim zdaniem: szkoda.

W chowanego z Liu

W takiej sytuacji pojawiła się trójka pianistów wyjątkowych. Każdy odmienny: zwycięzca, nowoczesny superwirtuoz Bruce Liu, filozofujący konstruktor o nienagannej technice, eksplorujący Chopinowskie faktury i treści Nikolay Khozyainov – oraz objawienie oczywistej logiki: fraz tworzonych przez zrozumienie bez mała każdego detalu narracji – Eva Gevorgyan. Trójka pianistów górująca nad resztą nadzwyczajną skalą swego talentu, uszczegółowieniem gry, intelektem, panowaniem nad fortepianem. W tym – co podstawowe – nad dźwiękiem.


Bruce (Xiaoyu) Liu / Fot. Wojciech Grzędziński

XIII rząd Filharmonii Narodowej, z którego słuchałem Konkursu, nie jest dobrym miejscem dla fortepianu. Dźwięk ma tam skłonności do kotłowania się i bardzo wielu pianistów brzmiało bardzo agresywnie (miejscami nawet taka perfekcjonistka, jak Aimi Kobayashi). Nigdy Bruce Liu, nigdy Eva Gevorgyan, nigdy też Nikolay Khozyainov. Przypomina się opowieść Mieczysława Horszowskiego o tym, jak na transatlantyku spotkało się kilkoro sławnych pianistów. Wszyscy siadali do fortepianu, narzekając na jego zły dźwięk. Aż w końcu usiadł przy nim Walter Gieseking. I problem dźwięku przestał istnieć. XIII rząd w Filharmonii Narodowej jest więc dobrym probierzem – kto jest, a kto nie jest potomkiem Giesekinga w kwestii materii, z której pianista rzeźbi swą sztukę.

Co zrobić zatem z trójką pianistów, z których dwoje już jest gotowymi, kompletnymi fenomenami, a trzeci, choć nigdy nie będzie gwiazdą, zawsze będzie przyciągał bardziej wyrafinowanych, wymagających, inteligentnych słuchaczy?

Jury dało odpowiedź jedyną w swoim rodzaju. Intelektualiście podziękować. Najwyraźniej za dużo myślał w tym niezwykłym dziele, jakim jest Sonata h-moll. Do widzenia. Dramatyczną narratorkę, ożywiającą zrozumieniem i śpiewem każdą frazę (wyjątkowo aksamitne legato, choć w różnych głośnikach mogło brzmieć inaczej), sklasyfikujemy na równi z Hyukiem Lee. Ten gest – nawet nie braku wśród nagrodzonych, lecz otoczenia, w jakim została umieszczona Eva Gevorgyan – jest już jawną kpiną. Kpiną, która jednak nie zaszkodzi pianistce. Szkodzi natomiast – i to jak! – Konkursowi.

Czyżby zbyt trudną rzeczą było słuchanie Chopina zgodnego z literą tekstu? Granego nie dla zabawy, lecz dla przekazania istoty i treści tej muzyki? Nie mówię o moich wrażeniach – mówię o faktach, bo szczegółowa lektura tekstu jest faktem i możemy łatwo porównać jej poziomy u poszczególnych uczestników. Każdy gest gry Gevorgyan znajdował podstawę w nutach. W rezultacie jako jedyna skupiona była nie tylko na tym, by pokazać, jak świetną jest pianistką, lecz jak genialnym kompozytorem był Chopin.

Wreszcie Bruce Liu, prezentujący Chopina XXI wieku. Naturalnie, wszyscy cieszymy się, że wygrał – zasłużył na to. Ale czym? Bo, zdaniem jury, nie wykonaniem któregokolwiek z ważnych utworów. Liu jest świetny, ale mazurki lepiej zagrał Jakub Kuszlik (nagroda za mazurki). Liu jest fantastyczny, ale Koncert fortepianowy lepiej grał García García (choć znowu nie dogrywał i mylił się, aczkolwiek tym razem mniej był chaotyczny – udział orkiestry dyscyplinuje). Liu wspaniały, ale jeżeli sonata, to z Gadjievem. A i poloneza też zagrać nie umie – podobnie jak nikt inny zresztą (brak nagrody za poloneza).

Na szczęście nie przejmuję się nagrodami i cały sens Konkursu Chopinowskiego widzę w tym, że mogę przyjrzeć się wielu młodym pianistom, z których być może któregoś jeszcze kiedyś będę chciał posłuchać. Z natury obcą mi estetykę niezawodnego automatu, jaką Seong-Jin Cho podbija świat (największy sukces Konkursu Chopinowskiego ostatnich dekad – nie, nie przeoczyłem tego faktu), Bruce Liu szczęśliwie podniósł o dwa poziomy wyżej, potrafiąc zmienić sprawność i szybkość w muzykę. Wracać będę też do Evy Gevorgyan, która w 2025 r. najprawdopodobniej nie będzie już potrzebowała żadnego podobnego Konkursu. Do Khozyainova, by sprawdzić, w jaki sposób rozwija się jego myślenie o muzyce – nie tylko Chopina.


Koncert laureatów XVIII Konkursu im. Fryderyka Chopina, Warszawa 21 października 2021 r. Fot. Andrzej Iwańczuk/REPORTER n/z: Alexander Gadjiev, Martin Garcia Garcia, Leonora Armellini, Aimi Kobayashi, Eva Gevorgyan, Jakub Kuszlik

Wybiorę się pewnie na ewentualne koncerty Leonory Armellini, a nawet Alexandra Gadjieva – zwłaszcza jeżeli nie będzie grał Chopina. Sprawdzę, jak rozwija się błyskotliwy talent Piotra Alexewicza – zdecydowanie najlepszego z Polaków, mimo że III etap mu się nie udał – tak samo jak przynajmniej jednemu z uczniów jurorskich, którzy dla odmiany znaleźli się w finale. Martin García García raczej nie skłoni mnie do sprawdzenia, czy wciąż wywołuje wesołość (nie moją – po raz pierwszy słyszałem jednak, by przy odczytaniu werdyktu ktoś parsknął śmiechem). Prosty i solidny Kyohei Sorita – zależnie od repertuaru sprawdzę, czy faktycznie powiedział mi już wszystko, co miał do przekazania.

Na koniec w takim razie zastanówmy się, o co w ogóle chodzi w Konkursie Chopinowskim. Gdy powstał w 1927 r., miał typować najlepszych chopinistów: doskonałych pianistów, interpretujących Chopina w sposób szczególny, ale zgodny z Chopinowskim duchem i literą. W tej chwili wskazuje po prostu najlepszego pianistę. Słyszałem to w oficjalnej wypowiedzi dotyczącej edycji z 2015 r., mogę więc przyjąć i do bieżącej. Dlaczego nie, też jest to pomysł: repertuar chopinowski świetnie sprawdza się do wyłonienia najbardziej efektownych pianistów. Jeżeli tak, chcę tylko postawić dwie tezy.

Najlepsi pianiści powinni chyba mieć choćby poprawny warsztat. I skończmy z mydleniem oczu „chopinowskim idiomem”, „dbałością o Chopinowski testament”, „wiernością kompozytorowi” itp. Jury Konkursu Chopinowskiego wysłało w świat komunikat: jeżeli grasz to, co Chopin napisał, rozumiesz to i ożywiasz na fortepianie w sposób zgodny z literą i z duchem kompozytora, nie przyjeżdżaj do Warszawy. My szukamy kogoś innego. Jesteśmy przy tym otwarci na najróżniejsze przeróbki i na bałagan w grze. A nawet na to – ależ tak, zapewniamy! – byś nie był naszym studentem.

Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Ur. 1973. Jest krytykiem i publicystą muzycznym, historykiem kultury, współpracownikiem „Tygodnika Powszechnego” oraz Polskiego Radia Chopin, członkiem jury International Classical Music...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Na marginesie tekstu: do szału mnie doprowadza rozpowszechniająca się maniera używania angielskiej transkrypcji w polskich tekstach. Nikołaj Choziainow, na litość boską.

Otoż jest dokładnie odwrotnie. To właśnie takie myślenie, jakie zaprezentował autor tego artykułu jest wsobne. To, że taki prestiżowy konkurs muzyki klasycznej wygrał ultranowoczesny superwirtuoz, to jednoznaczne wytyczenie nowego kierunku i pokazanie współczesnemu światu jaka jest przyszłość sztuki wykonawczej (i również innej!) w XXI wieku! Nie taka, o jakiej tak pięknie rozprawia autor. Oczywiście Evie Gevorgyan i Nikołajowi Khozaynovi życzę jak najlepiej.

Jakze sie ciesze, ze i Pan ujal sie za wspaniala Ewa. Jak mozna bylo sklasyfikowac ja za Gadjijewem i Kobayaszi, ktora uspila mnie swoim koncertem, jesli nawet jej usypiajace preludia byly ponoc objawieniem - dalibog nie mam pojecia
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]