Konkurs Chopinowski zmienił adresata. Kiedyś był imprezą muzyczną, której esencję stanowili młodzi pianiści, jury i ich krytycy, w znacznej mierze reprezentujący publiczność. Publiczność wyrazistą, ale poza salą koncertową mało słyszalną. Sportowa formuła potęgowała emocje – i to jest to, co na pewno z dawnej idei Konkursu pozostało.
W tej chwili bowiem, niezależnie od wysiłków pianistów, jury czy eksperckiej krytyki, Konkurs Chopinowski stał się własnością słuchaczy. Tylko garstka z nich ma szansę znaleźć się na parę godzin w Filharmonii Narodowej. Nastąpiło jednak zbiorowe emocjonalne zagarnięcie imprezy, poniekąd przywłaszczenie jej – jej i jej bohaterów – przez słuchaczy.
Od razu wyjaśnię: to chyba największy sukces, jaki mógł się Konkursowi przydarzyć.
XIX Konkurs Chopinowski pozwolił nam na prawdziwe uczestnictwo w kulturze
Konkurs Chopinowski, z pomocą najróżniejszych nowoczesnych mediów, poszedł w świat i zdobył rzesze fanów. W tym roku było to jeszcze bardziej odczuwalne. Dzięki Konkursowi mnóstwo ludzi usłyszało Chopina po raz pierwszy – i zapewne nigdy nie zdarzyło się to na tak masową skalę. Mnóstwo ludzi zaczęło go słuchać świadomie, identyfikować i nazywać jego muzykę, formułować opinie, dostrzegać zjawisko interpretacji – czyli zaczęło faktycznie myśleć o muzyce.
To jest bezwzględna wartość Konkursu Chopinowskiego, która z edycji na edycję zdaje się być multiplikowana. W efekcie jednak Konkurs staje się publicznym igrzyskiem – albo może agonem – a tym samym na dalszy plan schodzą niektóre elementy fachowe.
Pianiści stają się bohaterami zbiorowej świadomości, a ich fani często pragną przede wszystkim utwierdzać się we własnych emocjach, a nie oceniać idoli.
W tym kontekście jurorzy jednak chętnie przyjmowani są jako eksperci, którym należy zaufać, co cieszy w dobie podważania autorytetów – choć zaskakuje, że ma to miejsce akurat w przestrzeni sztuki, gdzie każdy ma prawo do indywidualnych ocen.
Tych zresztą, wraz ze wzrostem świadomości, nie brakuje. Setki tysięcy osób w Polsce, a wielokrotnie więcej poza granicami, wyraża opinie, feruje wyroki, często potępia komentatorów (w tym piszącego te słowa – i dobrze!), czasem też jurorów (mimo wspomnianej wcześniej rewerencji), a niekiedy nawet chwali i jednych, i drugich. To się nazywa uczestnictwo w kulturze, w której przecież każdy ma prawo do własnego, pełnego bytu. I dopiero w takich warunkach ona faktycznie żyje.
Komentatorzy w takim układzie potrzebni są głównie jako przewodnicy po emocjach, mniej krytycy, stąd rola tych ostatnich stopniowo maleje – i to mimo wysiłków NIFC, zamawiającego recenzje i artykuły fachowe. Z tym też trzeba się nam pogodzić, acz ze względu na skalę wydarzenia, wciąż jest to głos słyszalny.
Do czego służy Konkurs Chopinowski – promowania gwiazd czy odkrywania talentów?
Nawet jeżeli Konkurs Chopinowski stał się imprezą przede wszystkim dla szerokiej publiczności, to jednak jego bohaterami pozostają pianiści. I tegoroczna edycja podkreśliła podstawowy dylemat: jacy pianiści? Na estradzie zderzyły się dwie ich generacje: 17-letnia młodzież (powszechnie uwielbiana Tianyao Lyu do dnia ogłoszenia wyników miała lat 16) i 30-latkowie, których profesjonalne życie z fortepianem może trwać dłużej, niż realne życie tych pierwszych.
Tak jest za każdym razem, ale przecież jasne jest, że obie grupy nie mogą mieć zestawialnego doświadczenia, znajomości repertuaru, nawet znajomości samego pianistycznego métier – choć oczywiście nadzwyczaj zdolni młodzi ludzie mogą je opanować wcześnie. Co więc mamy w nich porównywać?
Wiadomo, że punktów nie przyznaje się za potencjał. Pozostaje sama kreacja muzyki Chopina. Świetnie, ale w takim razie po co podawać wiek? Przecież zachwyt budzi też fakt, że w taki a taki sposób gra ktoś, kto ma lat 16 – co mówi o niezwykłości talentu. Nie ma wątpliwości, że rzutuje to na ocenę – w takim razie więc, skoro ma liczyć się sam efekt, wiek należałoby ukryć.

Z drugiej strony – wygrana pianisty z tej najstarszej grupy (27 lat), przede wszystkim jednak już laureata wcześniejszej edycji tego samego Konkursu, a przy tym pianisty cieszącego się poważną karierą wraz z kontraktem z nie mniej poważnym wydawcą niż Deutsche Grammophon (które jest w pakiecie korzyści płynących z Konkursu Chopinowskiego), budzi pytanie, do czego w ogóle ma służyć Konkurs Chopinowski? Czy do poprawiania pozycjonowania artysty na rynku, czy wskazywania nowych talentów?
Eric Lu nie jest modelem współczesnej chopinistyki
I tu może przyjść odpowiedź pozornie najprostsza: do wskazania najlepszego, wręcz modelowego sposobu grania Chopina. Jeżeli jednak wzorem chopinistyki miałby być wyjątkowo specyficzny Eric Lu, to oczywiste jest, że nie tylko piszący te słowa nie ma o niej pojęcia. Jak grać Chopina nie wie też nikt z członków jury (żaden nie gra go w sposób jakkolwiek zestawialny ze zwycięzcą), nie wiedzą też tego inni zwycięzcy turnieju, ani tym bardziej nie mieli o tym pojęcia tacy pianiści, jak Rubinstein, Friedman, Cortot, Hofmann czy uczeń ucznia Chopina Koczalski.
Wniosek: ta odpowiedź się nie sprawdza. Eric Lu nie jest modelem chopinistyki. Nawet współczesnej – nie otrzymał żadnej nagrody specjalnej i wystarczy spojrzeć na wszystkich innych laureatów, również różniących się od jego stylu fundamentalnie.
Nie budził przy tym gremialnego entuzjazmu publiczności czy komentatorów, ani – jak się wydawało – jurorów. Najwyraźniej wygrał więc na punkty, a nie na idee, i tu wraca pytanie, czy należy do tego samego ringu wpuszczać zawodników dwóch głęboko różnych kategorii.
Wspomniane doświadczenie – estradowe, nawet związane z tym konkretnym miejscem, z graniem z orkiestrą, z latami ogrywania wybranego repertuaru po świecie – to coś w rodzaju przejścia do odmiennej kategorii. Może jednak należałoby je ujednolicić, zawężając granice dopuszczalnego wieku i przywracając zakaz uczestnictwa byłych laureatów, który kiedyś przecież obowiązywał. Oni wykorzystali już swoją szansę i czerpią z niej profity. Pora na innych.
Kto szkoli uczestników Konkursu Chopinowskiego
Skąd jednak tych innych brać? Mimo lawiny zgłoszeń to tylko pozornie zbędne pytanie. Poza Polakami, którzy starają się tu wystartować poniekąd z automatu, większości uczestników Konkursu Chopinowskiego dostarcza zaledwie kilku światowych profesorów.
Przede wszystkim Dang Thai Son, który sam w Konkursie zwyciężył (1980) i zasiada w jury. Następnie Arie Vardi. W tym roku zupełnie zabrakło uczniów wykładającego w Mozarteum Pawła Giliłowa, do jednego przedstawiciela ograniczona też została szkoła rosyjska (pod neutralną flagą), spadła również rola włoskiej akademii w Imola.

Pojawiają się pojedynczy przedstawiciele najsławniejszych uczelni amerykańskich. Są wreszcie szkoły chińskie i japońskie, gdyż coraz więcej pianistów wyłącznie tam zdobywa umiejętności. Ostatecznie jednak to wciąż niezwykle wąski krąg, zważywszy na skalę Konkursu.
Gdzie Południowa Ameryka, która przecież dała niegdyś grupę wyjątkowo błyszczącą wśród laureatów, gdzie Londyn i wreszcie: gdzie Konserwatorium Paryskie?
Nie jest tak, że tam nigdzie nie gra się Chopina. Gra się, i to ciekawie, co słychać na estradach i na płytach. Najwyraźniej jednak tamtejsi nauczyciele nie zachęcają nikogo do startu w Warszawie.
Ten temat wraca i z pewnością został też dostrzeżony przez organizujący Konkurs NIFC. Tak przynajmniej postrzegam zapraszanie do jury francuskich pianistów (a zarazem profesorów Konserwatorium Paryskiego). Po przerwie spowodowanej skandalem z ocenami Philippe'a Entremonta, zasiadł w jury Michel Béroff (swoją drogą nauczyciel zwycięzcy Seong Jin Cho, co też pewnie jest ważnym tropem).
Pianistów znad Sekwany jednak jak nie było, tak nie ma, chyba więc trzeba stwierdzić, że ta metoda nie działa i czas pomyśleć o innej. Tym bardziej, że w tej właśnie tkwi niebezpieczeństwo, o którym pisałem już przy okazji poprzedniej edycji: chów wsobny.
Reprodukowanie laureatów Konkursu Chopinowskiego
Życie wielu pianistów związanych z Konkursem Chopinowskim zdaje się kształtować następująco: startuje w turnieju, zdobywa na nim tytuł laureata lub daje się zapamiętać w inny sposób, następnie buduje toczącą się ze zmiennym szczęściem karierę koncertową, opartą na sławie konkursowej, niekiedy ma też swoje niemal stałe miejsce w imprezach organizowanych przez NIFC.
Prędko obejmuje też stanowisko profesorskie, w Polsce lub na świecie. Po czym uczy kolejnych pianistów, których wysyła na Konkurs Chopinowski – oni zaś zdobywają którąś z nagród lub dają się zauważyć itd. Czy mniej więcej nie tak wygląda model reprodukcyjny Konkursu Chopinowskiego?
Co za tym idzie, reprodukowane są także wzorce pianistyczne, tworząc i utrwalając pewien akademicki model grania konkursowego, zamiast otwierania się na nowe lub choćby na odmienne tradycje. To też może być powód, dla którego inne szkoły, o bardziej indywidualnym sposobie widzenia Chopina (a akurat francuska może się tym pochwalić), nawet nie próbują być reprezentowane na Konkursie. Od wielu dekad przecież nie pojawił się w Warszawie nikt z poważnych reprezentantów francuskiej pianistyki.
Z pewnością sprawa jest bardziej złożona i w grę wchodzi więcej problemów. Czy nie należy do nich przeładowanie programu? Cztery etapy, z których trzy mają po 50 minut. Tak, są na świecie konkursy o większych wymaganiach repertuarowych, ale jeżeli ktoś nie chce się przez długi czas ograniczać wyłącznie do Chopina, skorzysta z propozycji tych innych turniejów.
Droga wolna – wykrzykniemy – każdy ma prawo sięgać po to, co mu bardziej pasuje, a tu ma być właśnie test z Chopina! Jasne, ale zdecydowanie nie potrzebujemy aż takiej ilości powtarzanych utworów i form, by ocenić pianistę, możliwe natomiast, że skutecznie zniechęcamy tych wybitnych artystów, którzy akurat chcą też pograć sporo Scarlattiego i Debussy'ego, albo Beethovena i Mozarta.
Przygotowanie niemal trzech godzin muzyki samego Chopina (ba, więcej, jeżeli doliczymy eliminacje), 1/3 jego całego oeuvre, bardzo ogranicza zajmowanie się czymkolwiek innym – oczywiście zakładając, że ktoś przygotowuje się solidnie. I stąd może tak częste na Konkursie słabe przygotowanie wielu kompozycji, zwłaszcza pod względem koncepcyjnym. Jeżeli niektórzy potrzebują kilku miesięcy na naukę programu, a kiedyś pianiści – nie mniej zdolni i nie mniej oddani – potrzebowali na to paru lat, efekty muszą być słyszalne. I są.
Zrezygnujmy z laureatów-pedagogów w jury Konkursu Chopinowskiego
Kolejny powód, który może ograniczać chęć przyjazdu osób z zewnątrz: zasiadanie w jury osób, których uczniowie startują w konkursie. Wiemy, że nikt nie może oceniać swojego studenta, ale w tej chwili karencja ta trwa tylko 4 lata – czyli jeżeli ktoś skończył naukę we wrześniu 2021, jego mistrz już stawia mu noty.
Nie, żebym sugerował, że jest w tym coś niemoralnego, ale rozumiem, że ktoś nie posiadający swojego reprezentanta w jury niekoniecznie chce ryzykować konkurowanie z tymi, którzy tych reprezentantów mają. I przykład Mateusza Dubiela, zwycięzcy Ogólnopolskiego Konkursu Chopinowskiego, który nie zakwalifikował się nawet do rundy drugiej, podobnie jak przykład tych, którzy nawet nie przeszli eliminacji – do tego ryzyka nie zachęca.
Może czas jednak radykalnie skończyć z tym zwyczajem (zamiast żonglować przepisami), zdobywając się na odwagę odpowiedzi na pytanie, czy mamy zrezygnować z naszych laureatów-pedagogów w jury? I z Dang Thai Sona? Otóż: tak, oczywiście. To po prostu konieczne. Zwłaszcza w obliczu zwycięstwa Erica Lu, który w swej konkursowej notce biograficznej wyjątkowo nie pochwalił się, u kogo studiował.
Dziwna punktacja Konkursu Chopinowskiego
Przyznam, że nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak wielu członków jury – zapewne bezwiednie – de facto sabotuje pracę swoją i NIFC-u. System liczenia głosów jest dość skomplikowany, ale samego głosowania prosty: każdy z sędziów ma do dyspozycji skalę od 1 do 25 punktów.

Z jakiegoś powodu jednak większość jurorów mieści swoje oceny między 20 (może 19) a 25. Jakby wychodzili z założenia, że 1 punkt jest dla tych, którzy jeszcze nie potrafią zagrać niczego, 10 dla tych, którzy jakoś klecą nuty, a opanowane pamięciowo i technicznie utwory Chopin to już 18.
Skala ocen zaczyna się więc w tym miejscu – bo oczywiście na Konkurs dopuszczeni zostali wyłącznie pianiści, którzy ten warunek spełniają. Nie tylko ja mam więc wrażenie, że siedzę na wielkim szkolnym egzaminie, również jurorzy w ten sposób oceniają, przyznając – jako że grają ich najlepsi studenci – wyłącznie czwórki i piątki. Czyli rozdają między 19 a 25 w skali 25-punktowej.
To zawężenie skali wprowadza jednak zamieszanie: w efekcie pianiści poważnie różniący się jakością gry bardzo nieznacznie albo wręcz minimalnie różnią się w punktach. A tymczasem różnice mogłyby być wyraźne, rzędu kilku punktów – i to po to NIFC wprowadził tak szeroką skalę. Deklaracje dyrektora Instytutu i Konkursu, Artura Szklenera, o dążeniu do transparentności, znajdują tutaj odbicie w prostym i skutecznym narzędziu – z którego następnie jurorzy nie korzystają. Warto ich ośmielić!
Jak widać, nie trzeba sięgać do rozpatrywania słuszności werdyktu, by Konkurs Chopinowski budził wiele wątpliwości. Od strony organizacyjnej przygotowany sprawnie (choć słuchacze narzekali na system sprzedaży biletów albo niedziałającą aplikację), od strony ideowej – zawsze będzie różne pytania stawiał. Miejmy jednak nadzieję, że za pięć lat będziemy mieli wątpliwości nowe, a nie dotychczasowe, w komplecie.
Chopin i tak sobie poradzi.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















