Reklama

Retoryka kolorowych zadków

Retoryka kolorowych zadków

09.05.2022
Czyta się kilka minut
Można metafory, którymi posługują się literaci piszący o literaturze, traktować jako wyraz megalomanii, ale byłoby to małoduszne. Język naprawdę jest materią oporu, a robota literacka jest robotą „brudną”.
MICHAKLOOTWIJK / STOCK.ADOBE.COM
I

Istnieją zwierzęta o wielobarwnej sierści; na ich spiczastych pyskach i niewiarygodnych zadach widnieje prawdziwy katalog miniaturowych malowideł. Ich sylwetki wzmacnia i wspiera system znaków, sieć niezwykłych izoglos, agresywnych i bezgłośnych, czyni z przypadkowego ciała dyskurs, sztuczną fantazję. Absurdalne i niepodważalne szlachectwo zdobi je niczym sztandar, materia, okrutny herb. Tak samo człowieka spowija bezużyteczna i zaszczytna chorągiew, płaszcz i całun nieprzylegający do ciała niczym niedopasowany i wytworny gorset. Podobnie jak mandryl nic nie może poradzić na retorykę swoich kolorowych pośladków, tak i my nie możemy uwolnić się od tego cudownego przekleństwa, tego miękkiego runa ze słów”.

Uwierzycie Państwo, jeśli Wam powiem, że fragment powyższy mówi o tym, czym jest literatura? Że cała ta misterna i pełna sprzeczności konstrukcja, do której użyte zostały przykłady zaczerpnięte ze świata zwierząt, ale też z ludzkiej garderoby, jest głosem w dyskusji o jej moralności i niemoralności? Cytat pochodzi ze sławnego eseju zatytułowanego „Literatura jako kłamstwo”, opublikowanego w 1967 r. przez włoskiego krytyka Giorgia Marinellego (na polski przełożyła go Joanna Ugniewska). W stosunkowo niedługim tekście Marinelli posługuje się całym ciągiem podobnych obrazów, czerpanych z różnych dziedzin – nauki, historii, religii, obyczajowości – niektóre opatrując interpretacjami, inne pozostawiając jako sugestie. Jest przy tym żywiołowy i prowokujący, obie te cechy są dlań zresztą znamieniem prawdziwej literatury. Szeregu metafor, którymi się posługuje, nie sposób sprowadzić do jednego znaczenia; byłoby to również sprzeczne z wizją literatury, którą proponuje. Literatura to dlań (cytuję komentarz tłumaczki) „samonapędzający się mechanizm, samowystarczalny, zamknięty układ”, przetwarzający rzeczywistość na figury retoryczne. Jednak stałym celem tych retorycznych zabiegów, pisze Marinelli, jest „efekt całkowitej wieloznaczności”. I kończy swój esej kolejnym zestawem porównań niedających się sprowadzić do niesprzeczności: literatura, powiada, „rzuca nam wyzwanie, ofiarowuje magiczną skórę zwierzęcia, mechanizm, kostkę do gry, relikwię, roztargnioną ironię godła”.

Ryby rzucone na ląd

Esej Marinellego jest bardziej manifestem niż tekstem sensu stricto krytycznym czy teoretycznym. Sposób formułowania i prezentowania poglądów jest w nim zgodny z tym, czego autor oczekuje od literatury. Mówiąc wprost: Marinelli postuluje i praktykuje jednocześnie. Ale jego esej, zwłaszcza w kontekście rozważań o literaturze jako informacji, jest interesujący także z innego powodu: otrzymujemy tu w dość wysokim stężeniu coś, co jest charakterystyczną cechą wielu metaliterackich komentarzy, zwłaszcza tych, których autorkami bądź autorami są osoby same parające się literaturą. (Godzi się w tym miejscu przypomnieć, że Giorgio Marinelli był także cenionym prozaikiem; polskim czytelniczkom i czytelnikom może być znany jako autor książki „Centuria. Sto krótkich powieści rzek”, opublikowanej kilka lat temu w przekładzie Hanny Kralowej.) Kiedy piszący próbują nazwać coś, co uznają za istotę własnych wysiłków – i nie chodzi przy tym o techniczną biegłość czy łatwe do opisania kwestie formalne – najchętniej sięgają po metaforę lub wiązkę metafor, w szczególności takich, które sugerują, że mamy do czynienia z czymś trudno uchwytnym, paradoksalnym, tajemniczym.

Przykładów jest aż nadto. Przywołajmy – by trzymać się porównań odsyłających do świata zwierzęcego – sławne zdanie Carla Sandburga, że poezja to „dziennik życia zwierząt morskich, które chodzą po ziemi, a chciałyby latać”. O czym tu właściwie mowa? O literaturze czy o naturze ludzkiej, której literatura jest jedynie przejawem? Bez względu na to, jak odpowiemy na powyższe pytania, formuła Sandburga wskazuje na to, co – jak mówi definicja paradoksu – jest wewnętrznie nietożsame, rozdzierane sprzecznymi dążeniami. Słowo „dziennik” sugeruje, że mamy do czynienia ze stale odczuwanym napięciem, a odwołanie do trzech etapów ewolucji – że chodzi o coś tkwiącego w nas bardzo głęboko. Można by formułę Sandburga zinterpretować tak: literatura jest dzieckiem ewolucji, ale dzieckiem zbuntowanym wobec własnego rodowodu. Albo nawet tak: literatura pozwala nam przeżywać rzeczywistość we wszystkich jej wymiarach naraz, także w jej poniechanych możliwościach, nieokreślonych dążeniach i nieuzasadnionych tęsknotach. A taka interpretacja skojarzyłaby się nam z kolei ze sławnym zdaniem wypowiedzianym przez Brunona Schulza w rozmowie z Witkacym: że gdyby sztuka miała tylko potwierdzać, co skądinąd zostało ustalone – byłaby niepotrzebna. „Jej rolą jest być sondą zapuszczoną w bezimienne. Artysta jest aparatem rejestrującym procesy w głębi, gdzie tworzy się wartość”.

Najwięcej znaczeń

Literatura – a ściślej: jej najambitniejsza, najbardziej skupiona na wewnątrzliterackich celach część – jest opowieścią o napięciu, jakie nieuchronnie powstaje na styku tych różnych dążeń. Przede wszystkim jednak – napięciu między żywiołem a formą, między (by raz jeszcze wrócić do formuł Marinellego) tym, co bezkształtne, bezładne, a retoryką, obrzędem. Literatura chciałaby naśladować żywioł (mowy? życia jako takiego?) w jego spontaniczności, kapryśności, wieloznaczności, także w tym, co w nim pozasłowne czy nawet przedsłowne, ma jednak do dyspozycji tylko sformalizowany zapis, coś ukształtowanego, ustalonego, zatrzymanego w określonych gestach i znaczeniach. Co zatem może zrobić? Może się w nich rozpychać, mniej lub bardziej ostentacyjnie kwestionować to, co zastałe (nie zawsze najbardziej hałaśliwe wystąpienia są najbardziej rewelatorskie), szukać szczelin i zarysowań tam, gdzie przywykło się widzieć gładkie, solidne powierzchnie. Wydobywać na wierzch sprzeczności, obnażać własne niekonsekwencje, ale też troszczyć się, by język, którym się porozumiewamy, nie „kamieniał”, zachowywał niezbędną elastyczność. „Kij ma dwa końce, a język więcej”, miał powiedzieć kiedyś na spotkaniu z młodymi Tymoteusz Karpowicz. Stanisław Srokowski, który przywołuje tę anegdotę, zauważa, że gdy hasłem Norwida było: „Odpowiednie dać rzeczy słowo”, a hasłem Przybosia: „Najmniej słów”, Karpowicz przekracza tamte doświadczenia i powiada: „Najwięcej znaczeń”.

Można metafory, którymi posługują się literaci piszący o literaturze, traktować jako wyraz megalomanii, ale byłoby to małoduszne. Sugeruję, żeby na „politykę informacyjną”, jaką prowadzą, spojrzeć bardziej przychylnie: język naprawdę jest materią oporu, a robota literacka jest robotą „brudną”. Można, oczywiście, mówić o niej w sposób – jak to przywykliśmy nazywać – konkretny, nierozwichrzony, ale czy rzeczywiście łatwiej byłoby się nam porozumieć, wcale nie jestem pewien. Metaforyczny obraz czy też, jak u Marinellego, sekwencja obrazów, łapie kilka srok za ogon, przede wszystkim jednak zwraca naszą uwagę na złożoność tego niezwykłego procesu przechodzenia od niewypowiedzianego do słowa. Zwłaszcza słowa – jak w literaturze – świadomego siebie, na sobie skupionego, przyglądającego się sobie z niedowierzaniem, czasem podziwem, czasem złością. ©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Wojciech Bonowicz / Fot. Grażyna Makara
Poeta, publicysta, stały felietonista „Tygodnika Powszechnego”. Jako poeta debiutował w 1995 tomem „Wybór większości”. Laureat m.in. nagrody głównej w konkursach poetyckich „Nowego Nurtu” (...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]