W Republice Środkowoafrykańskiej wojny i rebelie wybuchają co kilka lat. W 2003 r., po trzech latach walk, władzę przejął François Bozizé, 57-letni wojskowy, który wystąpił przeciw urzędującemu prezydentowi. Dwa lata później sam wystartował w wyborach prezydenckich i je wygrał. W kraju trwała już kolejna wojna domowa. Bozizé otrzymał wsparcie sąsiedniego Czadu, podpisano traktat pokojowy, na mocy którego rebeliantów objęto amnestią.
Ale to tylko na krótko uspokoiło sytuację. Najpierw w 2010, potem w 2012 r. doszło do nowych wystąpień, których celem było obalenie dotychczasowej władzy. Różne formacje rebelianckie stworzyły koalicję „Seleka” (Przymierze). W grudniu 2012 r. rebelianci ruszyli na stolicę kraju, Bangi. Dzięki interwencji międzynarodowej, udało się doprowadzić do rozejmu. Ale w marcu tego roku konflikt wybuchł na nowo. „Seleka” zajęła stolicę, Bozizé zbiegł. Nowym prezydentem został przywódca koalicji Michel Djotodia...
OPOWIEŚĆ MISJONARZA
Kraj biedny i skorumpowany, pod rządami „Seleki” pogrąża się w anarchii. Krążą po nim oddziały najemników, którzy sami muszą „uzbierać” sobie żołd. Nie wiadomo, kto jest przedstawicielem nowej władzy, a kto samozwańcem. W dodatku podsycane są religijne animozje; na teren RŚA ściągają niedobitki partyzantek z innych krajów.
– Pojawili się wczesnym przedpołudniem – opowiada polski misjonarz z Ndim, ojciec Robert Wieczorek, kapucyn. – Zaczęło się pozytywnie: zatrzymali się opodal, przy skrzyżowaniu wiodącym do nowicjatu, by nie siać paniki wśród mrowia ludzi na targowisku. Potem grzecznie udali się do pani burmistrz. Ja w tym czasie doglądałem budowy u sióstr i usiadłem w biurze z katechistami. Wtem wpada stróż: ludzie krzyczą, że rebelianci dobrali się do kasy oszczędnościowej i rozwalają drzwi.
– Wskoczyłem w habit i poszedłem na miejsce – mówi o. Wieczorek. – Jest ich z dziesięciu, w mundurach i pod bronią, w turbanach i opaskach. Szybko poradzili sobie z kratą i dwoma drewnianymi drzwiami. Właśnie mocują się z kasą pancerną. Widok białego zakonnika jest na tyle niespodziewany, że nikt nie protestuje przeciw mojej obecności. Pytam ich w sango [miejscowym języku – red.], co tu robią. Oni wymieniają parę zdań po arabsku. Ich arabski jest dziwny, rozumiem piąte przez dziesiąte. Ale najistotniejsze łapię: weszli tu, bo to bank państwowy. „Ależ nie”, perswaduję, „ta kasa jest założona przez Kościół dla tutejszych ludzi”. I tłumaczę im znak Caritas na arabskie mahabba. Od razu ich szef woła: „Ale popatrz, przecież nic nie skasowaliśmy”. Jak to należy do Kanisa (Kościoła), to oni wychodzą – za co im też skwapliwie „dziękuję”.
CZEKAJĄC W GOTOWOŚCI
Mieszkańcy wiosek, w których są misjonarze, mogą przynajmniej liczyć, że ktoś stanie w ich obronie. Inni po prostu ratują się ucieczką. Organizacja Lekarze bez Granic informuje, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy straciło dach nad głową ćwierć miliona mieszkańców RŚA. Półtora miliona wymaga szybkiej pomocy, ponieważ wątłe struktury państwowe się rozsypały. Tymczasem na początku września obalony prezydent rozpoczął kontrofensywę...
„Generalnie mieszkańców naszej wsi można podzielić na dwie grupy – czytam na blogu polskiej pielęgniarki, pracującej w szpitalu w Bagandou. – Pierwsza to ludzie, którzy w ramach prewencji, jak tylko usłyszeli, że rebelianci mają zostać na dłużej, wynieśli się do lasu i nie wychodzą z niego od co najmniej trzech tygodni. Biorą oni pod uwagę opcję, że jeśli »Seleka« nadal będzie grzeczna, spróbują wrócić do swoich domów. Drudzy, czyli reszta, to ci, którzy odważyli się jeszcze nie uciekać. Czekają w pełnej gotowości, mając cały dobytek pod ręką, żeby czmychnąć, jeśli tylko grzeczna »Seleka« przestanie być grzeczna”.
Polska Caritas organizuje pomoc. Potrzebne są pieniądze, bo wyżywienie i naty, czyli plecione posłania, na których mogliby spać uchodźcy, można kupić na miejscu (i tak jest taniej). Republika Środkowoafrykańska sama sobie nie pomoże, wiele zależy od innych państw Afryki – i decyzji podejmowanych w Europie i Waszyngtonie. RŚA ma bogate złoża ropy i uranu, na razie nie eksploatowane. Te złoża są dobrodziejstwem i przekleństwem: to właśnie o kontrolę nad nimi toczą się walki.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















