Lufa przy skroni

W Republice Środkowoafrykańskiej trzeba nie tylko rozbroić ręce z karabinów, ale także serca z obłędu zemsty – ocenia polski biskup, wieloletni misjonarz.

28.08.2017

Czyta się kilka minut

Bojownicy Antibalaki walczący z muzułmańskimi rebeliantami. Gambo, RŚA, 16 sierpnia 2017 r. / ALEXIS HUGUET / AFP / EAST NEWS
Bojownicy Antibalaki walczący z muzułmańskimi rebeliantami. Gambo, RŚA, 16 sierpnia 2017 r. / ALEXIS HUGUET / AFP / EAST NEWS

Tu są diamenty, tu jest złoto, a tu ropa – mówi, stukając długopisem w nakreśloną naprędce mapę. – Z powodu tych bogactw siedzimy na beczce prochu.

Mapa przedstawia Republikę Środkowoafrykańską. Połowa ze wskazanych miejsc znajduje się na terenie jego diecezji, Kaga-Bandoro. Bp Tadeusz Kusy jest na krótkich wakacjach w Polsce, spotykamy się u franciszkanów w Katowicach-Panewnikach, kiedyś jego macierzystym klasztorze. Od 1979 r. przebywa na misjach w Afryce. Trzy lata temu Franciszek mianował go biskupem.

Właśnie otrzymał maila od niedawno mianowanego przez papieża kardynałem Dieudonné Nzapalainga. – Kardynał, powołując się na jeden z kameruńskich dzienników, przesłał informację, że na lotnisku w Duali u mężczyzny pochodzenia libańskiego, podróżującego z brytyjskim paszportem, znaleziono diamenty warte 800 tys. euro – mówi biskup.

Bogactwo to paradoksalnie przekleństwo tego kraju.

Spalone obozowisko

We wrześniu rok temu bp Kusy przesłał do Polski list. „Być może coś przeniknęło do wiadomości dzienników w Europie (wczoraj wieczorem była krótka informacja w telewizji francuskiej), więc może i w Polsce było coś o ostatnich wydarzeniach w RŚA? Aby nie było niejasności, piszę o tym z naszego podwórka. U nas w trzech parafiach dekanatu centrum, to znaczy dwóch w Kaga-Bandoro i jednej 10 km od katedry, co najmniej kilkanaście osób straciło życie w czasie ataków i przemieszczeń po wioskach uzbrojonych rebeliantów muzułmańskich. Kilka dni wcześniej sterroryzowali personel szpitala i chorych, którzy w popłochu uciekli, a rabusie zabrali się do dzieła. Są mniejszością w kraju. Zagarnięta przemocą władza w marcu 2013 r. skończyła się katastrofą polityczną i społeczną dla państwa. Do dziś okupują większą część terytorium kraju, nękają ludzi, kradną, palą domy, zabijają... Wydawało się, że przez ostatnie miesiące niejako już coś się uspokoiło, a tu na nowo tyle zła” – pisał.

To był wyjątkowo trudny czas. W październiku, w przeddzień, kiedy rebelianci muzułmańscy zaatakowali dzielnicę chrześcijańską, miał miejsce pewien incydent. Nocą trzech muzułmanów wdarło się do domu pracownika lokalnego radia, żeby zrabować agregat prądotwórczy. Według biskupa Kusego to mogła być prowokacja. – Bronił się, używając jakiegoś ciężkiego przedmiotu. Jeden z rebeliantów padł martwy. Pozostali uciekli. Następnego dnia rano zebrała się duża grupa uzbrojonych, przeszli przez most nad rzeką Nana, która płynie środkiem miasteczka, i w odwecie za zabicie tego człowieka zaczęli atakować bazy ośrodków humanitarnych, niszczyć i rabować. Całą jedną dzielnicę domów spalili, wielu ludzi zabili, niektórym z nich podrzynając gardła. Zabili między innymi kilku katechetów i nauczycieli. Kiedy doszli do katedry, wpadli do budynku probostwa, gdzie było jeszcze kilku księży, którzy nie zdążyli wyjechać po zebraniu. Rozwalili drzwi, weszli do pokojów, wzięli komputery, z biura ekonoma zabrali pieniądze. U mnie też sporo zniszczyli – wspomina. Rebelianci brali wszystko: materace, łóżka. Zniszczyli też dwanaście budynków centrum katechetycznego oraz przychodnię.

Po tygodniu odbyły się rozmowy z liderami religijnymi i świeckimi. – Przyszedł imam i nauczyciel Koranu, mówili, że są za pokojem. Przekonywali, że w ową feralną noc była stypa. Tłumaczyli tych trzech. My im mówiliśmy, że ten, co został zabity, był uzbrojonym złodziejem, który przyszedł kraść. Wiedzieliśmy, że żadnej stypy nie było – opowiada misjonarz.

W tym czasie zniszczony został również obóz dla uciekinierów, który dwa lata wcześniej powstał w pobliżu budynku biskupa. Przebywały w nim osoby z różnych dzielnic, około 15 tys. ludzi, ofiar ciągłych ataków i agresji. – W czasie październikowego ataku obozowisko zostało podpalone, niektórzy starsi ludzie spłonęli żywcem, inni uciekli kilometr dalej na początek pasa startowego, w pobliżu którego stacjonuje baza wojskowa ONZ. Gdyby nie kilku Burundyjczyków z ONZ, byłoby źle. Niestety żołnierze ONZ nie zawsze reagują, bo głównie są to muzułmanie z Pakistanu, Maroka, Bangladeszu i Mauretanii – mówi.

Po kilku dniach dowiedział się od ludzi, że podczas tych zamieszek przed jego domem zginął rebeliant, który wyniósł torbę z pastorałem. Nie była to jedyna strata, bo ktoś inny ukradł też walizeczkę liturgiczną. Bp Kusy przechowywał w niej kielich, patenę, oleje do bierzmowania, wszystko, co jest konieczne, żeby odprawić mszę w małych wioskach w buszu. – To była walizka-kapliczka. Zabieramy ją ze sobą, kiedy jedziemy do oddalonych wiosek. Przypomina trochę walizkę dyplomatkę z kodem, którego zresztą nie używałem. Znalazłem później tę walizkę rozprutą w rzece, jak woda zeszła po powodzi, a w wysuszonym błocie patenę i naczyńko z olejem – wspomina bp Kusy.

Starsi pamiętają Bokassę

Republika Środkowoafrykańska jest dawną kolonią francuską. Niepodległość odzyskała w 1960 r., ale sytuacji jak dotąd nie udało się na dłużej ustabilizować. – Najstarsi pamiętają Bokassę. Był kapitanem w wojsku francuskim. Kiedy przejął władzę, ogłosił się szefem armii, później prezydentem, w końcu cesarzem. Miał nawet jakieś pomysły na gospodarkę, jak rozwój plantacji bawełny, kawy, zrobił z tego zyskowny interes, ale w końcu megalomania Bokassy posunęła się za daleko – mówi bp Kusy.

Cesarz Bokassa I, wcześniej Jean-Bédel Bokassa, zapamiętany został m.in. z tego, że w 1976 r. wydał 20 mln dolarów na ceremonię wzorowaną na koronacji Napoleona Bonaparte, w trakcie której miał na głowie koronę wykonaną z dwóch tysięcy diamentów. Zmienił nazwę kraju na Cesarstwo Środkowoafrykańskie, doprowadził je do bankructwa, a po zmasakrowaniu w 1979 r. protestów uczniów, którzy nie chcieli nosić uniformów, został obalony przez swojego kuzyna Davida Dacko. Miał 17 żon i ponad 50 dzieci. Zmarł w 1996 r.

– Od czasu uzyskania niepodległości było kilkanaście nieudanych przewrotów. Ostatnie dwa – z 2003 i 2013 r. – mają charakter wojny. Wcześniejsze ograniczały się do stolicy Bangi, ale w pozostałej części kraju nie było większych zniszczeń. Przewroty miały głównie charakter polityczny, ograniczający się do budynków administracyjnych, lotniska, radia, pałacu prezydenckiego. Ludzie nie odczuwali specjalnie zmian na swojej skórze. Niestety ostatnie przewroty miały szeroki zasięg. W 2003 r. François Bozizé pozamiatał od Czadu na północy, do stolicy Bangi na południu – mówi. Podobnie było cztery lata temu, kiedy go obalono.

Haracz za krowę

Według biskupa Kusego w Kaga-Bandoro daleko jeszcze do normalizacji stosunków pomiędzy społecznością muzułmańską i niemuzułmańską. – Trzy tysiące muzułmanów wyrzuciło 15 tys. niemuzułmanów. Jak idą na targowisko albo do kościoła, to przechodzą obok swoich domów, które są teraz zamieszkałe przez rodziny muzułmańskie. Tak, nasze miasto jest okupowane przez rebeliantów – mówi misjonarz.

Muzułmanie to ok. 10-12 proc. ludności kraju, ale jak dodaje franciszkanin, po RŚA grasuje kilka tysięcy uzbrojonych w kałasznikowy grup rebelianckich. Kiedy mówi „niemuzułmanie”, ma na myśli katolików (ok. 35 proc.), protestantów (45 proc.) oraz grupy żyjące tradycją wierzeń afrykańskich przodków.

Tradycyjnie muzułmanie trudnią się handlem, hodowlą i sprzedażą bydła. – Ale żywność i produkty rolne kupują na targowisku u rolników niemuzułmańskich – dodaje. Raz w tygodniu w Kaga-Bandoro odbywa się targ krów. Swoje stada spędzają między innymi nomadzi muzułmańscy z Czadu. – Rebelianci ustawiają w tym czasie bariery i trzeba zapłacić haracz. Od niemuzułmanów biorą równowartość 40 euro za sztukę bydła kupioną na targu za jakieś 170 euro. Ale muzułmańscy handlarze też ich mają dość. Rebelianci działają jak mafia. Mówią: „My mamy broń, bronimy was, więc musicie nam za to zapłacić” – opowiada misjonarz. W kraju jest szesnaście prefektur, ale tylko w czterech jest spokojnie. – Do pozostałych nie dociera władza państwowa, nie ma żandarmów ani policji, nie mówiąc o wojsku, które poszło w rozsypkę trzy lata temu. A nasza diecezja jest w środku tego wszystkiego – podkreśla.

Problemem są także grupy młodych niemuzułmanów tworzone przeciw rebeliantom (m.in. tzw. Antibalaka). Powstawały jako luźno zorganizowane grupy samoobrony. – Niestety też zrobili się bandytami. Mamy z nimi wielki problem. W maju to właśnie oni zaatakowali dzielnicę muzułmańską w Bangassou, 750 km na wschód od stolicy. Bangassou była moją pierwszą diecezją, gdzie pracowałem jako proboszcz parafii. Młodzi zabili muzułmanów, a na dodatek grupy muzułmańskie też walczą tam między sobą o teren – opowiada.

– To jest konflikt polityczny czy religijny? – pytam.

– Polityczny, ale grają na uczuciach religijnych – odpowiada biskup.

– Strzelają do duchownych?

– Raczej nie, chociaż czasem biją albo przystawią lufę karabinu do głowy. Jeden biskup został jakiś czas temu uprowadzony. To był Afrykańczyk. Wiem tylko, że wieźli go w stronę Czadu i trzymali przez 48 godzin. Udało się go wyswobodzić.

Jedna trzecia Polski

Bp Tadeusz Kusy urodził się w 1951 r. w Cieszynie. O swoim powołaniu mówi niewiele. Kontakt z franciszkanami miał jednak od najmłodszych lat, kiedy zakonnicy w czasie wakacji przyjeżdżali na zastępstwo do kościoła św. Elżbiety w Cieszynie. Po ukończeniu liceum w 1969 r. zgłosił się do franciszkanów w ­Katowicach. Święcenie kapłańskie przyjął w 1976 r. Kiedy był w nowicjacie, pojawili się franciszkanie z Belgii, prosząc o misjonarzy do Zairu, dzisiejszego Konga. Zgłosił się, będąc już wikarym w Panewnikach. Dobrze pamięta dzień, kiedy leciał do Afryki. To było 10 czerwca 1979 r., w uroczystość Przenajświętszej Trójcy, Jan Paweł II wracał wtedy z Krakowa do Rzymu. W Zairze Kusy był do grudnia 1986 r., następnie spędził dwa lata w Instytucie Nauk i Teologii Religii w Paryżu. W 1990 r. poleciał do Republiki Środkowoafrykańskiej i już tam został.

Bp Tadeusz Kusy, lipiec 2016 r. / STANISŁAW ROZPĘDZIK / PAP

 

Diecezja Kaga-Bandoro jest jedną z dziewięciu w RŚA. Spośród dziewięciu biskupów – pięciu to Afrykanie, pozostali to Europejczycy. W diecezji Kaga-Bandoro jest 11 parafii i 35 kapłanów diecezjalnych, pracuje 27, pozostali są na misjach, niektórzy na leczeniu.

Częstotliwość odprawiania mszy zależy od wielkości parafii, która może liczyć od 12 do 20 wspólnot. Tam, gdzie jest dwóch kapłanów, msze odbywają się raz na miesiąc lub na dwa miesiące. W odleglejszych i trudniej dostępnych miejscach kilka razy w roku. Ostatnia parafia na północy kraju znajduje się ok. 320 km od siedziby biskupa. – Parafia jest na granicy z Czadem. Tam się zaczęła w 2013 r. rebelia – mówi franciszkanin.

Teren, jakim kieruje biskup z Kaga-Bandoro, to mniej więcej jedna trzecia Polski. Od grudnia do czerwca biskup wizytuje parafie. Łącznie mieszka w nich ok. 100 tys. diecezjan na 290 tys. osób zamieszkujących w granicach diecezji. Wielu uciekło na południe, w kierunku stolicy, gdzie są prefekt, mer, żandarmi.

– Mimo trudności przygotowujemy ludzi do sakramentów, organizujemy formacje świeckich, zajmujemy się powołaniami. Obecnie mamy trzech nowych kapłanów i czterech diakonów, którzy skończyli teologię w Kamerunie. Najważniejsza rzecz, i to ciągle podkreślamy w naszej pracy, to wzajemne wspomaganie się rodzin, dzielenie się w biedzie. Prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie. Tam to widzę, to się już dzieje, jest dużo grup katolickich, bardzo mocno działa Legion Maryi, mamy też grupę charytatywną św. Wincentego à Paulo – mówi bp Kusy.

Są też nawrócenia. Zdarza się, że po latach decydują się na ślub katolicki, wówczas najpierw podchodzą do chrztu i bierzmowania. Nie tak dawno do Kościoła katolickiego przeszedł muzułmanin imieniem Hassan. Po chrzcie przybrał imię Leon i ożenił się ze swoją partnerką, z którą żył od 40 lat. Ona również była wcześniej muzułmanką. – Jako młodzi żyli tradycją afrykańską, nawrócili się na islam, przybrali imiona muzułmańskie, to pomogło im otworzyć mały handel. Kiedy jednak zobaczyli, co robią rebelianci muzułmańscy, zaczęli się zastanawiać, czy ich religia jest prawdziwa... Z drugiej strony mieli za przykład mieszkających tuż obok chrześcijan. Leona to sprowokowało do przejścia na katolicyzm – mówi bp Kusy. – Oczywiście są też ludzie, dla których przynależność do danej grupy religijnej jest zdecydowanie ważniejsza niż głębokie przeżywanie wiary.

Wolność od ducha nienawiści

Po 27 latach misji w Republice Środkowoafrykańskiej nadal wierzy w zaprzestanie walk. Bp Kusy: – Pokój jest możliwy, ale to będzie bardzo długi proces. Większość grup zbrojnych zgadza się na rozbrojenie w zamian za pieniądze. Nie wiem, na ile to się uda. Ale rozbroić ludzi to jedna sprawa, inna to przebaczyć. W Rwandzie od 1994 r. jeszcze są niezabliźnione rany, a kilka lat temu sądy dopiero zakończyły procesy tych, którzy mordowali. Każdy kraj można zniszczyć w kilka miesięcy, ale odbudowanie relacji międzyludzkich może zająć pokolenia.

O trudnej sytuacji w RŚA wielokrotnie mówił Franciszek. W 2015 r. RŚA była trzecim po Ugandzie i Kenii krajem podróży papieża do Afryki. W marcu tego roku Watykan przekazał 120 tys. euro na rzecz powrotu ok. tysiąca uciekinierów do swoich domów. W maju papież ponowił swój apel o pokój: „Niech zamilknie broń i przeważy dobra wola dialogu, by dać temu krajowi pokój i rozwój”.

W ocenie bp. Kusego nie ma przyszłości bez powiedzenia sobie, jak było i co było złe: – Człowiek powinien wyznać zło, tak jest w naszej moralności, i chrześcijańskiej, i innych wyznań. Po takiej pokucie nie tylko w znaczeniu kościelnym, ale i szerszym, człowiek może zostać przyjęty do społeczności.

Uważa, że można tu skorzystać z wartości afrykańskich. – One także pozwalały na oczyszczenie się poprzez skruchę, w innym wypadku czekało wykluczenie z klanu i banicja. Jeżeli przyznasz się i uznasz swoje winy, to ludzie w końcu przebaczą – mówi.

Ludzie są wyczerpani. – Trzeba ich przekonać, że muszą uwolnić się od ducha nienawiści, który zagnieżdża się w sercu. To jest najtrudniejsze w ewangelizowaniu. Powtarzam to jednak stale w kazaniach, że prawda ewangeliczna jest taka, żeby nie odpłacać złem za zło, żeby umieć się pohamować, nawet jak niepokoją mnie działania muzułmanów, którzy chcą zagarnąć środkową Afrykę dla islamu.

Biskup mówi, że fakt podążania islamu w głąb Afryki to nie jego wymysł: – Mieliśmy w lipcu spotkanie biskupów w Kamerunie i politolog z Czadu mówił, że to jest zaplanowane. Już teraz, żeby mieć pracę w handlu zdominowanym przez muzułmanów, często trzeba zmienić wiarę.

– Czasami się słyszy: „A żeby ich też wybili!”. Mówię im wtedy: „Nie akceptuję tego, choć rozumiem takie złości”. Zabili mamę, tatę, a dzieci przy tym były i widziały. To jest trudne – mówi bp Kusy. – Nie chodzi tylko o to, by odłożyć karabiny, najważniejsze to umieć powstrzymać się od zemsty. Najlepiej wyraził to nasz kardynał w 2014 r.: „Trzeba rozbroić nasze serca”.

Trzydzieści rowerów

Bp Kusy do Polski przyjechał m.in. po fundusze na samochód terenowy. Dostanie też pieniądze na 3 motocykle i 30 rowerów. Zakup nowych środków transportu to konieczność, bo rebelianci zrabowali w ostatnim czasie większość samochodów i motocykli. – Używam starego samochodu od sióstr, którego naprawy wiele kosztują. Szczęśliwie mój kierowca potrafić go naprawić nawet w drodze, gdzieś pod mangowcem.

Środki transportu są w Afryce na wagę złota, dlatego pomoc finansowa, także ta z Polski, jest cennym darem dla misji. Diecezja otrzymuje też pomoc na budowę kaplic i szkół. Ostatnio wybudowano trzy budynki z klasami i kilka kaplic. W najbliższym czasie planują wybudować kolejne. Mimo nieustającej wojny domowej, nieustannie starają się żyć normalnie. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 36/2017