Reklama

Prezes przed trybunałem

Prezes przed trybunałem

w cyklu STRONA ŚWIATA
29.01.2019
Czyta się kilka minut
Patrice-Eduard Ngaissona z pogrążonej w wojnie domowej Republiki Środkowoafrykańskiej został w styczniu pierwszym działaczem piłkarskim, który stanął przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym pod zarzutem zbrodni wojennych i przeciwko ludzkości.
Patrice-Edouard Ngaissona staje po raz pierwszy przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze. 16 stycznia 2019 r. / FOT. Koen van Weel / ANP/Associated Press/East News
Patrice-Edouard Ngaissona staje po raz pierwszy przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze. 16 stycznia 2019 r. / FOT. Koen van Weel / ANP/Associated Press/East News
W

Właściwy proces piłkarskiego prezesa z Afryki zacznie się w Hadze dopiero w czerwcu. W styczniu stanął przed Trybunałem tylko po to, by potwierdzić swoją tożsamość i czy rozumie, o co jest oskarżany. Prezes przyznał, że rozumie. Sędziowie nie pytali nawet czy poczuwa się do winy czy też może uważa, że kierowane przeciwko niemu zarzuty są fałszywe. Prokuratorzy z haskiego trybunału twierdzą bowiem, że w chwilach wolnych od troski o środkowoafrykańską piłkę nożną i sport w ogóle, 51-letni Ngaissona zajmował się regularną partyzantką. Gdy pod koniec 2012 roku w jego kraju wybuchła wojna domowa, prezes skrzyknął własne, partyzanckie wojsko, za własne pieniądze je i uzbroił i osobiście poprowadził do walki. Prokuratorzy z Hagi twierdzą – i zapewniają, że mają na to dowody – że podwładni prezesa, za jego wiedzą i przyzwoleniem, dopuszczali się mordów na ludności cywilnej, gwałtów i tortur, a także wcielali do swoich szeregów dzieci i przerabiali je na regularnych partyzantów. Prokuratorzy uważają też piłkarskiego prezesa z Republiki Środkowoafrykańskiej za jednego z najważniejszych watażków, uczestniczących w tamtejszej wojnie domowej.

Północ i południe

Wojna wybuchła pod koniec 2012 roku, gdy muzułmanie z północy kraju skrzyknęli się w partyzancki sojusz Seleka (w miejscowym języku sango słowo to oznacza przymierze) i ruszyli na stolicę Bangui, położoną na zamieszkanym przez chrześcijan południu. Muzułmanie z północy, stanowiący około jednej piątej ludności Republiki Środkowoafrykańskiej, od pierwszych dni jej niepodległości w 1960 roku narzekali, że liczniejsi od nich chrześcijanie z południa zawłaszczyli całą władzę (wszyscy dotychczasowi prezydenci byli chrześcijanami) i traktują ich jak obywateli gorszej kategorii. Muzułmanie nie raz podnosili wcześniej bunty przeciwko spotykających ich niesprawiedliwościom, ale przywódcy wcześniejszych powstań myśleli raczej o tym, jak wzbogacić się na przemycie czy kłusownictwie niż przejąć władzę. Dopiero pod koniec 2012 roku północnym watażkom udało się stworzyć wspólne, partyzanckie wojsko, które wspierane przez ochotników z sąsiedniego Czadu i sudańskiego Darfuru rozgromiło rządową armię i podeszło pod bramy stolicy.

Układając się z partyzantami, zawierając rozejmy i grając na zwłokę, panującemu od 2003 roku prezydentowi Francois Bozizemu udało się utrzymać u władzy do marca 2013 roku, gdy w końcu zniecierpliwieni rebelianci wzięli szturmem stolicę, wygnali go z miasta i przejęli rządy w kraju. Partyzancki komendant Michel Djotodia ogłosił się nowym prezydentem, pierwszym muzułmańskim przywódcą kraju.

Po wygranej wojnie Djotodia szybko stracił jednak kontrolę nad swoim wojskiem. Przerodziło się ono w bandy pospolitych łupieżców, którzy traktując stolicę jako wojenny łup, zabrali się za grabienie miasta i pogromy chrześcijan.

Chrześcijanie również chwycili za broń i powołali własną partyzantkę Anti-balakę (Anty-maczetę; to narzędzie rolnicze stanowi jeden z najpopularniejszy białych oręży wojennych we wszystkich konfliktach zbrojnych w Afryce) i pod dowództwem żołnierzy z dawnej armii Bozizego przystąpili do ataków przeciwko muzułmanom. Jesienią 2013 roku uzbrojone w maczety bojówki chrześcijan mordowały muzułmanów, paliły ich wioski i bezcześciły meczety tak samo, jak wcześniej muzułmanie zabijali chrześcijan, palili ich domy i świątynie.

Jednym z najważniejszych przywódców „Anty-maczety” okazał się prezes środkowoafrykańskiej federacji piłkarskiej i były minister sportu Patrice-Edouard Ngaissona. W opublikowanym w lutym 2014 roku raporcie Międzynarodowa Federacja Praw Człowieka zapisała jedną z jego wojennych wypowiedzi „Oni wszyscy (muzułmanie) muszą się stąd wynieść, albo zginąć” – zapowiedział swoim podkomendnym partyzantom. – „Wybijemy ich wszystkich jeśli stąd natychmiast się nie wyniosą. I o to właśnie w tym wszystkim chodzi”. 

Spustoszony kraj

Burzliwa historia tego jednego z najbiedniejszych i najbardziej zacofanych państw świata składa się niemal wyłącznie z rządów brutalnych i pazernych tyranów (najsławniejszym, choć mroczna to sława, był Jean Bedel Bokassa (1966-79), który koronował się na cesarza), zamachów stanu i wojen domowych, ale nigdy wcześniej wstrząsające tym krajem konflikty nie przerodziły się w wojnę religijną, a religia nie odgrywała dotąd żadnej roli w polityce.

W obawie, że wojna w jej dawnej kolonii przerodzi się w religijne, ludobójcze pogromy, Francja za zgodą ONZ posłała do Republiki Środkowoafrykańskiej swoje wojska, by zaprowadziły pokój i porządek. Do spółki z Czadyjczykami, regionalnymi żandarmami i wiernymi sojusznikami Paryża, Francuzi zmusili samozwańca Djotodię do dymisji, a władzę w państwie powierzyli tymczasowo pani Catherine Samba-Panzie, burmistrz stolicy. Na przełomie lat 2015 i 2016, wzmocnieni 12 tysiącami „błękitnych hełmów” z wojsk pokojowych ONZ, Francuzi przeprowadzili nowe wybory prezydenckie, w wyniku których do władzy w Bangui doszedł kolejny chrześcijanin z południa, Faustin-Archange Touadera.


STRONA ŚWIATA to autorski serwis Wojciecha Jagielskiego, w którym dwa razy w tygodniu reporter i pisarz publikuje nowe teksty o  tych częściach świata, które rzadko trafiają na pierwsze strony gazet. Wszystkie teksty są dostępne za darmo. CZYTAJ TUTAJ →


Francuzom udało się uchronić Republikę Środkowoafrykańską przed ludobójczymi pogromami, ale ani oni, ani ONZ nie były w stanie przerwać tamtejszej wojny, przywrócić pokoju, ani spokoju. Odzyskanie władzy przez chrześcijan zachęciło bojówki „Anty-Maczety” do kolejnych pogromów muzułmanów. Muzułmańscy partyzanci z „Seleki”, po staremu, wrócili do grabieży i przemytu i rabunkowego wydobywania i sprzedaży cennych minerałów, będących od lat ulubionych zajęciem, źródłem zysków i powodem niekończących się wojen w sąsiednim Kongu. Przedstawiciele ONZ obliczyli, że w milionowym Bangui, gdzie przed wojną żyło ponad sto tysięcy muzułmanów, mieszka ich dziś ledwie garstka. Nikt nie policzył, ilu ludzi zginęło, ale mówi się o dziesiątkach tysięcy. Jedna trzecia z pięciu milionów obywateli Republiki Środkowoafrykańskiej stała się wojennymi i bezdomnymi tułaczami.

Kraj został podzielony między chrześcijan, rządzących stolicą i południem, a muzułmanów, kontrolujących powiaty na północy i zachodzie, przy granicy z Kamerunem i Czadem. Obawiano się czy partyzanci z „Seleki”, aby odzyskać władzę i zemścić się na chrześcijanach nie poproszą o pomoc dżihadystów z ugrupowania Boko Haram, wyrosłego w Nigerii, ale siejącego spustoszenie także w Kamerunie, Nigrze i Czadzie, albo spróbują wyciągnąć pieniądze na dalszą wojnę przystępując do afrykańskich filii al-Kaidy albo kalifatu.

Liczba partyzanckich armii działających w spustoszonym kraju wzrosła do co najmniej czternastu, z których każda domaga się udziału w rządach i wykorzystuje wojenny chaos, by zbijać fortuny na rabunku i przemycie złota czy diamentów. W ciągu sześciu lat podjęto siedem prób pogodzenia zwaśnionych i rywalizujących o wpływy watażków. Ostatni rozejm z 2017 roku nie przetrwał nawet jednego dnia. Rokowania o ósmym zawieszeniu broni i pokoju rozpoczęły się właśnie w Chartumie, ale i z nimi nie sposób wiązać nadzieje.

Zachód i ONZ, zniechęcone brakiem natychmiastowych efektów swojej pokojowej działalności w Republice Środkowoafrykańskiej, unikają rozmów o tamtejszej wojnie i starają się o niej zapomnieć. Urządzane na Zachodzie kwesty na pomoc dla Republiki Środkowoafrykańskiej kończą się na górnolotnych i pustych obietnicach. Francuzi wycofali swoje wojska, gdy wybuchł skandal, że ich żołnierze poza zaprowadzaniem pokoju wykorzystują seksualnie miejscowe dziewczęta. Nie wiadomo też czy z Republiki Środkowoafrykańskiej nie wyniosą się „błękitne hełmy”. Rada Bezpieczeństwa ONZ nie zdecydowała jeszcze czy przedłuży im mandat. Ameryka, główna dobrodziejka ONZ, od dawna nie chce łożyć na nieskuteczne według niej pokojowe misje, a obecny prezydent Donald Trump ani myśli wydawać choćby dolara na wojny i kraje, które go nie obchodzą, albo o których w ogóle nie ma bladego pojęcia. Widząc, że nie może liczyć na Zachód, prezydent Touadera poprosił o pomoc Rosję, a Władimir Putin wysłał do Republiki Środkowoafrykańskiej żołnierzy z firmy najemniczej „Wagner”, zatrudniającej weteranów rosyjskich wojen na Ukrainie. „Wagnerowcy”, którzy szkolą środkowoafrykańskie wojsko, walczyli i służą także w Syrii, w Sudanie, a ostatnio wylądowali w Wenezueli.

Na muszce Trybunału

Środkowoafrykańscy watażkowie, zarówno chrześcijanie jak i muzułmanie, swój udział w jakichkolwiek rozmowach o pokoju i rozbrojeniu uzależniają od objęcia ich amnestią. Prezes Ngaissona już się jej nie doczeka. Nie pojedzie też do Chartumu układać się nieprzyjaciółmi. W połowie grudnia został zatrzymany w Paryżu dokąd – mimo ścigających go listów gończych – wybrał się w podróż służbową jako działacz piłkarski, reprezentujący Afrykańską Konfederację Piłkarską. Za wojenne zasługi i bojowy animusz w zeszłym roku władze w Bangui zgłosiły i poparły jego kandydaturę do Komitetu Wykonawczego Afrykańskiej Federacji Piłkarskiej. Ostatniego dnia ubiegłego roku Francja zgodziła się wydać go Międzynarodowemu Trybunałowi Karnemu z Hagi, do którego już w 2014 roku rząd Republiki Środkowoafrykańskiej zwrócił się z prośbą, by osądził i ukarał winnych wojennych zbrodni w jego kraju. 

Na razie prokuratorzy trybunału wzięli na muszkę wyłącznie komendantów chrześcijańskiej „Anty-Maczety”, a prezes Ngaissona jest już drugim watażką, który trafił do haskiego aresztu. Jesienią władze Republiki Środkowoafrykańskiej aresztowały i wydały do Hagi Alfreda „Rambo” Yekatoma, który ze wzbudzającego postrach partyzanckiego komendanta przeistoczył się w szacownego posła do miejscowego parlamentu.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]