Przymus?

Jak błyskawica, gdy zabłyśnie, świeci od jednego krańca widnokręgu aż do drugiego, tak będzie z Synem Człowieczym w dniu Jego.
Czyta się kilka minut
Bp Grzegorz Ryś / / Fot. Grażyna Makara
Bp Grzegorz Ryś / / Fot. Grażyna Makara

Wpierw jednak musi wiele wycierpieć i być odrzuconym przez to pokolenie” (Łk 17, 24-25). To piękne słowo Jezusa przypomniała Liturgia w ostatnim tygodniu. Dlaczego musi cierpieć i być odrzuconym? Czy dlatego, że po prostu nie ma innego wyjścia? Że naraził się możnym tego świata – Piłatowi, Herodowi, Sanhedrynowi – tak dalece, że tego nie da już się naprawić? Że konflikt między nimi nie może już zostać zażegnany? Że m usi się skończyć Jego śmiercią? Że już się im nie wymknie? Bo już nie ma gdzie uciec? Bo już nikt i nic Go nie obroni?... Czy na tym polega owa konieczność i nieuchronność Jego cierpienia?


Nic podobnego. W greckim tekście św. Łukasza pada tutaj słówko „dei” – oznaczające wewnętrzną konieczność, powinność, potrzebę. Stąd też św. Hieronim tłumaczy ów moment w Wulgacie: „oportet illum multa pati” (dosł. „potrzeba jemu wiele cierpieć”). Tak więc musi cierpieć i być odrzuconym, gdyż taki właśnie jest Jego wybór – wewnętrzne przynaglenie, własna nieodwołalna decyzja – konieczność wynikająca z rozeznania ludzkiego dramatu i odpowiednich do jego uleczenia środków. On nie chce i nie potrafi inaczej – musi wejść w doświadczenie odrzucenia, cierpienia, ukrzyżowania i śmierci.


Czy to jakiś nowy rodzaj masochizmu? Niezrozumiała dla nikogo fascynacja cierpieniem i bólem? Znów: nic bardziej mylnego. To determinacja naszego Boga, by spotkać się z nami właśnie na tym obszarze, na którym Go odrzucamy. On chce wejść w rzeczywistość naszej niewiary – naszego grzechu. Właśnie tego „obszaru” naszego wnętrza – myślenia, upodobań, decyzji – nie potrafi ominąć. Właśnie tam musi wejść. Prawdą jest, że to w nas jest opór przed spotkaniem z Nim na tym „terenie”; to my nie chcemy z Nim o „tym” rozmawiać; to my nie widzimy takiej potrzeby. On jednak szuka z nami spotkania właśnie „tam”. To jest Jego misja. Przyszedł znaleźć „to, co zginęło”. Jest Lekarzem, którego potrzebują chorzy, a nie zdrowi. W pewnym sensie to, co w nas „zdrowe”, Go nie interesuje. Gdyż to jest obszarem Jego chwały, a On... nie szuka swojej chwały. Interesuje Go nasza choroba – gdyż szuka jedynie naszego szczęścia i chwały. I gotów jest dla niej umrzeć śmiercią niewolnika.


Czy można bać się takiego Boga? Czy takiego Boga można nie wpuścić w sam środek własnego nieuporządkowania i grzechu? Można... Niestety. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 47/2015