Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Przestrzeń i melancholia

Przestrzeń i melancholia

01.12.2013
Czyta się kilka minut
Z Markiem Bieńczykiem i Filipem Springerem rozmawia Ryszard Koziołek
Fot. Grażyna Makara; Fot. Adam Lach / NAPO IMAGES
R

Ryszard Koziołek: Dzień dobry Państwu. Spotkanie tych dwu autorów nie było oczywiste, ale kiedy już zostało pomyślane, od razu wydało się oczywiste i konieczne. Obaj zanikanie materialnego świata uczynili tematem swoich książek. Obu też zajmuje architektura jako ludzka odpowiedź na naturalną, niszczącą przemianę, którą powoduje zwykły upływ czasu. Książki Filipa Springera mają za temat realne, fizyczne zapadanie się budowli, a nawet całych miasteczek. Obu trawi też rodzaj szlachetnego kompleksu architekta. Podziwiają splendor wielkiej architektury, a zarazem eksponują ulotność i znikomość. Paradoks nietrwałości architektury tkwi właśnie w pysze jej materialności, która rzuca wyzwanie tak twórcom, jak i burzycielom.
FILIP SPRINGER: Nie zaprojektuję Państwu domu, więc proszę się nie bać.
Jako absolwent technikum jestem niespełnionym inżynierem, ale pocieszam się lekturą Le Corbusiera, który napisał, że „inżynierowie są zdrowi i męscy, aktywni i pożyteczni, zrównoważeni i radośni. Architekci są rozczarowani i niewykorzystani, chełpliwi lub zgryźliwi. Architekci po ukończeniu szkół idą w miasto z mentalnością mleczarza, który chciałby sprzedawać swoje mleko zmieszane z trucizną”.
MAREK BIEŃCZYK: Mogę tylko dodać, że od czasów Dürera co najmniej sztuki geometryczne i architektoniczne są umieszczane pod znakiem Saturna, tak więc mleko zmieszane z trucizną pasuje tu jak ulał.
Filipie, architektura, o której piszesz, w znacznej części mogłaby być nazwana architekturą przeklętą. Niewątpliwym celem Twoich książek jest rehabilitacja architektury peerelowskiej, architektury modernizmu socjalistycznego, a może nawet więcej – sentyment do całego powojennego realnego socjalizmu. Jak godzisz konflikt między ideą architektury a realiami życia w socjalizmie powojennym?
FS: Nie mam poczucia, żebym jakoś bardzo chciał rehabilitować. Chcę rozumieć, i rzeczywiście w książce „Źle urodzone” znalazły się obiekty zasługujące na pewien szacunek, którego nie miały. Natomiast często spotykam się z takim pytaniem: dlaczego pan nam każe to kochać? To nie jest tak. Chcę zrozumieć, dlaczego dzisiaj architektura jest w takim stanie i jaka stała za tym idea, gdy ona powstawała. Czasem, gdy poznaję tę ideę, pierwsze zauroczenie zupełnie przechodzi. Nie jestem zagorzałym miłośnikiem tej architektury, a już na pewno nie jestem miłośnikiem tego okresu, choćby z tej prozaicznej przyczyny, że nie mam szans go pamiętać. Żadnej traumy z tego okresu nie mam, natomiast trochę mnie uwiera wrzucanie tej książki, czy w ogóle dyskusji o tamtej architekturze, do jednego worka razem z sentymentem do Peerelu. Często słyszę, że skoro architektura Peerelu była taka wspaniała, to cały Peerel był super. Rodzice mówili mi, że nie, i ja im wierzę. Nie można tak upraszczać. Jeżeli weźmiemy obiekty, które są w tej książce, to one właściwie wyczerpują temat. Może znalazłoby się jeszcze coś na drugą książkę, ale nie budowaliśmy przecież samych wspaniałych gmachów, po których nie ma śladu. To są rodzynki, trzeba było je wygrzebać i przez pewien pryzmat opowiedzieć o zderzeniu idei, w którą wierzyli architekci, z realiami, które podcinały im skrzydła.
W książce o Hansenach, ale też w życiu próbowałeś zamieszkać w idei, czyli na osiedlu Przyczółek Grochowski. Czy mieszkasz tam nadal?
FS: Napisałem w „Zaczynie”, że z Przyczółka nie zamierzam się wyprowadzać, i jak to pisałem, to proszę mi wierzyć – nie zamierzałem. Natomiast dziś mieszkam już na Ursynowie, ale nadal w linearnym systemie według projektu Marka Budzyńskiego, więc doświadczam „linearnej myśli”. Poleciłem też Przyczółek mojej dobrej przyjaciółce, która tam teraz mieszka. Mogłem poczuć na własnej skórze to, co napisałem w „Źle urodzonych”, ale mogłem też doświadczyć tej Hansenowskiej myśli, która była osobna wobec tego, co działo się w tamtym czasie. Fundamentalnym problemem podczas pisania „Źle urodzonych” i „Zaczynu” było to, że wiedząc tak dużo o realiach pracy projektowej architektów, można było wytłumaczyć sens opisywanych tam przestrzeni. To było wielkie niebezpieczeństwo, ponieważ ludzie, którzy tam mieszkają, nie mają obowiązku gromadzić tej wiedzy. Oni chcą mieszkać i mieć spokój. Musiałem często wypychać z głowy tę całą wiedzę, żeby umieć ocenić pewne rozwiązania i pomysły, żeby nie wpaść w pułapkę dostrzegania rzeczy, które dla człowieka niemającego związku z architekturą są po prostu nieistotne.
Czemu więc wyprowadziłeś się z Przyczółka?
FS: To bardzo osobiste pytanie... postanowiłem zamieszkać z dziewczyną.
Myślałem, że nie mogłeś znieść tych wind, fatalnej wentylacji, zaglądania przez szyby do kuchni...
FS: Nie, nie! To było fantastyczne, ja na przykład nie umiem gotować, a spacer w sobotnie popołudnie po galeriach bloków sprawiał, że miałem namiastkę domowego obiadu, mogłem chociaż powąchać, co gotują inni. Uwielbiam też zaglądać ludziom przez okno, jakkolwiek źle to brzmi. Tam mogłem to ustawicznie robić. Niekiedy dostawałem w związku z tym informację zwrotną... To miejsce jest tak naprawdę bardzo dobre do życia i nie wyprowadziłem się stamtąd z powodów architektonicznych.
Porozmawiajmy trochę o doświadczeniach związanych z tamtą architekturą, doczekały się one rozmaitych opracowań literackich. Marku, Ty znasz Przyczółek Grochowski, bo chodziłeś tam na randki.
MB: Bardzo elegancko to ująłeś. My nazywaliśmy go czasem Przytułek Grochowski. Wielką i oczywistą zasługą książek Filipa jest to, że zaczęliśmy inaczej myśleć o architekturze peerelowskiej, czyli podstawowej przestrzeni naszego życia. Mieliśmy ją rozpoznaną w sposób powierzchowny, emocjonalny: wszystko było złe, bo wszystkie te budowle były dla nas czapą komuny. Reagowaliśmy na nią tak jak na wszystko, co było narzucone z zewnątrz: odmownie. To nie było nasze, ktoś nas wpuścił w te betony. Patrzyliśmy na architekturę jednowymiarowo, przez pryzmat przemocy, której zostaliśmy poddani, podczas gdy jest to fantastyczna przestrzeń do niuansowania, różnicowania, do-rozumienia i do-opisywania. Tym się trochę zajęła literatura, ale zajęła się w sposób raczej romantyczno-magiczny, jak u Tyrmanda w „Złym” czy u Konwickiego.
Moje doświadczenie Przyczółka Grochowskiego było zapewne jednym z takich doświadczeń nie-rozumienia. Był środek lat 70. i połowa mojej klasy licealnej mieszkała na Przyczółku. Dopiero później spostrzegłem, że była to architektura na swój sposób hipnotyczna czy, powiedzmy to tak, otchłanna, wciągająca w jakieś niecodzienne doświadczenie. Oczywiście to było doświadczenie osobiste, erotyka i architektura w jednej szły parze, lecz ten amalgamat realistyczno-erotyczny dałby się pewnie opisać w jakimś szerszym, społecznym dyskursie. Przyczółek to był istny panoptikon, gdzie można było rzeczywiście śledzić nie tylko zapachy, ale również życie poszczególnych rodzin, portrety we wnętrzu. Te korytarze sprawiały wrażenie więzienia, każde mieszkanie w tym korytarzu, przez który hulał wiatr, wydawało się celą, do której ma się wgląd niczym strażnik karceru. Teraz, kiedy myślę o tym po latach, widzę, że była to przestrzeń zupełnie fantastyczna, trochę taka przestrzeń Piranesiego, tylko że rozpostarta w poziomie, a nie w głąb. Wiele jest takich miejsc tamtych czasów wołających o opis i opowieść.
Piękne niebezpieczeństwo Waszych opowieści polega na tym, że zapominamy o realnym życiu w tamtej przestrzeni. Schizofrenia mieszkania w takim miejscu – ciasne mieszkanka, wąskie chodniki, wielka płyta nad głową – odpowiada sprzecznym doświadczeniom lektury książek Filipa. Czytamy je i zapominamy o życiu; przestajemy czytać i znowu pytamy, kto nam to zrobił.
FS: Przede wszystkim trzeba sobie zadać pytanie, kto za to naprawdę odpowiada. To znaczy, kto odpowiada za to małe mieszkanie. Przecież nie architekt, tylko pan z tego budynku przy rondzie De Gaulle’a w Warszawie, czyli między innymi ci, co wymyślali normatywy. Te normatywy też powstawały z jakichś powodów, trzeba było ludzi pomieścić... Mnie by ta architektura w ogóle nie interesowała, gdyby nie fakt, że ona daje pewne odpowiedzi na pytania, które możemy zadać dziś. Wszystko o czym mówiłeś – ciasne mieszkania, fatalna akustyka itd. – znajduje się też na Białołęce, w nowych osiedlach. Tak samo, tylko bez waloru świetnego rozplanowania, i dzieciak też już nie idzie do szkoły tak, żeby nie przechodzić przez wielką ulicę. Bardzo szybko spisaliśmy na straty tamtą architekturę właśnie przez to, o czym mówiłeś, przez niedogodności, które nie wynikały z pracy architekta. Dla mnie najbardziej interesujące było, że w architekturze tamtego okresu znajdujemy wiele odpowiedzi na to, z czym nie możemy sobie poradzić dzisiaj.
Mówisz teraz jak architekt albo inżynier, a nie jak pisarz. To, co wyróżnia w Twoich książkach budynki peerelowskie, to swoista aura liryczna. Wyjąłeś te piękne konstrukcje razem z ich ideami z kontekstu nędznej rzeczywistości i uczyniłeś je obiektami adoracji.
FS: Tamta architektura, nawet na poziomie prostej mieszkaniówki, oferowała doznanie czegoś wyjątkowego: Pawilon Chemii, Sady Żoliborskie, gdzie Skibniewska nie pozwalała wyciąć najgłupszego drzewka, osiedle Tysiąclecia z „kukurydzami” jak Marina City w Chicago – było w tym jakieś doznanie. Wyciągnięcie z kontekstu niekiedy dodaje uroku tej architekturze, natomiast to też jest odpowiedź na dziś. Dziś architektura dająca doznanie jest architekturą drogą, nikt nie projektuje taniej architektury mieszkaniowej w taki sposób. Albo olśniewających przedszkoli. Hansen projektując Przyczółek Grochowski – nie wyszło mu to jak cholera – chciał jednak zachwytu. Każda betonowa ramka, na której wspierała się galeria, oprawiała zwykłego człowieka, który wracał z siatami do domu. Ta ramka, o którą on walczył u różnych urzędników, by pozwolili ją prefabrykować, miała na celu, by każde, najbardziej prozaiczne wydarzenie nabrało oprawy. Mnie to wzrusza, dziś się tego nie robi, dzisiaj się o tym zapomniało.
MB: Jedno zdanie w związku z Hansenem. W moim liceum nie znaliśmy nazwiska architekta, ale wiedzieliśmy, że ta budowla ma swoją famę; chodziła plotka, że to zrobił jakiś Włoch-komunista. Komunista, bo zrobił to, co zrobił, a Włoch... bo jednak człowiek z Zachodu – więc wymyślił osiedle cokolwiek inne od Chomiczówki.
FS: Była też plotka, że Przyczółek był zaprojektowany dla Włochów, ale oni tego nie chcieli, więc wybudowano na Grochowie. Albo że tam było więzienie, ale więźniowie nie wytrzymali, więc przerobiono na mieszkania. Potem znowu, że studenci mieli tam mieszkać, ale też nie chcieli, więc ludzi tam wtłoczyli.
Marku, piszesz w „Przezroczystości” o Pałacu Kryształowym, że to liryczny wyraz epoki przemysłowej. Znasz jakiś budynek warszawski, który byłby dla Ciebie dowodem liryczności socjalizmu?
MB: Raczej są to stadiony, Stadion X-lecia przede wszystkim, wyglądający jak krater, bardzo naturalnie wpuszczony w ziemię, coś między kulturą a naturą. Może też mógłbym mówić o liryczności Supersamu, po czasie, bo już go tam nie ma. Jego liryczność wzrasta rzecz jasna – im bardziej go nie ma, tym staje się bardziej liryczny. Jest też liryczność – ale już raczej metaforyczna, nie tak dokładnie umiejscowiona – barów mlecznych. To liryczność ostatniego Mohikanina, jak ów bar mleczny w pobliżu Supersamu, który zamknięto rok temu – teraz odżył już w nieco pastiszowej formie. Bary mleczne zawsze mnie poruszały i nawet sobie kiedyś wyobrażałem, że gdybym kręcił film, to zacząłbym od takiej właśnie sceny, którą niestety potem Bareja w „Misiu” ośmieszył. Sceny, w której kamera śledzi, z jaką porażającą troskliwością starcy i kloszardzi wprowadzali łyżkę do ust; to był dla mnie rozdzierający widok.
Wróćmy do pisania. Po co architekturze literatura? Czemu nie wystarczyła fotografia czy nawet reportaż, który by opisał skandal z wyburzeniem budynku „Chemii”?
FS: Więc zawęźmy literaturę do reportażu, bo być może tu jest odpowiedź. Reportaż wymaga, żeby iść i doświadczyć, aby stanąć wobec architektury jak wobec człowieka, o którym się pisze. Wcześniej trzeba przeczytać mnóstwo rzeczy, porozmawiać z ekspertami, z ludźmi, którzy stoją za tą architekturą. Reportaż daje cały zestaw narzędzi, które pozwalają tę architekturę zrozumieć lub choćby oswoić. Za każdym razem, kiedy podchodzę z całym reporterskim instrumentarium nie tylko do architektury, ale w ogóle do przestrzeni (jak mówił Hansen, architektura to nie tylko budynki, ale też przestrzeń między nimi), to mam pod ręką wszystko, co pomaga mi znaleźć odpowiedzi na pytania, które rodzą mi się w głowie. Mam wszystko, aby nie czuć niepokoju wobec tego, co się dzieje, choć ten niepokój jest zawsze punktem wyjścia, żeby w ogóle zacząć się zastanawiać nad problemem. W „Źle urodzonych” są niestandardowe, w jakiś sposób wyjątkowe budynki, ale ta wyjątkowość nie wynika wcale z tego, że one są wybitną architekturą, choć często są, lecz z tego, że wobec nich pojawia się jakaś emocja. Bardzo często są to emocje negatywne, więc muszę się z tym jakoś uporać, a reportaż idealnie się do tego nadaje.
Marku, nowoczesna architektura wyzwala w Tobie czułość? Gdy patrzę na brutalizm czy klasycyzujący modernizm, mam wrażenie, że to jest architektura niczym pejzaż amerykański, o którym Miłosz napisał, że go „Bóg nie pogłaskał po głowie”.
MB: Jeśli pytasz o architekturę i literaturę, to moja odpowiedź jest całkiem prosta. Architektura potrzebuje egzystencjalnego opisu, który z profesjonalnego punktu widzenia jest opisem bardzo wątpliwym, zbyt niekonkretnym, zmetaforyzowanym – ale architekturze także należy się wyjście poza jej dyskurs autoteliczny. Tak samo, gdy piszemy o malarstwie, niekoniecznie będąc krytykami sztuki. Kiedy stawiasz pytania o literaturę, architekturę i czułość, to nie mogę nie przypomnieć wielkiego wiersza Baudelaire’a „Łabędź”. To jest opowieść, którą znamy wszyscy, i która będzie się powtarzała zawsze, to znaczy historia o tym, jak nowe zastępuje stare. Baudelaire pisze tę opowieść w latach 50. XIX w., kiedy zaczynają się wielkie prace haussmannowskie w centrum Paryża, kiedy powstają wielkie bulwary i znika to, co jest małe, znikają małe uliczki, znika stare miasto. Z reguły na tym polegają wszelkie przemiany w architekturze XX wieku – duże zastępuje małe. A czułość zawsze jest przeznaczona dla tego, co znika lub ma w sobie wyraźny potencjał zniknięcia.
W połowie XIX w. przez całą francuską literaturę i prasę przewinęła się debata, co robić z przeszłością, także architektoniczną. Zaczyna rosnąć świadomość historyczna, powstają różne komisje do spraw zabytków, które obróciły się w ruiny lub marnieją, zwłaszcza po rewolucji francuskiej. Co z tym robić? Zostawić czy odrestaurować? Ścierają się dwa główne stanowiska, reprezentowane przez Johna Ruskina i znanego architekta Eugène’a Viollet-le-Duca. Violet-le-Duc mówi, że trzeba restaurować, dobudowywać, a Ruskin uważa, że należy zostawić wszystko w takim stanie, w jakim jest, zgodnie z przestrogą Prospera Mériméego, aby nie ufać rekonstruktorom, gdyż bywają gorsi od dekonstruktorów. Ruskin woli, aby ta strata dokonywała się powoli i aby architektura jeszcze żyła tym swoim umieraniem; w tym również leży jej piękno. Kiedy myślę o tym konflikcie, zastanawiam się, co zrobić z resztą architektury peerelowskiej, i podoba mi się w tym kontekście pomysł Ruskina – aby patrzeć na jej powolną agonię, lecz jej nie przyśpieszać. To jest oczywiście melancholijne stanowisko, które uwydatnia urok straty.
FS: Mam w głowie taką myśl Leona Kriera związaną z modernistyczną architekturą powojenną, że ona nie miała szansy odczekać, a myśmy ją już ocenili i często na skutek tej oceny wyburzyli. Nie było też czasu, aby ta architektura nasiąknęła wszystkim, co później będziemy z niej odczytywać i dekodować, gdy już wpłynie na nas ta melancholia. Więc może czasem trzeba po prostu poczekać, ale też jestem bardzo za tym, żeby to wszystko zaczęło zarastać, rdzewieć i się rozpadać.
MB: Pytasz, Ryszard, czy nowa architektura będzie wyzwalała czułość. Tego jeszcze nie wiemy. Melancholijna estetyka dosyć łatwo asymiluje nową przestrzeń, w końcu czas zrobi swoje i to, co nowe, nadszarpnięte przez przemijanie też może nabrać nostalgicznej patyny. Ale chwilami myślę, że są granice brzydoty, której nawet żarłoczna poetyka melancholiczna nie jest w stanie zasymilować. Przy pewnym natężeniu brzydoty, czy inaczej, przy pewnym natężeniu bylejakości, nie ma czego opłakiwać.
Podam cokolwiek głupawy i wstydliwy przykład, otóż zawsze lubilem się melancholizować przy zakopiańskiej Krokwi. Państwo sobie tego nie możecie wyobrazić, ale gdy bywałem tam w dawnych czasach, w jakichś miesiącach niechodliwych, listopadzie lub kwietniu, z różnych osobistych powodów to miejsce mnie zatykało, brało za gardło. W pewnym momencie okolice Krokwi stały się miejscem handlu, handlu pod świątynią, handlu haniebnego przez swoją estetyczną brzydotę. Jest tam wszystko, co najgorsze, najbardziej ohydne w sensie koloru, materii, plastiku, jedzenia itd. Miniarchitektura komercji. Tego miejsca nie mogę już przyswoić. Więc, rozszerzając to wrażenie, wyobrażam sobie, że pewne dzisiejsze budowle już się nie dadzą melancholijnie zasymilować, wprowadzić w porządek uczucia, czułości. Proszę zauważyć, że aby dana przestrzeń mogła zostać uliryczniona, potraktowana czule, musi ona mieć w sobie pewien potencjał czasu. To znaczy, musimy wiedzieć, że ona będzie trwała, będzie magazynowała czas, gdy nas już nie będzie; albo że tego czasu już zdążyła wystarczająco dużo wchłonąć. A dzisiejsze budynki, szklane wieże są często rozwalane raptem po dziesięciu latach. Są wyzute z czasu, a tam, gdzie nie ma czasu, tam nie może być uczuć. W Warszawie jest parę budynków zbudowanych po komunie, które wydawały się bardzo nowoczesne, a które dziś są rozbierane, bo straszą swym widokiem. Tylko budynki, które mają potencjał bycia szlachetnymi ruinami, mogą wzbudzać czułość.
Pokolenie powojennych architektów było zbiorowym beneficjentem zniszczenia. Hansen, Skibniewska, Krasiński, Leykam – czerpią pewien wstydliwy „zysk” ze zrujnowanych przez wojnę miast. Zwłaszcza Warszawy, ale nie tylko – przecież ogromna część Poznania także zmieniła się w ruinę. A drugie beneficjum – oni nie musieli konsultować swych projektów z klientem. Musieli się dogadywać z władzą, ale nie musieli pytać mieszkańców, czy im się to podoba, czy nie.
FS: Jeśli chodzi o bycie beneficjentami zniszczenia, to jakiż oni mieli wybór? Czuję się niezręcznie w sytuacji, w której miałbym to w jakikolwiek sposób oceniać, ponieważ mnie żadne zniszczenie nie dotknęło. To oczywiście była wielka szansa. Gdy rozmawiałem z architektami w moim wieku, których prosiłem o współczesną ocenę tamtych architektów i ich realizacji, to bardzo często mówili, że owszem, bardzo źle to brzmi, ale zazdrościli im tej szansy. Mogli zacząć wszystko od początku, mogli poprawiać wszystkie błędy i nie musieli się zmagać z tym, co jest. To potworne i wspaniałe jednocześnie – miejmy jednak nadzieję, że nikt nie będzie miał powtórnie takiej szansy.
Odnoszę wrażenie, że intryguje i pociąga Cię ten rodzaj architektury, który pozwala równocześnie projektować relacje społeczne, zagęszczać i rozluźniać przestrzeń, budować określone nastroje, wyciągać ludzi z przestrzeni prywatnej i wprowadzać w przestrzeń publiczną. Mnie napawa to niepokojem. Tu nie chodzi o budynki, tylko o kreowanie nowego człowieka. To jest potworna siła.
FS: Tak, bardzo mnie pociąga to, że można ludzi nie tyle przymusić, ile zachęcić do pewnych zachowań przy pomocy architektury, czyli tylko dzięki temu, że ustawi się obok siebie dwa budynki w określony sposób. Oczywiście odpowiedzi, których udzielili moderniści z Hansenem włącznie, są złe, natomiast sama chęć zrobienia tego jest bardzo ujmująca.
Czy wobec tego w ogóle podoba Ci się coś we współczesnej architekturze polskiej, np. wieżowiec Libeskinda w Warszawie?
FS: Nienawidzę go, uważam, że to jest zło wcielone. Natomiast bardzo podoba mi się stojący obok Cosmopolitan Helmuta Jahna. Jest wieżowcem i wyraża pewne idee związane z tym typem budynków, ale jest skromny i pełen umiaru. Natomiast generalnie we współczesnej architekturze polskiej prawie nic mi się nie podoba. À propos skromności, nie tylko architektura, ale całe polskie bycie w przestrzeni, od prostego baneru po Libeskinda, jest naznaczone potrzebą zaistnienia. Nawet dobra architektura, o której trudno powiedzieć, że jest kiczem, też musi u nas mieć ten element. Musimy stanąć i powiedzieć „matko, ile to kosztowało!”. Natomiast obce jest nam takie kształtowanie przestrzeni, w której ta nasza aktywność, ingerencja w przestrzeń znika – nie stawiamy niczego, czego nie będzie widać. Przez to w naszej przestrzeni jest tak dużo hałasu, każdy chce coś powiedzieć i każdy mówi głośno. Dlatego tak bardzo lubię jeździć do Skandynawii i tak ukochałem sobie tego Hansena, bo cokolwiek o nim powiedzieć, w nim jest cisza. U Skandynawów jest ta wzruszająca świadomość, że oni nie są najważniejsi w krajobrazie, u nas jest zupełnie odwrotnie.
Wspomnijcie Państwo te słowa, gdy Filip Springer, nostalgik modernizmu socjalistycznego, skończy w chacie w Bieszczadach, a Marek Bieńczyk, melancholik warszawski, będzie pod Krokwią sprzedawał gorzkie lody.
 
Jest to skrócony zapis dyskusji z udziałem Marka Bieńczyka i Filipa Springera, którą podczas tegorocznej edycji Festiwalu Conrada poprowadził Ryszard Koziołek.
 
MAREK BIEŃCZYK jest pisarzem, historykiem, tłumaczem, eseistą i enologiem. Studiował romanistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Pracuje jako historyk literatury w Instytucie Badań Literackich PAN. Wykłada też w Studium Literacko-Artystycznym na UJ w Krakowie. Laureat zeszłorocznej Nagrody Literackiej NIKE za zbiór esejów zatytułowany „Książka twarzy”, wydany przez Świat Książki.
 
FILIP SPRINGER jest reporterem i fotografem. Fotografią zainteresował się już w czasach licealnych, początkowo marząc o zostaniu reportem wojennym. Z wykształcenia archeolog, ukończył studia na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Autor książek poświęconych architekturze Peerelu. Ostatnio ukazała się „Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni” (Czarne 2013).
 
RYSZARD KOZIOŁEK jest literaturoznawcą, eseistą i krytykiem, prorektorem Uniwersytetu Śląskiego. W 2009 r. wydał książkę pt: „Ciała Sienkiewicza. Studia o płci i przemocy” (Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego), za którą otrzymał Nagrodę Literacką Gdynia 2010.
 

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Pisarz, historyk literatury, eseista, tłumacz, znawca wina. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”. W 2012 r. otrzymał Nagrodę Literacką NIKE za zbiór „Książka twarzy”. Opublikował...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]