Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Oczy architekta

Oczy architekta

06.09.2013
Czyta się kilka minut
Melancholijny smutek spaja wszystkie najlepsze reportaże Springera. Staje się racją przeciw obiektywnemu triumfowi nowego i lepszego.
Filip Springer Fot. Adam Lach / NAPO IMAGES
J

Jak doniosła plotkarska kolumna jednego z tygodników, kilka tygodni temu osiemdziesięcioletni Richard Rogers wziął taksówkę i pojechał obejrzeć nowo otwarty taras widokowy na 68. piętrze najwyższego budynku w Europie. Londyński „Shard” zaprojektował jego stary przyjaciel Renzo Piano, z którym, jako trzydziestolatkowie, opracowali projekt budowli wywróconej na lewą stronę, czyli Centre Pompidou. Opalony, w turkusowej koszuli i musztardowo-żółtych butach, ostro kontrastował z ołowianym londyńskim niebem. „Londyn nigdy nie był tak wspaniały jak dziś” – miał stwierdzić.
Co widział? Jego oczy architekta patrzyły na przestrzeń wypełnioną kolosalnymi kształtami budowli i ulic, a zarazem na obszar niewidzialnej, a nieustannej zmiany. Spoglądał nie tylko na swoje arcydzieło, czyli budynek Lloyda, ale na realizowany przez jego zespół Leadenhall (przezwany „Tarką do sera”), na „Walkie Talkie” Rafaela Viñoly, „Gherkin” i ratusz Normana Fostera, na całe miasto-pomnik architektury – najbardziej ulotnej ze sztuk.
Ulotnej? Przecież „Shard” jest widoczny zewsząd! Stał się osią miasta, wedle której turyści już szukają katedry św. Pawła, Tower czy budynku parlamentu. Tysiącstopowa, smukła, szklana piramida z uszami Batmana lśni nawet we mgle.
A jednak ulotnej i znikomej. Paradoks nietrwałości architektury tkwi właśnie w pysze jej materialności, która jest wyzwaniem tak dla twórców, jak i burzycieli, konstruktorów, destruktorów i dekonstruktorów. Oczy wielkiego architekta są zawsze oczami melancholika. Żółte buty Rogersa stąpają po tarasie wielkiego miasta, ale ich kolor przywodzi na myśl gorycz żółci i planetę melancholików. „Pierścień Saturna – pisał Benjamin – staje się balkonem z żeliwa, na którym mieszkańcy planety wdychają wieczorne powietrze”.
Nie inaczej jest z pisaniem o architekturze, zwłaszcza nowoczesnej: to prosta droga do chronicznej melancholii albo już manifestacja jej zaawansowanego stanu. Wiedzieli o tym Bieńczyk Fatalista i jego Pan Baudelaire, kiedy wspólnie, choć osobno, wędrując przez przebudowywany plac Carrousel, mówili bądź powtarzali: „Paryż się zmienia! Lecz trwa w smutku mego glorii!” (tłum. M. Jastrun).
Trzy książki Filipa Springera: dwie o architekturze PRL-u i jedna o zniknięciu z powierzchni ziemi dolnośląskiego miasteczka, mają w sobie tę „glorię smutku”, ciemny rdzeń, który podsyca i napędza rozpamiętywanie straty, jaka obejmuje rzeczy, pojedyncze budowle czy wręcz całe miasto. Druga siła fundująca te opowieści jest za to aktywna, żarliwa i gniewna – skierowana przeciw powszechnemu zapominaniu niezwykłych dzieł pięknych ludzi.
ARCHITEKTURA PRZEKLĘTA
Cykl reportaży „Źle urodzone” to efekt podróży dwóch młodych ludzi (Springera i Woźniczki) śladami umierającej architektury ­PRL-u, którą niesłusznie określa się mianem socjalistycznej lub socrealistycznej. Choć wszyscy mamy ją w sąsiedztwie, wcale niełatwo zobaczyć te budynki. Trzeba ich szukać wśród karykaturalnych podobizn, przeróbek, pastelowych elewacji, brudu czy dewastacji. A znalazł­szy, odróżnić modernizm od doktrynalnego socrealizmu. Rozmowy i obserwacje Springera nie chcą wyzwolić mnie z ignorancji. Chcą czegoś więcej: rozumienia, podziwu i czułości dla tych obiektów i ludzi, którzy je zaprojektowali. Projekt reaktywacji polskiej architektury czasu PRL-u wydaje się szalony. Złe urodzenie nie jest tylko stygmatem politycznego zniewolenia, który przylgnął, często niesprawiedliwie, do wielu budynków w naszych miastach. My po prostu wiemy, co jest w środku, jakie są schody, windy, piony, wentylacja, stan elewacji, aktywność termiczna.
Springer jednak nie odpuszcza, stara się dać nam podstawową lekcję czytania architektury, co oznacza rozumienie budynku w historycznym oraz biograficznym kontekście jego projektowania i realizacji. I jeszcze coś niesłychanie ważnego: przeklinaną architekturę mieszkaniową i publiczną proponuje porównać z budownictwem publicznym ostatnich dwóch dekad. I wtedy nagle tracimy prokuratorski rezon. Nie tylko, bo udaje mu się wywołać we mnie niemożliwą do zaspokojenia tęsknotę, aby stanąć pod niepodpartym dachem Supersamu, zaprojektowanym przez Krasińskiego przy pl. Unii Lubelskiej w Warszawie (nie stanę, bo zburzono go w 2006 r.); albo zobaczyć w mglisty listopadowy wieczór rozświetlone wnętrze pawilonu „Chemii” (zburzony w 2008 r.). Obserwatorium na Śnieżce Lipińskiego i Wawrzyniaka czy katowicki Spodek Krasińskiego i Gintowta stawiały nas, już starszych, w pozach dziecięcego szoku. „Ooooo...” – krzyczało we mnie wszystko, gdy jako siedmioletni przybysz ze wsi, w drodze do wesołego miasteczka, stanąłem po raz pierwszy w cieniu Spodka. Teraz Springer przywrócił mnie mgnieniom tamtych przeżyć.
Czasem dla ukłucia tęsknoty wystarczy fotografia, tak wspaniała jak obraz rozjarzonej, lekkiej bryły Dworca Centralnego sfotografowanej w połowie lat 70. Jak na ironię, zdjęciom pomaga pusta jeszcze przestrzeń dookoła, niepoddana komercyjnej konkwiście banerów, billboardów, szyldów, reklamowych rekwizytów. Czyżbym odczuwał nostalgię za PRL-em? Jasne, że nie. Niezwykłość tych obiektów objawia się dzięki wyizolowaniu ich z rzeczywistości, w której powstały i ulegały stopniowej degradacji.
Springer jest adwokatem wykluczonej architektury, archeologiem, kustoszem, sanitariuszem tych budowli oraz ich wiekowych lub nieżyjących twórców. Jest szlachetnie stronniczy, kiedy walczy z galerią Likusów, która zastąpiła pawilon „Chemii”, czy odsłania podstępne działania wrogów Supersamu. Używa sugestywnych prostych alegorii: „Lord Vader” vs. „źródło światła”. Żarliwy gniew budzi w nim nie tylko biznes bezwzględnie wymuszający na urzędnikach i architektach ustępstwa prawne i estetyczne, ale także my, ślepi mieszkańcy, którzy nie widzą, jakie cuda mijają codziennie. Rozbiórka „Chemii” prawie nikogo nie poruszyła. „Wielu mieszkańców Warszawy zauważyło ją dopiero, gdy okazało się, że wraz z pawilonem zniknął lumpeks”. Rozebrany w 2010 r. dworzec katowicki, ohydne śmierdzące miejsce, które uczynił takim jego gospodarz PKP, wydaje się (dzięki pięknemu kłamstwu starej fotografii) miejscem magicznym. Aby rozumieć te budynki, Springer rekonstruuje losy twórców, inwestorów i mieszkańców.
„Źle urodzone” to opowieść nie tylko o budowlach, ale o pewnym pokoleniu architektów urodzonych i wykształconych tuż przed i w czasie wojny, których często fenomenalne zdolności zostają skanalizowane w ideologii i pragmatyzmie powojennej Polski, a jednak przynoszą często wspaniałe realizacje. Splot historii życia i architektury w tym pokoleniu ma zwłaszcza jedną intrygującą rysę, na którą wskazuje pytanie o rolę wojny w ich pojmowaniu projektowania. Zaczynając pracę tuż po wojnie, są w jakimś sensie beneficjentami zniszczenia. Autorka „Sadów Żoliborskich”, Halina Skibniewska, „patrząc na umierające miasto, (...) wiedziała, że mogą wymyślić właściwie cokolwiek”. Nie tylko w Warszawie, połowa centrum Poznania legła w gruzach. I jeszcze jedno: system, w którym odbiorcą architektury była władza, sprawiał, że nie trzeba było gadać z odbiorcą właściwym: mieszkańcem, klientem, obywatelem.
To najbardziej niewypełnione miejsce w cyklu reportaży Springera – mianowicie analiza polityczności projektowania w PRL-u, a zwłaszcza gier, jakie z władzą prowadzili najwybitniejsi architekci epoki. Najlepiej ilustrują to przygody Marka Leykama podczas projektowania siedziby prezydium rządu. Zrealizowana w środku socrealistycznej tendencji, stanowi idealnie zharmonizowany zestaw pastiszy: od florenckiego renesansu przez klasycyzm po futurystyczną kopułę z iluminatorami na dachu. Czy jednak był to przejaw kpiny z partyjnej ignorancji, czy raczej umiejętna funkcjonalizacja elementów klasycznej architektury w ramach poprawnej doktrynalnie całości? Cytowane głosy współpracowników i znawców Leykama i jego prac nie prowadzą do rozstrzygnięć.
Chciałbym, aby Springerowi udało się zrobić jeszcze krok w swoich świetnych rozmowach, studiach i obserwacjach, mianowicie przeniknąć bliżej realizacji tych projektów. Są one bowiem znacznie bardziej fascynujące niż dzisiejsze wulgarne kryteria wyłącznie ekonomiczne. Często sukces był zasługą potężnych protektorów, jak Jerzy Hryniewiecki dla krnąbrnego Leykama, Zygmunt Skibniewski dla żony Haliny Skibniewskiej (plus jej cztery kadencje w Sejmie jako posłanki PZPR), Jerzy Ziętek dla Buszki i Franty.
Springer pisze, choć niewiele, jak za sprawą tych pereł socjalistycznego budownictwa gęstniała przestrzeń wokół nich, bo np. Supersam był najlepiej zaopatrzonym sklepem w Warszawie, a Kolonię I w Sadach Żoliborskich obsadzano według partyjnego klucza. Najlepsze projekty PRL-u wytwarzały też zagęszczenie technologiczne, dzięki nagłej erupcji nowoczesności: ruchome schody i pochylnie, automatyczne drzwi, taśmociągi na brudne naczynia, samoobsługa.
Architektura wytwarza głód nowoczesności, czyni z techniki, technologii, urbanizacji nową przestrzeń naturalną człowieka. Proces ten jest nieodwracalny. Tymczasem lęki przed nowoczesnością owocują zachowawczym podejściem do architektury, więc zachwycamy się rewitalizacjami w rodzaju poznańskiego Browaru czy łódzkiej Manufaktury – pięknymi obiektami, które nie prowokują jednak do dyskusji. Springer znakomicie pokazał, że o wyjątkowości ludzi w rodzaju Hansenów czy Skibniewskiej świadczą uporczywe próby racjonalizowania i humanizowania koniecznej modernizacji. Kpina i kontestacja z ich wizjonerstwa zostawia nas w objęciach dzikiej nowoczesności o krótkim, ekonomicznym horyzoncie. Tłumaczy to fascynację i tęsknotę Springera za wizją, ideą, uspołecznionym geniuszem. Są to być może cechy jego pokolenia rozczarowanego bezideowym pragmatyzmem. Chodzi więc o architekturę, w której nie chce się tylko mieszkać, pracować, kupować, ale też na nią patrzeć, przebywać w jej sąsiedztwie, pozwolić jej na siebie wpływać i generować nastroje, interakcje, zachowania społeczne. Dziś ten aspekt przestrzeni stał się jeszcze istotniejszy wobec gett osiedlowych, zagęszczonych potwornie blokowisk, dominacji galerii jako jedynych miejsc wspólnoty; niestety nie obywatelskiej, ale konsumpcyjnej. Kto dziś ma wizję, jak wyciągnąć Polaków z galerii handlowej i sprzed telewizora?
Springer kończy książkę „Listem” do Oskara Hansena – bezradnym, dziecinnym żalem, który ilustruje zdanie niewysłanej depeszy: „Szkoda, że nie może Pan na nas w tej przyszłości poczekać, by spróbować ocalić świat”.
DON KICHOT FORMY OTWARTEJ
W książce o Hansenach Springer rozwinął najlepsze cechy zbioru „Źle urodzone”. W efekcie „Zaczyn” jest wielowymiarowym tyleż reportażem historycznym, co biografią ideową i szkicem z antropologii architektury. Pisarz zaczyna jak etnograf osiedlający się wśród tubylców, czyli na Przyczółku Grochowskim – jednym z pięciu zrealizowanych projektów Hansenów. Springerowi nie zależy jednak na badaniu obyczajów blokowiskowych tubylców. On chce zrozumieć twórcę, dlatego zaczyna od zamieszkania w jego dziele. Obserwacja uczestnicząca przynosi zbiór katastrofalnych sądów o projekcie Hansenów: „Co za debil projektował ten blok?”; „Tu się nawet nie da umrzeć z godnością”; „Osoby, które są autorami tego projektu, powinny również tu mieszkać. Za karę”. Wszystkie patologie budowlane PRL-u zdają się być skumulowane na Przyczółku: hałas, lodowate korytarze, ciemne kuchnie, labirynt klatek i mieszkań, możliwość zaglądania sąsiadom do mieszkań z galerii.
„Kto i dlaczego nam to zrobił?” – zdają się pytać mieszkańcy Przyczółka. Droga lektury „Zaczynu” wiedzie do zrozumienia i wybaczenia. Potwierdzeniem jednego i drugiego jest ostatnie zdanie książki: „Z Przyczółka Grochowskiego nie zamierzam się wyprowadzić”.
Pomiędzy tymi zdaniami rozciąga się fascynująca rekonstrukcja filozofii architektury, której twórca, choć należał do elity swej profesji, popadł w zapomnienie nawet na specjalistycznych wydziałach akademickich. Syn Fina i Rosjanki, urodzony w Finlandii w rodzinie poszukiwaczy ekonomicznych przygód, które rzucają jego przodków wraz z rodzinami po terytorium Skandynawii, imperium rosyjskiego, a na koniec Polski. Awanturnicza genealogia Hansena jest świetnie napisana, ale brak jej nieco głębszego powiązania z osobowością bohatera, jakby pozostawał on bez konsekwencji wobec swojej przeszłości. Springer jest tu wierny jednej z podstawowych zasad Hansena: że życie (jego treść, emocje, zmysły, przypadki) musi ustąpić myśleniu, analizie, przewidywaniu. Niestabilność życia Hansena i jego przodków, ciągłe zmiany, wielojęzyczność, konieczność ciągłego adaptowania się – to wszystko stanowi ważne tło dla uniwersalnych projektów architekta. Jego hipotetyczni mieszkańcy nie mają przeszłości, którą można kontynuować czy odbudowywać. Hansen buduje im modele do składania siebie na nowo. Większość tego nie chce lub po prostu nie jest do tego zdolna. „Jego praca była możliwa tylko w tym systemie” – twierdzi jeden z rozmówców Springera. Hansen wie, czego potrzebują mieszkańcy jego bloków: nie chcą koszar, mrowiska; chcą indywidulanych mieszkań dla odrębnych ludzi. Nie musi ich o to pytać, ani z nimi negocjować, bo nie ma własności prywatnej. Dzięki temu może napisać, że „przestrzeń to jest środek do wypowiadania idei”.
W książce o Hansenie niezwykle ważny jest epizod norweski: architekt Lars Fasting prezentuje małej społeczności swój projekt nowoczesnych budynków. Sąsiedzi i współmieszkańcy, a nie użytkownicy przyszłych budynków, muszą zgodzić się na projekt, choć prawo nic o takiej zgodzie nie mówi. „Po prostu, chodzi o to, żeby temu drugiemu nie robić jakiejś przykrości”. Oto pozaarchitektoniczna zasada architektury, której Hansen nie negocjował z nikim, choć jej własne rozumienie czynił podstawowym założeniem.
Hansen Springera to geniusz i wizjoner, który jako nieopierzony architekt w 1959 r. ogłasza elicie światowej architektury kres formy zam­kniętej w projektowaniu i nadejście formy otwartej – terminem tym określa swoją filozofię architektury, a właściwie filozofię związków człowieka i przestrzeni w nowoczesnym, zurbanizowanym świecie. Polemika, elastyczność, komunikacja, przechodniość prywatnego i publicznego, przekształcalność, wirtualność, współdziałanie z przyrodą. Forma zam­knięta to hierarchia, autorytet, despotyzm, Ojciec. Forma otwarta to Matka, antymodernistyczna, nieregularna, płynna. Hansen spotyka się i dyskutuje z Corbusierem, Légerem, Picassem. A dziesięć lat wcześniej Ernest Nathan Rogers proponuje mu asystenturę w Royal Institute of British Architects w Londynie. Gdyby przyjął tę propozycję i wyjechał, a następnie zrobił karierę w Anglii, może wespół z Richardem Rogersem i Renzem Piano zaprojektowałby Centre Pompidou, a kilka tygodni temu stałby z nimi na tarasie „Sharda”. Zamiast tego miał wolność, jaką dawały powojenne ruiny, i wielką wizję wprowadzenia architektury do gry o „nowego człowieka”, albo – mówiąc jego słowami – do „kształtowania człowieka w warunkach formacji uspołecznionej”.
Jak to czytam, robię się nieufny. Przypomina mi się Robert Moses, który zadbał o selekcję społeczną, projektując dojazd na plażę Long Island, mianowicie obniżył tunele tak, aby nie mogły tam wjeżdżać autobusy miejskie. Architektura masowego mieszkalnictwa stworzyła wszak nowy typ człowieka z blokowiska, a najważniejszy późny projekt Hansena to Linearny System Ciągły: ciąg bloków-monstrów, biegnących od południa na północ. Chciał zerwać z miastem centrycznym skazanym na korki, ciasnotę mieszkań, hałas, brak kontaktu z naturą, permanentną suburbanizację. Aby temu zapobiec, cała Polska ma stać się Przyczółkiem Grochowskim rozciągającym się pasmami od morza do Tatr. Szaleństwo? Oczywiście, ale problemy, z którymi się mierzył, pozostają – czego doświadczamy, stojąc w Jankach albo w Tychach. Więc może szkoda, sugeruje Springer, że z ponad 30 projektów zrealizowano pięć. Przejeżdżając aglomerację śląską, np. od Tychów przez Katowice, Chorzów, Bytom po Tarnowskie Góry, przemierzamy System Ciągły, tyle że chaotyczny i niedoskonały.
Książka Springera przynosi gigantyczny protokół rozbieżności między ideą a realizacją. Piękni ludzie, wspaniałe wizje, mądre, przewidujące obserwacje przemian społecznych i porażka ich architektury. A może myśmy do niej nie dorośli? – sugeruje Hansen, a za nim Springer. Tak czy inaczej, nawet jeśli nie do mieszkania jest ta napisana architektura, to z pewnością do czytania – zadziwiająco ciekawa jak pisarstwo Springera. Wychodzimy z lektury „Zaczynu” z nową umiejętnością czytania przestrzeni, wrażliwością na architekturę oswojoną i nudną, z czułością wobec surowej, funkcjonalnej moderny.
ZIELE PRZECIW ZNIKOMOŚCI
Kiedy Gilgamesz, bohater starosumeryjskiego eposu, traci swojego przyjaciela, który umarł naturalną śmiercią, sam zaczyna się jej bać. Pragnie nieśmiertelności, ale ponieważ chce się nią podzielić z innymi, zamiast zjeść od razu magiczne ziele, zabiera je z sobą. Podczas kąpieli pożera je wąż. Zrozpaczony Gilgamesz wraca do domu, do miasta Uruk, odkrywając w nim, w jego trwałości, jedyne pocieszenie na znikomość pojedynczego życia.
„Miedzianka”, najlepsza jak dotąd książka Springera, jest w pewnym sensie powtórzeniem drogi Gilgamesza. Od skromnej chwały małego miasteczka na Dolnym Śląsku, które omijały przez wieki niszczące siły historii, po zniknięcie z powierzchni ziemi na skutek rabunkowego wydobywania podziemnych złóż: głównie miedzi i uranu. Stare pytanie: „Dlaczego istnieje raczej coś niż nic?” u Springera traci swą retoryczność. Opowiedziana w „Miedziance” historia znikania ludzi, rzeczy, budynków, kraj­obrazu każe widzieć oczywistość w zanikaniu całych połaci ludzkiego życia. Mikrohistoria „Miedzianki” to obraz nieustannej pracy nicowania ludzkiego świata; wstrząsający, bo ukazany w pojmowalnej skali małego miasteczka. U Springera najlepszy jest moment, kiedy tracimy pewność czy upadek miasteczka, katastrofa, erozja, rabunkowa gospodarka to efekty wojen, polityki, zwykłego rabunku, czy też procesów, które – choć nienaturalne – objawiają konieczność właściwą prawom naturalnym. W najlepszych fragmentach „Miedzianki” udało się autorowi osiągnąć Sebaldowski efekt odczucia melancholii wobec katastrofy. Ten smutek spaja wszystkie najlepsze reportaże Springera; staje się racją przeciw obiektywnemu triumfowi nowego i lepszego.
Kiedy racjonalność kwestionuje nasze uczucia, nieakceptowalna historia zamienia się w los. Springer znakomicie pokazał ten proces, eksponując w relacjach swoich rozmówców pomieszanie wyjaśnień naukowych z mitycznymi czy baśniowymi. Ani nauka, ani baśń nie dostarczają zadowalającego wyjaśnienia przerażonemu umysłowi Gilgamesza i jego wnuków. Jedyną drogą jest powrót do miasta. Springer dzięki fotografiom, rozmowom, a przede wszystkim dzięki performatywnej sile literatury konstruuje na oczach czytelnika jedyne ludzkie lekarstwo na nietrwałość życia. Sama pamięć wspominających bohaterów „Miedzianki” nie wystarczy. Chcąc trwać, pamięć musi stać się zmyśleniem i nie ma w tym sprzeczności, bo miasteczko „jednak w pewien sposób istniało, jeśli nawet nie tak, jakby pamięć je zmyśliła” (Joyce). Zmyślona pamięć to tylko jedno z imion literatury, naszego ziela Gilgamesza.
Filip Springer, utalentowany dziennikarz, reporter i fotograf, w „Miedziance” staje się pisarzem, kiedy w miejsce języka negacji, którym żądzą „nie ma” i „było”, tworzy opowieść, czyli język-miasto. Symboliczną sceną tego aktu ustanawiania miasta wyobrażonego jest spacer po łące, pod którą są ruiny miasteczka. Spaceruje stary Karl Friebe, Niemiec, który opuścił Miedziankę po wojnie jako siedmiolatek. Chodzi po łące, wskazuje parasolem i nazywa ludzi, domy, sklepy, ulice, krocząc dokładnie wedle ich biegu. A za nim drepcze autor, który oczami i ręką architekta nadaje im kształty w wymyślonym przez siebie języku.

RYSZARD KOZIOŁEK jest literaturoznawcą, opublikował książki: „Ciała Sienkiewicza. Studia o płci i przemocy” (Nagroda Literacka Gdynia 2010) oraz „Znakowanie trawy albo praktyki filologii”. Pracuje na Uniwersytecie Śląskim.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Literaturoznawca, pisarz, profesor, w 2010 r. otrzymał Nagrodę Literacką GDYNIA w kategorii eseistyka za książkę pt. „Ciała Sienkiewicza. Studia o symbolice płci i przemocy”. Zajmuje się...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]