Czy Andrzej Duda zostanie liderem polskiej prawicy?

Prezydent chciałby pogodzić dwie sprzeczne role – strażnika konstytucji i lidera opozycji, który zawalczy o spadek po Jarosławie Kaczyńskim. By to uczynić, musi stać się nowym Andrzejem Dudą.

09.01.2024

Czyta się kilka minut

Andrzej Duda podczas apelu z okazji Dnia Podchorążego i 193. rocznicy wybuchu Powstania Listopadowego, na dziedzincu Belwederu. Warszawa, 29 listopada 2023 r. / fot. Michal Żebrowski / East News
Andrzej Duda podczas apelu z okazji Dnia Podchorążego i 193. rocznicy wybuchu powstania listopadowego, na dziedzińcu Belwederu. Warszawa, 29 listopada 2023 r. / Fot. Michał Żebrowski / East News

Dwa razy wygrał wybory prezydenckie z mocnymi rywalami, ale chyba niewiele po nim zostanie – to opinia rozpowszechniona nawet wśród współpracowników Andrzeja Dudy. Miał swój świetny czas po najeździe Rosji na Ukrainę, zaskoczył też kilka razy opinię publiczną, blokując ustawy własnego obozu, ale to mało jak na tyle lat prezydentury. Teraz jednak przed nim najważniejsze półtora roku w karierze, zaczął się bowiem okres kohabitacji z nową większością parlamentarną i widać wyraźnie, że będzie on niespokojny.

Dziś prezydent jest jedynym politykiem związanym z PiS, który ma w rękach realną władzę. Posiada inicjatywę ustawodawczą, może blokować poczynania rządu i nowej sejmowej większości za pomocą weta. Zarazem ma szansę wykorzystać sytuację w PiS, gdzie Jarosław Kaczyński wciąż jest niekwestionowanym liderem, ale zachowuje się jak kapitan statku, który zmierza na mieliznę. Wszyscy to widzą, jednak żaden z oficerów na pokładzie nie ma na tyle siły i odwagi, by wejść na mostek i przejąć ster. Paliwo, jakie nowa władza dała PiS w postaci bezceremonialnego przejęcia mediów publicznych, a także serialu z Kamińskim i Wąsikiem w rolach głównych – może szybko się wyczerpać. Widać wyraźnie, że Kaczyński nie ma pomysłu, jak zareagować na zmiany społeczne i dać nowe życie prawicy.

Przywództwo niemal 75-letniego prezesa może zakwestionować dziś jedynie prezydent. Nie musi organizować przewrotu, do którego charakterologicznie i tak się nie nadaje, wystarczy, że skupi wokół siebie środowiska sfrustrowane kolejnymi prawdopodobnymi porażkami w wyborach do samorządów i europarlamentu.

Władza w obozie PiS leży dziś „na ulicy”. Czy Dudzie uda się po nią sięgnąć?

Marka na pół gwizdka

Prezydent dotychczas nie miał aspiracji związanych z życiem partyjnym i nie do końca czuje ducha PiS. – Andrzej w trakcie prezydentury się nie zbudował. Nie stworzył w PiS wrażenia, że jest osobną marką i że warto na niego stawiać – mówi były współpracownik prezydenta. Inni dodają, że polityka partyjna to ciągłe wyjazdy w Polskę, spotkania z działaczami powiatowymi, rozwiązywanie sporów personalnych – w tym zawsze brylował Kaczyński. To nie jest żywioł Dudy, który nie ma mentalności lidera, a przed prezydenturą był typowym działaczem drugiego szeregu.

Po zakończeniu drugiej kadencji w 2025 r. Andrzej Duda nie trafi do parlamentu, gdzie tworzy się prawdziwa polityka. Zresztą głowa państwa w roli posła wysłuchującego obelg za 10 lat prezydentury to nie byłby dobry pomysł. Podobne doświadczenie swoistej próżni mają za sobą inne głowy państwa, które usiłowały włączyć się w życie polityczne spoza Sejmu, trochę na pół gwizdka. Lech Wałęsa miał swą Chrześcijańską Demokrację III RP, której dziś już nikt nie pamięta. Aleksander Kwaśniewski wspierał najpierw Lewicę i Demokratów, potem komitet Europa Plus Janusza Palikota – bez większych sukcesów. Niewiele wynikło też z zaangażowania Bronisława Komorowskiego w Koalicję Polską, tworzoną wokół PSL.

Duda może przegrać swoją przyszłość, ale jednak w walce o inną, wyższą stawkę – o wielką partię. Były pracownik Kancelarii Prezydenta RP, a dziś poseł PiS, przyznaje, że jest on politykiem o poglądach centroprawicowych i wielu młodszych działaczy tej formacji widziałoby w nim punkt odniesienia, biorąc pod uwagę, że w partii nie ma dziś nikogo, kto wyraźnie wysuwałby się na czoło jako możliwy następca prezesa. Prezydent stoi nieco z boku, nie musi uczestniczyć w często żenujących kotłowaninach pod dywanem, za to może pokazywać swoją siłę konkretnymi decyzjami wpływającymi na życie państwa. A jeśli w przyszłości miałby być liderem, to takim nienarzucającym swej woli, bo zdaniem naszego rozmówcy Duda to raczej człowiek dialogu niż dominacji. Po autokratycznym Kaczyńskim byłby to powiew wolności w środowisku PiS, który mógłby się przełożyć na jego kreatywność, choć mógłby też oznaczać wewnętrzną anarchię.

– Andrzej potrafi spiąć się na kampanię, jest wtedy jak naładowana maszyna. Natomiast między wyborami jego aktywność jest taka sobie. Łatwo się zapala, ale też szybko się nudzi – przyznaje były współpracownik prezydenta.

W polityce nie sposób jednak wszystkiego przewidzieć. Po dwóch kadencjach polityczne obycie Dudy wzrosło, zwłaszcza po ataku Rosji na Ukrainę w lutym 2022 r. Historia zna też przypadki zaskakujących transformacji. Donald Tusk w latach 90. był uważany za niepoważnego polityka „w krótkich spodenkach”, który interesuje się głównie grą w piłkę. To się radykalnie zmieniło ok. 2000 r., gdy Tusk był już po czterdziestce. Najpierw wystartował w wyborach na przewodniczącego Unii Wolności, a potem założył PO. Miał jednak przy sobie człowieka, który początkowo robił za niego całą czarną partyjną robotę, czyli Grzegorza Schetynę.

Chwiejny buntownik

Taką rolę u Dudy może odgrywać szef jego gabinetu Marcin Mastalerek, mający podobnie jak Schetyna naturę politycznego zabijaki. – Prezydent nie jest człowiekiem przekonanym o swoich racjach, jest chwiejny i zorientowany na inne osoby, z „syndromem ostatniego rozmówcy” – uważa Jarosław Flis, socjolog z UJ. – Przez lata nie był z tego powodu poważnie traktowany nawet w swym własnym środowisku. Jego kolejne niezbyt przemyślane inicjatywy po prostu ignorowano, jak 10 pytań referendalnych o konstytucję i ustrój Polski albo projekt ustawy mającej zażegnać spór wokół aborcji.

Flis podkreśla, że na Dudzie mocno odbiły się toksyczne relacje z Jarosławem Kaczyńskim. Został prezydentem w wieku ledwie 43 lat, próbował grzecznie wpasować się w nakreślone mu ramy, choćby nie przyjmując przysięgi od prawidłowo wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Jednak mocodawca zaczął gardzić swym pupilem już przy pierwszej okazji, gdy ten nie zachował się zgodnie z oczekiwaniami, czyli 10 kwietnia 2016 r., kiedy to podczas uroczystości smoleńskich zaproponował narodowe pojednanie. Latem 2017 r. zawetował też ustawy sądowe, czym naraził się wręcz na wściekłość Kaczyńskiego, ale pod koniec roku ostatecznie parafował zmiany w Sądzie Najwyższym, sądach powszechnych i KRS, niewiele różniące się od tych zawetowanych. Prezes PiS uważał go już wtedy za zmiennego w poglądach chłoptasia.

– Kaczyński ma teorię, że Duda łatwo ulega wpływom, więc jak na weekend pojedzie do Krakowa i tam spotka się ze znajomkami, to nic dobrego z tego nie wynika – mówi były współpracownik prezydenta.

– Właśnie po wizycie w Krakowie podjął decyzję w sprawie weta do ustaw sądowych, które były dla PiS niczym grom z jasnego nieba. Wcześniej miał też przygotowane weto do nowego prawa farmaceutycznego. Była już wyznaczona konferencja, ale po powrocie z Krakowa Andrzej przychodzi i mówi, że jednak się namyślił i weta nie będzie, bo mu znajomy lekarz powiedział, że to dobra ustawa – dodaje inny.

Duda buntował się wobec PiS niekonsekwentnie i chaotycznie, w niespójnym rytmie kolejnych zmian personalnych w Kancelarii, w której towarzystwo wciąż się spierało. – Obecnie największy wpływ na Dudę ma Mastalerek. To on trzyma stery i chyba ich szybko z rąk nie wypuści – uważa Flis. – Jest ostry i zdecydowany, ale też cierpliwy, nie zatopił go nawet gniew Kaczyńskiego. Bryluje w mediach, jednak nie zastąpi w nich samego Dudy, nie wzmocni jego siły i nie doda dostojeństwa, zwłaszcza jeśli w tym samym czasie prezydent będzie zamieszczał niepoważne wpisy w portalach społecznościowych.

W kwestii ewentualnych szans na przejęcie choć części aktywów PiS Jarosław Flis uważa, że dotychczasowe doświadczenia nie wróżą dobrze Dudzie. Próbowali z nim już zawierać nieformalne sojusze Mateusz Morawiecki i Jarosław Gowin, by zmienić układ sił na prawicy, ale wszystko szybko się rozmywało. Dziś prezydent stoi przed kolejnym dylematem. Jeśli nadchodzące wybory pójdą źle, być może Zjednoczona Prawica ulegnie tak dużej fragmentacji, iż Dudzie z jego miękkim charakterem nie będzie się chciało walczyć o leżącą w błocie, poharataną buławę. Jeśli wybory pójdą dobrze, nie będzie w PiS masy krytycznej, by odsunąć Kaczyńskiego lub namówić go do rezygnacji.

Trampolina w Kancelarii

Zdaniem Pawła Musiałka, politologa i prezesa chadeckiego Klubu Jagiellońskiego, obecnie nie ma szans, by Duda mógł zastąpić w roli lidera prawicy Jarosława Kaczyńskiego. Prezes PiS nie wspierałby jego kandydatury, ponieważ jest nim głęboko rozczarowany. Kluczową rolę odegrały weta prezydenta wobec ustaw sądowych oraz przy lex TVN i lex Czarnek.

– Prezydent nie ma też swojego przyczółka w PiS, by mocniej tam zaistnieć. Co prawda do Sejmu dostali się Marcin Przydacz, Paweł Szrot i Paweł Sałek, ale jest ich zbyt mało i nie są to wierni ludzie prezydenta, oni raczej mieli epizod pracy z nim. Dudzie nie udało się zbudować swojego zaplecza w obozie Zjednoczonej Prawicy, które orientowałoby się na niego. Jednym z powodów i zarazem przejawów takiego stanu rzeczy jest fakt, iż Kancelaria Prezydenta RP była zawsze zdominowana przez urzędników, a nie polityków – uważa Paweł Musiałek.

Na dodatek otoczenie Dudy (z wyjątkiem przyjaciela z czasów harcerskich Wojciecha Kolarskiego) ciągle się zmieniało. Kilka miesięcy przed ostatnimi wyborami Paweł Soloch, czyli Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, został ambasadorem w Rumunii, a zastąpił go Jacek Siewiera. Drugi z najważniejszych urzędników kształtujących po inwazji Rosji na Ukrainę prezydencką politykę międzynarodową, Jakub Kumoch, trafił na placówkę w Pekinie. Nielubianego w Kancelarii urzędnika Duda pozbył się pod pretekstem nieuchronienia go przed rozmową z dwoma rosyjskimi blogerami udającymi sekretarza generalnego ONZ. W roli szefa Biura Polityki Międzynarodowej (BPM) zastąpił Kumocha wspomniany już Przydacz, który dziś jest posłem.

Fluktuacja kadr jest w Kancelarii zbyt duża, by zrobić z niej wpływowe środowisko. To raczej miejsce pracy tymczasowej. Obecny szef gabinetu, Marcin Mastalerek, jest już trzecią osobą na tym stanowisku. Jego poprzednik Paweł Szrot trafił do Sejmu, a jeszcze wcześniej Krzysztof Szczerski z tej samej funkcji przeniósł się najpierw do BPM, a potem do Nowego Jorku, gdzie został przedstawicielem Polski przy ONZ.

Obecna szefowa Kancelarii Prezydenta, Grażyna Ignaczak-Bandych, także jest trzecią osobą w tej roli. Jej poprzedniczka Halina Szymańska odeszła z Kancelarii, by zostać prezeską Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, a Małgorzata Sadurska przeszła do zarządu PZU i PZU Życie. Można dojść do wniosku, że Pałac Prezydencki stał się trampoliną do ciekawszych i atrakcyjniejszych finansowo posad.

– To nigdy nie było spójne środowisko, dużo było w nim walki wewnętrznej i konfliktów personalnych. Ludzie się z sobą nie dogadywali, więc szybko zaczynali myśleć o własnej przyszłości. Prezydent nie miał umiejętności tworzenia zwartego zespołu i nie umiał gasić konfliktów – uważa Musiałek, ale zarazem podkreśla, że dziś Duda to dużo bardziej autonomiczna postać, a objęcie funkcji szefa gabinetu przez Mastalerka, pozwalającego sobie na krytyczne uwagi wobec Kaczyńskiego, to zapowiedź jeszcze większej zmiany. – Polityka w Pałacu będzie teraz intensywniejsza, choć myślę, że sam Duda jeszcze nie zdecydował, co zrobi później – sądzi Musiałek.

Jeden z byłych współpracowników głowy państwa zwraca uwagę, że jej przyszłość jest uzależniona od skokowej poprawy medialnego zaplecza, które dziś nie potrafi nawet zadbać o to, by szczera narciarska pasja Dudy stała się częścią jego pozytywnego wizerunku, zamiast być obiektem drwin. Trudno to jednak uczynić, jeśli w Pałacu nie ma nawet rzecznika prasowego: pierwszym był Marek Magierowski, który szybko uciekł w dyplomację, kolejnym Krzysztof Łapiński, a następnym Błażej Spychalski – on zaś odszedł jesienią 2021 r.

Nie tylko „Andżej”

Marcin Duma, badacz opinii i prezes IBRiS, uważa, że temperatura sporu może zniechęcać prezydenta do aktywności w krajowej polityce. Dla świata, mimo skojarzeń z populistyczną prawicą, Duda nie jest „Andżejem” vel Adrianem z „Ucha Prezesa”, ale człowiekiem dużo większego formatu, który wykazał się niezwykłym refleksem i zdecydowaniem po ataku Rosji na Ukrainę. To spory kapitał.

– Nie wykluczam, że po zakończeniu misji w Pałacu Andrzej Duda ruszy w świat, by opowiadać o polityce z perspektywy lidera środkowo-wschodniej Europy – mówi Duma. – Na pewno nie ma za sobą tak ciekawej historii i nie jest tak oryginalny jak Lech Wałęsa. Zarazem nie jest aż tak złym mówcą, jak to widzi wielu ludzi w Polsce, wybaczających kolejne wpadki Wałęsie. Dlatego nie lekceważyłbym perspektywy kariery międzynarodowej. Pewnie Harvard go nie zaprosi, ale jest jeszcze cała lista uczelni, w rodzaju Ohio czy Middle Tennessee.

Zdaniem szefa IBRiS wejście do codziennej krajowej polityki mogłoby być dla Andrzeja Dudy szokiem. Tu już nie będzie „królem słońce”, pracującym wcześniej przez wiele lat w dużym komforcie – uważa Duma, jednocześnie zaznaczając, że na prawicy brak dziś wyraźnego następcy Kaczyńskiego, jest za to kilka osób o podobnej, średniej sile (Błaszczak, Brudziński, Morawiecki, Sasin, Szydło, Witek), co może zrodzić między nimi konflikty przy walce o schedę. Osłabnie też znacznie wpływ na to środowisko ze strony poważnie chorego Zbigniewa Ziobry; odśrodkowe tendencje do rozpadu wzmacniać będzie również Konfederacja. Jest więc dla Dudy miejsce.

Kłopot w tym, że po opuszczeniu Pałacu prezydent będzie musiał samodzielnie brać udział w brutalnej walce politycznej, w czym dziś wyręcza go Mastalerek. Tymczasem Duda – tak uważa prezes IBRiS – nie ma cech, które Kaczyńskiemu, Tuskowi czy też Czarzastemu ułatwiają skuteczne prowadzenie gier w partii i podejmowanie trudnych decyzji personalnych.

Mimo wszystko Marcin Duma jest zdania, że prezydent to utalentowany aktor i potrafi wcielać się w role, które są atrakcyjną odpowiedzią na oczekiwania elektoratu. Pogardliwe żarty na temat jego internetowych wpadek lub wywiadów, w których pozował na twardziela, trafiają do liberalnej bańki, ale pozostali wyborcy mogą mieć na ten temat inne zdanie. A przecież to do nich kieruje swój przekaz prezydent.

Prawica z ludzką twarzą

Skuteczna walka Dudy o pierwszeństwo na prawicy zależy od tego, czy będzie umiał z gracją poruszać się na obu frontach: walki wewnętrznej i tej zewnętrznej, z nową koalicją. W sprawie wyroków na Macieja Wąsika i Michała Kamińskiego zapowiedział (na razie ustami swoich urzędników), że prędzej zgodzi się na to, by w Polsce pojawili się więźniowie polityczni, niż powtórzy akt łaski. Wróży to twardą konfrontację, zgodną z linią PiS.

– Przed Dudą decyzja, czy będzie chciał iść na łatwiznę i stać się tylko instrumentem w rękach partii czy też zawalczyć o główną rolę. Na razie nie wygląda, by chciał zgodnie z wolą Kaczyńskiego ciągnąć w stronę permanentnego liberum veto – uważa prezes IBRiS. Dowód na to już jest, w postaci podpisu pod ustawą o in vitro. To samo mogłoby się stać z ustawą o związkach partnerskich, z której w zdecydowanej większości skorzystają pary heteroseksualne żyjące bez ślubu. Weto jest bardziej prawdopodobne przy ustawie dotyczącej Funduszu Kościelnego, ale tu nawet wewnątrz koalicji są różnice, więc Duda ma jeszcze czas na samookreślenie.

– Jeśli prezydent będzie zaangażowany w proces legislacyjny, jeśli będzie pokazywał własne pomysły, może zacząć kształtować w swym elektoracie obraz państwowca, w kontraście do rozkrzyczanego prezesa PiS – uważa Marcin Duma. – To mogłoby doprowadzić do podziału ról w Zjednoczonej Prawicy. Jedno skrzydło obsługiwałoby radykałów, drugie miałoby „ludzką twarz” Dudy, z potencjałem do szukania poparcia bliżej centrum sceny.

Niezwykle ważnym kapitałem Andrzeja Dudy są jego relacje międzynarodowe. Tutaj nie zaliczył większych wpadek, może poza brakiem gratulacji dla Joe Bidena po wyborze na prezydenta USA – Duda był przecież wielkim fanem Donalda Trumpa. Tym niemniej są głosy, że najlepiej sobie radził w przeszłości, gdy u jego boku był Krzysztof Szczerski (który z lojalności odmówił nawet objęcia posady szefa MSZ), choć i później dzięki Kumochowi i Solochowi wypracował początkowo świetne relacje z Wołodymyrem Zełenskim.

Ukraiński refleks

Dowodem lepszego zrozumienia niuansów międzynarodowych (co znacznie różni Dudę od wierchuszki PiS) jest sprawa lex TVN. Ustawę zawetował pod wpływem Szczerskiego i Mastalerka, którzy doradzali mu, by nie rujnował podpisem relacji z USA, gwarantem naszego bezpieczeństwa. Prezydent się wahał, ale ustawę zawetował, czym zaskoczył też wielu swoich przeciwników. Jeszcze bardziej byli zadziwieni, jak godnie się zachował i jakim refleksem wykazał tuż po ataku Rosji na Ukrainę, gdy wielu światowych liderów postawiło na Kijowie krzyżyk. A nawet wcześniej, bo przecież na miesiąc przed inwazją przez dwa dni gościł w Wiśle Zełenskiego.

– Zaprosił go za namową znającego dobrze sprawy wschodnie i mówiącego po ukraińsku Jakuba Kumocha. Zrobił to, mimo że próby dogadywania się z poprzednim prezydentem Ukrainy były dla niego ogromnym rozczarowaniem – opowiada Zbigniew Parafianowicz, autor wydanej niedawno książki „Polska na wojnie”. Duda pierwszy raz, oficjalnie, spotkał się z Poroszenką w Kijowie w 2015 r. Słuchał z jego ust frazesów o strategicznej współpracy, a gdy padł pomysł wprowadzenia do ukraińskiego rządu Polaka, Poroszenko się zgodził. Po czym uznał, że najlepszym wyborem będzie... Leszek Balcerowicz. Był to okropny policzek dla PiS, ale zarazem kolejny rozdział w grubej książce rozczarowań polskich prezydentów wobec Ukrainy.

– Duda też zdawał sobie sprawę, że z drugiej strony może liczyć głównie na polityczne cwaniactwo, więc podczas zakrapianych alkoholem spotkań w Wiśle nie tyle zaprzyjaźnił się z Zełenskim, co wszedł w „projekt przyjaźń”. Wbrew temu, co sądzą jego przeciwnicy, Duda ma jednak instynkt, przecież dwa razy wygrał wybory. Gdy poczuł, że Zełenski uważa się już za gracza światowego formatu, zdystansował się od niego, bo nie chciał występować w roli asystenta. W zasadzie znudził się też samą wojną – opowiada Parafianowicz, podkreślając przy tym, że prezydent nie popełnił w sprawie Ukrainy radykalnych błędów. W pewnym momencie po prostu uznał, że władzom w Kijowie nasza przyjaźń potrzebna jest tak długo, jak długo jesteśmy w stanie przekazywać im broń.

Zdaniem Parafianowicza Ukraińcy uznali, że lotniczy hub w Rzeszowie to nie tyle polskie terytorium i polski projekt, co baza NATO, jak ta w Ramstein, więc nie my tu decydujemy. Skłócona z Brukselą Polska nie miała też wielkiej mocy sprawczej w porównaniu z Francją czy Niemcami, więc Zełenski przeorientował się na Berlin, choć ten na początku wojny nie okazał Kijowowi żadnej solidarności. Zapewne sytuacja mogłaby być inna, gdyby o polityce wobec Europy decydował w Polsce nie Kaczyński, ale sam Duda, którego najbliżsi ludzie (Kumoch i Soloch) zdawali sobie sprawę, iż bez wygaszenia konfliktu z najważniejszymi państwami UE nie mamy szans na bycie silnym graczem. Z drugiej strony, ludzie Dudy uważali, że dla Niemiec Polska jest z założenia nieakceptowalna jako lider wschodniej Europy.

Koniec przyjaźni

Ważnym czynnikiem w zakończeniu „projektu przyjaźń” była też atmosfera w Kancelarii, w której zaczęły się konflikty, głównie między Mastalerkiem i Kumochem, który ostatecznie przegrał. Jednocześnie Duda nigdy nie wystąpił publicznie przeciwko Zełenskiemu, zachowując spokój nawet po tym, jak Ukraińcy próbowali zrzucić na Rosję winę za upadek w Przewodowie ich rakiety , która zabiła dwóch polskich obywateli – i do dziś nie przeprosili za tę tragedię. To było dla Dudy jedynie potwierdzenie, jak instrumentalnie traktuje nas Kijów, dlatego nie rozczarowała go potem sztywna postawa Zełenskiego przy okazji kryzysu zbożowego oraz jego oskarżenia, że swoją postawą pomagamy Rosji. Wtedy zresztą już kontakty z władzami ukraińskimi wziął na siebie rząd Mateusza Morawieckiego, Duda zaś skupił się bardziej na USA i przekonywaniu ekipy Bidena, że Polska jest wiarygodnym sojusznikiem, godnym najwyższych gwarancji bezpieczeństwa.

Właśnie w sprawach międzynarodowych będzie największe pole do współpracy, a więc także potencjalnych konfliktów z rządem Donalda Tuska. Przebieg pierwszego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Narodowego 20 grudnia daje jednak nadzieję. – Jest szansa na wyznaczenie pewnych ram współdziałania w polityce wschodniej i sprawach bezpieczeństwa. Prezydent będzie oczekiwał rozbudowy polskiej armii, kontynuacji wzmacniania naszego bezpieczeństwa i odstraszania Rosji. Oczekuje też podtrzymania formuły, że to on reprezentuje Polskę na forum NATO i ONZ, a premier w Radzie Europejskiej – mówi obecny poseł PiS Marcin Przydacz, ale zarazem przypomina, że jeśli chodzi o relacje z UE, nowa ustawa kompetencyjna dała prezydentowi większy wpływ na obsadę stanowisk związanych z naszą prezydencją w 2025 r. Obie strony mają więc arsenał groźnej broni.

Byli współpracownicy prezydenta spokojniejsi są o relacje z wicepremierem i szefem MON Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, z którym Duda zna się jeszcze z Krakowa, natomiast trudności spodziewają się w relacjach z szefem MSZ Radosławem Sikorskim, no i przede wszystkim – z Tuskiem.

– Pan prezydent był w latach 2008-10 ministrem w Kancelarii Prezydenta i bardzo dobrze pamięta, jak wobec śp. Lecha Kaczyńskiego zachowywał się ówczesny premier Donald Tusk. Było to niszczące dla prestiżu prezydenta Rzeczypospolitej, ale także niszczyło wizerunek Polski na arenie międzynarodowej. Nie mam więc oczekiwań wobec premiera Tuska, również po sposobie, w jaki przejął media publiczne: siłą i nielegalnie. Nie można od tego faktu abstrahować – mówi Paweł Szrot, obecnie poseł PiS.

Tusk zapowiedział co prawda, że nowy ład medialny większościowa koalicja będzie chciała przygotować przy udziale prezydenta, ale zdaniem posła Przydacza dziś będzie to trudniejsze niż przed decyzjami ministra Sienkiewicza.

W interesie Tuska

Mimo że nowa koalicja usilnie wpycha Dudę w ramiona PiS, to w końcówce pobytu w Pałacu może on zawalczyć o to, by stać się prezydentem większej części polskiego społeczeństwa niż tylko elektoratu prawicy – sam fakt, że zdobył ponad połowę głosów w obydwu wyborach, daje mu mocną pozycję wyjściową .

Paweł Musiałek podkreśla, że Duda ma świadomość, iż został przez Kaczyńskiego wmanewrowany w rodzaj „brudnej wspólnoty”, naznaczonej różnymi grzechami, więc naturalne jest, że dziś pewnych błędów już nie popełni, gdyż dojrzał. Kłopot w tym, że przy obecnym natężeniu walki politycznej obóz anty-PiS nie reaguje na sygnały świadczące o rosnącej prezydenckiej autonomii, tylko uparcie traktuje Dudę jak „długopis” Kaczyńskiego. Nowa większość jest na fali i nie widzi powodu, by w obliczu trzech kolejnych wyborów (samorządowych, europejskich, prezydenckich) obniżać temperaturę sporu z Dudą. Dodatkowo wetujący ustawy prezydent będzie wygodnym adresem, na który można zwalać winy za własne porażki.

– W interesie Tuska nie jest wzmacnianie Dudy i dogadywanie się z nim. To dlatego przy sporze o media publiczne nawet nie podjęto próby kompromisu z prezydentem. A przecież nawet po wecie do ustawy okołobudżetowej deklarował, że jego celem jest powrót do sytuacji prawnej z 2015 r. Duda nie bronił, jak PiS, Rady Mediów Narodowych. Inna sprawa, że już stawiając weto powinien zaproponować konkretne rozwiązania, np. przywracające decydujący wpływ KRRiT na media publiczne – uważa prezes Klubu Jagiellońskiego.

Musiałek zakłada, że z przewidywanych dwóch pól konfliktów, gdzie Duda ma duże ustrojowe kompetencje, armia będzie mniejszym problemem [o sądownictwie – patrz tekst pt. „Bitwa o sądy”]. Powołanie na stanowisko szefa MON Kosiniaka-Kamysza to krok koncyliacyjny, dobry w obliczu wojny za naszą wschodnią granicą. Gorzej z pomysłem postawienia znanego z trudnego charakteru Radosława Sikorskiego w roli szefa MSZ. Zachodzące na siebie kompetencje, zwłaszcza w związku z nowym prawem, dającym prezydentowi możliwość blokowania rządowych kandydatur na ważne stanowiska unijne, rodzą obawy o ciągłe awantury w kwestii polityki europejskiej.

Jednak choć kohabitacja wydaje się bardziej komfortowa dla Dudy, musi on pamiętać, iż rząd posiada wiele instrumentów, by szkodzić prezydentowi. Może obciąć budżet jego Kancelarii, może wymienić ekipę Służby Ochrony Państwa albo odmówić użyczenia samolotu pod byle pretekstem. Tusk może obejść nawet blokadę nominacji nowych ambasadorów. Wystarczy wezwać obecnych na konsultacje do Warszawy i wyznaczyć zastępców do kierowania placówkami.

Oprócz możliwych pól walki w polityce międzynarodowej i bezpieczeństwie, gdzie prezydent ma szerokie kompetencje, są jeszcze kwestie ideologiczne: związki partnerskie, aborcja i plany likwidacji Funduszu Kościelnego. Byli współpracownicy Dudy spodziewają się, że będzie tu postępował zgodnie z linią najbardziej konserwatywnego skrzydła koalicji rządowej, czyli PSL, wzmacniając je kosztem Koalicji Obywatelskiej. Stąd należy oczekiwać sprzeciwu wobec radykalnej formuły związków partnerskich czy liberalizacji aborcji. Braku weta wobec ustawy o refundacji in vitro nie należy postrzegać jako przejawu niekonsekwencji – było to po linii PSL, a zarazem odpowiadało poglądom zdecydowanej większości społeczeństwa.

***

Na jaki scenariusz zdecyduje się ostatecznie Andrzej Duda? Czy ma już dziś plan, czy też woli poczekać na rozwój sytuacji? Paweł Szrot uważa, że sytuacja jest dla niego komfortowa.

– Prezydent ma wspaniały zawód, jest prawnikiem i wykładowcą akademickim. Może pracować też jako adwokat. Ma więc perspektywy, jakich niemal każdy prawnik mógłby mu pozazdrościć – uważa poseł PiS. Inny dawny współpracownik Dudy dodaje: – A może prezydent nie ma żadnego planu? Może wystarczy mu bycie byłym prezydentem? Spokojna emerytura bez nagłych stresów, stabilna pensja, czasem jakiś odczyt za granicą. Tak naprawdę można szczęśliwie żyć.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Jako reporter rozpoczynał pracę w dzienniku toruńskim „Nowości”, pracował następnie w „Czasie Krakowskim”, „Super Expressie”, czasopiśmie „Newsweek Polska”, telewizji TVN. W lutym 2012 r. został redaktorem naczelnym „Dziennika Polskiego”. Odszedł z pracy w… więcej
Z wykształcenia biolog, ale od blisko 30 lat dziennikarz polityczny. Zaczynał pracę zawodową w Biurze Prasowym Rządu URM w czasach rządu Hanny Suchockiej, potem był dziennikarzem politycznym „Życia Warszawy”, pracował w dokumentującym historię najnowszą… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 2/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Buława w błocie