Prąd nas kopnie

Polska wdała się w niepotrzebny spór z Czechami o kopalnię i została upokorzona. Akurat w momencie, w którym przez Europę przetacza się kryzys energetyczny. Odczujemy go za chwilę dotkliwie. I to na długo.

04.10.2021

Czyta się kilka minut

Kopalnia odkrywkowa węgla brunatnego Turów. Bogatynia, 17 stycznia 2020 r. / TOMASZ PIETRZYK / AGENCJA GAZETA
Kopalnia odkrywkowa węgla brunatnego Turów. Bogatynia, 17 stycznia 2020 r. / TOMASZ PIETRZYK / AGENCJA GAZETA

Jak wynika z informacji „Tygodnika”, polscy negocjatorzy otrzymali od premiera Mateusza Morawieckiego konkretne zadanie: dogadać się (niemal) za wszelką cenę. Nawet kosztem odszkodowania sięgającego dziesiątek milionów euro, z których sfinansowalibyśmy odbudowę źródeł wody pitnej w rejonie czeskiego Liberca. Tylko porozumienie z rządem Andreja Babiša może rozpocząć procedurę wycofania skargi i wstrzymania naliczania kary nałożonej postanowieniem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Chodzi o 500 tys. euro dziennie do czasu wstrzymania wydobycia węgla brunatnego w odkrywkowej kopalni w Turowie.

Cokolwiek usłyszymy teraz na temat ugody z Czechami z ust ministra klimatu i środowiska Michała Kurtyki, nie przyćmi to klęski. Czesi negocjują ostro, przeciągają rozmowy i trudno im się dziwić. Sami daliśmy im oręż do ręki, zwłaszcza w kwietniu, gdy rząd przedłużył do 2044 r. koncesję na wydobycie węgla w Turowie – bez ostatecznej decyzji środowiskowej. To właśnie sprawiło, że wiceprezes TSUE Rosario Silva de Lapuerta najpierw w maju nakazała przerwanie pracy kopalni, a 20 września ogłosiła surową grzywnę za niewykonanie polecenia. Mogła wstrzymać się z karą i oddać decyzję Wielkiej Izbie 15 sędziów, jak to było w przypadku sporu o wycinkę drzew w Puszczy Białowieskiej. Uznała jednak, że zignorowanie jej postanowienia z maja wymaga już teraz reakcji, bez czekania na ostateczny wyrok TSUE, który zapewne zapadnie wiosną przyszłego roku. Tym samym de Lapuerta stanęła po stronie Czechów, dowodzących, że polska odkrywka powoduje obniżenie wód podziemnych i problemy z wodą pitną w okolicach Liberca. Generuje też ogromny hałas i wznieca chmury pyłów. Postanowienie nie jest orzeczeniem winy Polski, ale uznaniem, że oskarżenia mają solidne podstawy i wymagają działań zabezpieczających interesy Czechów. Nie można go nigdzie zaskarżyć, a jeśli Polska nie zapłaci kar, Komisja Europejska będzie je potrącać z puli unijnych funduszy dla Warszawy. Decyzja okazała się bezprecedensowa, żaden inny kraj Unii Europejskiej nie był jeszcze przez TSUE straszony podobną windykacją. Nie ma nawet dokładnych procedur, jak taka egzekucja długu miałaby wyglądać. Wiadomo jedno: zostaliśmy potraktowani obcesowo i właściwie zdani na łaskę Czechów. Na ostrej decyzji Trybunału zaważyły zapewne wcześniejsze doświadczenia z negocjacji w sprawie radykalnych zmian w polskim sądownictwie.

Tam Trybunał, a tu kolejne awarie

– A jednak uważam postanowienie TSUE za niesprawiedliwe, nieprzemyślane i niewykonalne. Wygląda to tak, jakby odchodząca 7 października na ­emeryturę ­sędzia chciała mieć już tę sprawę zamkniętą – mówi Rafał Zasuń, redaktor naczelny portalu ­WysokieNapiecie.pl, który w ostatnich czasach stał się najbardziej opiniotwórczym serwisem analizującym rynki energetyczne. – Rosario Silva de Lapuerta nie wzięła pod uwagę nowego argumentu polskiej strony, choć trzeba od razu przyznać, że fakt, iż pojawił się on dopiero ­teraz, źle świadczy o ­naszych negocjatorach. Chodzi o ciepło sieciowe płynące z elektrowni w Turowie i ogrzewające 17-tysięczną Bogatynię. Nie ma możliwości, by nagle, w obliczu jesieni i zimy, uruchomić tam alternatywne źródło ogrzewania. To jest ważna kwestia społeczna i Trybunał powinien się do niej odnieść. Ponadto od maja, kiedy TSUE wydał pierwsze postanowienie, pogorszył się bilans energetyczny naszego kraju. Mieliśmy dużą awarię elektrowni węglowej w Bełchatowie, gdzie do dziś nie ruszył jeden z bloków. Nie możemy też korzystać z nowego bloku w Jaworznie, gdyż doszło tam do awarii palników, z którymi wykonawca nie może sobie wciąż poradzić. I kolejny argument: kilka miesięcy temu ceny energii w Polsce były wysokie, więc mogliśmy ją teoretycznie kupować za granicą, by uzupełniać niedobory. Dziś jednak, kiedy ceny za granicą wystrzeliły w górę, to od nas płynie prąd, więc możliwości importu są mniejsze.


ISKRZENIE

MAREK RABIJ: Awaria w Bełchatowie i zamieszanie wokół kopalni Turów to tylko zwiastuny poważniejszych problemów. Archaiczna wizja suwerenności energetycznej te zagrożenia jedynie podsyca.


Podobnie na sprawę Turowa patrzy Paweł Musiałek, dyrektor Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego, ekspert ds. bezpieczeństwa energetycznego. – Postanowienie TSUE jest radykalnie nieproporcjonalne do skali przewinień Turowa. Gdyby je wykonano, koszty społeczne dla regionu byłyby ogromne – uważa.

Co ciekawe, dwa lata temu w dość podobnej sprawie Trybunał postąpił odwrotnie. Wtedy nie przychylił się do wniosku belgijskich organizacji ekologicznych, które domagały się wyłączenia dwóch przestarzałych bloków jądrowych w elektrowni Doel. Tam też przy przedłużeniu koncesji na 10 lat nie przeprowadzono badań wpływu na przyrodę. A jednak Belgia została tylko upomniana i zobowiązana do wykonania raportu środowiskowego. Przeważył argument, że wyłączenie elektrowni oznacza poważne zagrożenie przerwami w dostawach prądu dla wielu mieszkańców, czemu nie można zapobiec alternatywnymi środkami. Podobnie jak w Bogatyni...

Pracująca na bazie węgla brunatnego elektrownia w Turowie odpowiada za 7 proc. prądu produkowanego w Polsce, docierającego do ponad 3 mln odbiorców. Teoretycznie można sobie wyobrazić, że węgiel trafia do niej nie z polskiej odkrywki, ale z pobliskich kopalń w Czechach, jednak wymagałoby to czasu i kolejnych inwestycji w infrastrukturę, by przyjąć codziennie setki ciężarówek z węglem lub dziesiątki pociągów towarowych. Tymczasem idzie zima, a na dodatek ciężko przecenić wymiar polityczny takiej operacji. Jak bowiem sprowadzać węgiel brunatny z kraju, który de facto zamyka nam kopalnię? A w dodatku, co podnoszą stale prawicowe media, sam ma kilka własnych odkrywek zatruwających środowisko naturalne. Kopalnie węgla brunatnego są też po stronie Niemiec, a kraj ten wydobywa go najwięcej na świecie (Polska jest na szóstym miejscu, Czechy na dziesiątym).

Porozumienie z Czechami i miliony euro, jakie zapłacimy im za naprawę szkód, są jedynym rozwiązaniem, by Polska mogła wyjść z twarzą z sytuacji i nie płacić wysokich kar do unijnej kasy. Jak podkreśla Zasuń, kopalni w Turowie nie można tak po prostu zamknąć. Nawet po wstrzymaniu produkcji trzeba by z niej odpompowywać wodę, aby nie doszło do zalania odkrywki, a to oznacza, że wody podziemne w Czechach szybko by się nie odbudowały. Podobny wniosek wynika z opinii przygotowanej dla rządu przez specjalistów z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie pod kierunkiem prof. Marka Cały. Ostrzegają oni, że „natychmiastowa realizacja wniosku Republiki Czeskiej wywołać może katastrofalne i nieodwracalne skutki”. Przewidują dalsze pogorszenie warunków wodnych i powstanie osuwisk. Problem może rozwiązać dopiero specjalny ekran przeciwfiltracyjny, blokujący odpływ wód z terenu Czech do turowskiego leja, jednak ukończenie jego budowy nastąpi dopiero w 2023 r.

O ile kopalnia będzie nadal działać. Jeśli nie będzie, oznacza to poważne tąpnięcie społeczno-gospodarcze w regionie, w którym kompleks kopalni i elektrowni daje pracę 8 tys. ludzi. I dlatego właśnie tak ważne okazało się porozumienie z ­Czechami, którzy w obliczu trwającej tam kampanii wyborczej dali się poznać jako twardzi negocjatorzy.

Gaz na giełdach trzy razy droższy

Awantura z Pragą przytrafiła się nam akurat w momencie, gdy prąd stał się w Europie dobrem deficytowym, jego ceny (a także gazu i węgla) biją rekordy, a coraz więcej społeczeństw dotkniętych wcześniej pandemią ogarnia lęk przed podwyżkami – i w konsekwencji pogorszeniem sytuacji materialnej.

– Za dzisiejsze ceny gazu, które w ciągu roku wzrosły na europejskich giełdach niemal trzykrotnie, odpowiada gwałtownie rosnący popyt w związku z wychodzeniem gospodarek z pandemii. Jest on najwyższy od pięciu lat, ale silny wzrost widać też w Azji, która za dostawy gazu skroplonego jest dziś gotowa płacić jeszcze więcej niż my – mówi Agata Łoskot-Strachota, analityk rynku gazu w Ośrodku Studiów Wschodnich. – Cenę i popularność gazu napędza też fakt, że to paliwo czystsze od węgla, a na dodatek ceny tego ostatniego również znacząco wzrosły. Istotne jest też, że mierzyliśmy się w tym roku z bardzo ostrą zimą, w efekcie czego poziom zapełnienia europejskich magazynów z gazem jest najniższy od kilkunastu lat. Dotyczy to także Rosji, największego eksportera, który sam zmaga się z dużym popytem wewnętrznym, dopiero uzupełnia własne braki w magazynach i realizuje tylko długoterminowe kontrakty, nie sprzedając dodatkowych ilości gazu na giełdach i nie zwiększając przepływu przez gazociąg jamalski i Ukrainę. To może być element ich gry politycznej, demonstrującej, jak wiele w Europie od nich zależy.

Na rolę Moskwy w dzisiejszym kryzysie zwraca też uwagę Paweł Musiałek z Klubu Jagiellońskiego. – Rosjanie chcą pokazać, jak bardzo są ważni i że to od nich zależy bezpieczeństwo energetyczne Europy. Choć dziś już szantaż gazowy z ich strony nie jest możliwy, to nadal mają wpływ na manipulowanie rynkiem, który jeszcze wzrośnie po oddaniu do użytku Nord Stream 2.

Ceny gazu i kłopot z jego pozyskaniem już przekładają się na europejskie ceny prądu, żywności, a także na ograniczenia w „gazochłonnej” produkcji nawozów czy amoniaku. Nie bardzo też wiadomo, kiedy ceny wyhamują, gdyż idzie kolejna zima. Hiszpania już ustaliła górny limit cen energii dla swoich obywateli i zaapelowała do Komisji Europejskiej o wspólną politykę energetyczną oraz stworzenie scentralizowanej platformy dla wspólnych zakupów. Ten pomysł wspierają Grecja, Portugalia, Rumunia i Włochy.

W obliczu kryzysu energetycznego Francja, Grecja, Hiszpania i Włochy zdecydowały się wprowadzić specjalne programy pomocy dla mieszkańców. Rząd w Madrycie postanowił obniżyć podatki na energię, co ma przynieść odbiorcom niemal 1,5 mln euro oszczędności. Chce też o połowę zredukować VAT dla odbiorców detalicznych. Z kolei Grecja planuje bezpośrednie subsydia dla gospodarstw domowych kosztujące budżet 150 mln euro, a także specjalne rabaty.

Co warte odnotowania, rynek energii jest już tak zintegrowany, iż ceny w poszczególnych krajach wzrastają niezależnie od tego, czy gospodarka oparta jest na gazie, drożejącym nieekologicznym węglu (jego cena również wzrosła trzykrotnie), czy też na tanim w produkcji, czystym atomie. Przykładem jest Francja, gdzie elektrownie jądrowe wytwarzają trzy czwarte prądu w kraju, a on i tak drożeje na giełdzie. Nie mogąc tego opanować, władze postanowiły przeznaczyć 100 mln euro na wsparcie najbiedniejszych rodzin.

Najtrudniej jest we Włoszech. Ponad połowa energii pochodzi tam z gazu i już przed wakacjami miejscowi odbiorcy otrzymali podwyżkę rachunków o 10 proc. W październiku koszty mają wzrosnąć ponownie, być może nawet o 20 proc.

Specyficzna sytuacja panuje w Wielkiej Brytanii, gdzie ceny energii na giełdzie są najwyższe w Europie i padło tam już kilka mniejszych firm dostarczających energię, bo nie były w stanie sprostać cenom w hurcie, a tym bardziej przenieść kosztów na odbiorców. Kryzys energetyczny na Wyspach został jednak przyćmiony przez kryzys logistyczny. W związku z brexitem brakuje tam niemal 100 tys. kierowców z Unii, którzy kiedyś rozwozili cysternami benzynę. Ich brak okazał się dotkliwy, gdy wzrósł popyt, a potem doszło do paniki i ludzie zaczęli na gwałt wykupywać ze stacji paliwo (zob. tekst w dziale Świat). Nawet jeśli brytyjski kryzys ma w dużej mierze podłoże emocjonalne, to nie wiadomo, czy nie zmusi rządu w Londynie, by ponownie zastanowił się nad rewolucyjnym planem włączenia do dzisiejszych rachunków odbiorców prądu specyficznej składki, z której mają być budowane elektrownie atomowe, by sprostać wymaganiom „zielonego ładu”. Chodzi o sumę 20 mld funtów.

Rok 2050 to abstrakcja

W Polsce na razie paniki nie widać, choć nie ma wątpliwości, że przed odbiorcami energii ciężki czas. 16 września Urząd Regulacji Energetyki zatwierdził (trzecią w tym roku) podwyżkę cen gazu dla gospodarstw domowych o 7,4 proc., a tylko kwestią tygodni jest wzrost ceny prądu, być może o ponad 10 proc. Czy w związku z tym Polacy mogą liczyć na jakieś rekompensaty? Nie wiadomo.

Wiadomo natomiast, że kryzys energetyczny z jednej strony rodzi pytanie: czy nie powinniśmy szybciej rozwijać odnawialnych źródeł energii? A z drugiej: czy trudna sytuacja ekonomiczna w przypadku przedłużającego się kryzysu pozwoli państwom UE sprostać niezwykle kosztownym inwestycjom w OZE, których wymaga Europejski Zielony Ład?

W tej chwili nic nie wskazuje, by Komisja Europejska chciała zaprzestać nacisków na osiągnięcie neutralności klimatycznej w 2050 r. Dla Polski to ogromne wyzwanie, zwłaszcza że nasza oparta na węglu gospodarka startuje z o wiele niższego poziomu niż w innych krajach europejskich, dlatego poniesiemy dużo większe koszty.

– Europa Zachodnia jest bardziej zaawansowana w tych przemianach, posiada nowocześniejsze technologie, pozwalające minimalizować koszty i zyskiwać na eksporcie wiatraków czy też paneli fotowoltaicznych. My zaś w tym wyścigu startujemy z dalekiego miejsca, na dodatek z ciężkim workiem węgla na plecach – uważa Paweł Musiałek. – Koszty, jakie w wyniku tej operacji poniosą obywatele, będą rosły szybciej niż pensje. To zaś może spowodować opór społeczeństwa i spowolnienie transformacji, bo wyborcy nie będą głosować na polityków idących za radykalnym planem neutralności klimatycznej Europy w 2050 roku. Dlatego powinniśmy walczyć w Unii o zagwarantowanie mechanizmów kompensacyjnych.

Paradoksem dzisiejszego kryzysu jest to, że gwałtownie rosnący popyt na energię wywołał w Europie boom na zakupy nieekologicznego węgla do produkcji prądu. W efekcie hałdy przy naszych kopalniach znikają w ekspresowym tempie, tak dzieje się też w innych krajach. W Niemczech, gdzie gaz także kosmicznie zdrożał, a farmy wiatrowe produkują mniej energii niż przed rokiem, zaczęto uruchamiać nawet zamknięte bloki węglowe w elektrowniach. Nie oznacza to odchodzenia od ambitnych planów Europejskiego Zielonego Ładu, ale pokazuje, że w obliczu nagłego kryzysu nie ma sentymentów. Zresztą na razie perspektywa roku 2050 wydaje się dość abstrakcyjna.

– Nikt z nas nie wie, jak będzie wyglądał świat za 29 lat, dlatego trudno mi powiedzieć, czy plan Komisji Europejskiej jest realny. Istnieje zbyt wiele czynników nieprzewidywalnych. Musimy się raczej skupić na celu na rok 2030. Politykom, nie tylko zresztą polskim, łatwiej mówić o dalekich planach i datach, bo to nie oni będą rządzić, gdy ten czas nadejdzie – podkreśla Rafał Zasuń.

Odejście od węgla jest jednak wyborem cywilizacyjnym i dopóki jesteśmy w Unii Europejskiej, musimy iść w tym samym kierunku. Zdaje sobie z tego sprawę również Zjednoczona Prawica. W efekcie rząd PiS w swojej strategii energetycznej zapisał zamykanie kopalń i nie podjął żadnej decyzji o budowie elektrowni węglowej, nie licząc tej w Ostrołęce, przekształconej w gazową. Zdaniem Pawła Musiałka nie odbywa się to w świetle kamer z uwagi na sentyment do węgla u wielu wyborców PiS oraz siłę lobby górniczego. Jednak dziś, kiedy koszty górnictwa i energetyki węglowej rosną bardzo dynamicznie, na transformację energetyczną mamy środki unijne, a w ramach Krajowego Planu Odbudowy na termomodernizację i walkę ze smogiem możemy wydać 3 mld euro – łatwiej o zmianę tego myślenia. Kiedyś wizja kupna kotła gazowego za niemal 10 tys. zł przerażała, dziś – dzięki europejskim funduszom – sytuacja jest już inna.

Hospicjum dla węgla

– W ciągu ostatniej dekady udział węgla w naszym miksie energetycznym spadł z niecałych 90 proc. do 70 proc. W ostatnich dwóch latach Polska stała się też państwem, w którym najszybciej w Europie rósł udział instalacji fotowoltaicznych. Dziś całkowity udział OZE w miksie przekracza 17 proc., gazu zaś 10 proc. I te wartości będą stale rosły, zwłaszcza że przygotowujemy regulacje dla rozwoju energetyki wiatrowej na morzu – podkreśla Musiałek.

W jego opinii losy polskiej energetyki opartej na węglu są już przesądzone, gdyż część bloków w elektrowniach pamięta jeszcze czasy Gierka i jest narażona na coraz częstsze awarie. Rząd zaplanował w najbliższych latach wyłączenia kolejnych bloków, ale pewnie będzie je musiał likwidować jeszcze szybciej. Banki pod naciskiem Unii nie kredytują już inwestycji węglowych, ale naprawdę kluczowym czynnikiem są opłaty za uprawnienia do emisji CO2, które od trzech lat stale rosną, a ostatnio przebiły barierę 60 euro za tonę, czyli kosztują ponad dwa razy więcej niż rok temu. W efekcie polskie przedsiębiorstwa muszą coraz więcej płacić za emisję CO2, a produkcja węgla staje się coraz bardziej deficytowa. Także z uwagi na wysokie koszty pracy, rządowe dopłaty do produkcji, przerost zatrudnienia, coraz trudniej dostępne złoża i przestarzałe technologie. Stąd też pomysł rządu, by utworzyć Narodową Agencję Bezpieczeństwa Energetycznego oraz przerzucić do niej stare, wysłużone i awaryjne jednostki, a potem je wygasić. To ma być takie energetyczne hospicjum, które odciąży PGE, Tauron, Eneę i Energę. Pozbędą się one ponad 50 proc. nieopłacalnych dziś jednostek, czyli takich, w których koszt wytwarzania energii wraz z kosztem pozwoleń na emisję CO2 jest wyższy niż cena hurtowa prądu. Nie dotyczy to akurat rentownego wciąż Turowa i Bełchatowa, które pracują na tańszym, odkrywkowym węglu brunatnym, którego złoża są przy elektrowniach.

Zdaniem Pawła Musiałka stoimy właśnie w obliczu strategicznej decyzji: czym zastąpić węgiel. – I tu jest mój spór z najbardziej radykalnymi aktywistami, ponieważ ja uważam, że nieodzownym elementem tych zmian powinny być nie tylko odnawialne źródła energii, gdyż nie są one stabilne. Potrzebujemy wsparcia energetyki opartej na gazie – uważa ekspert Klubu Jagiellońskiego. – W ostatnich latach poczyniliśmy wiele inwestycji dywersyfikujących źródła dostaw tego paliwa. Mamy terminal w Świnoujściu, dokąd płynie statkami gaz LNG z Kataru oraz USA. Pod koniec przyszłego roku ma być też oddany rurociąg Baltic Pipe, którym popłynie gaz ziemny z Norwegii, dzięki czemu nie musimy już podpisywać nowych umów z Gazpromem. Będziemy też mieli nowe połączenia ze Słowacją oraz najprawdopodobniej kolejny terminal gazowy koło Gdańska. Odpadnie nam więc główna przyczyna, dla której nie mogła się rozbudowywać energetyka gazowa.

Rafał Zasuń dodaje, że na Zachodzie coraz popularniejsze są małe elektrociepłownie gazowe, które nie tylko produkują prąd, ale też ogrzewają domy, na dodatek nie obciąża się ich opłatami za emisję CO2. – Są tanie i niemal bezobsługowe. Nie wymagają dużej kadry zarządzającej oraz nie generują etatów dla związkowców, więc w Polsce inwestują w nie firmy prywatne. Państwowe wciąż wolą mieć coś dużego, nawet gdy rentowność inwestycji stoi pod znakiem zapytania – mówi Zasuń.

Atomowe mrzonki

Jest tylko jeden szkopuł. Tak mocne stawianie na gaz – w zdecydowanej większości importowany – oznacza, że będziemy bardziej wrażliwi na nagłe wzrosty jego cen. Poza tym Komisja Europejska traktuje dziś gaz jako paliwo przejściowe (na 29 lat), emitujące dwa razy mniej zanieczyszczeń niż węgiel, ale nadal szkodliwe. Coraz więcej państw mocno jednak promuje gaz ziemny i walczy o to, by Unia współfinansowała też elektrownie i elektrociepłownie gazowe. Paradoksalnie, biorąc pod uwagę nasz konflikt o Nord Stream 2, sojusznikami Polski w tej rozgrywce mogą się okazać Niemcy, które same mocno inwestują w ten sektor. – Z drugiej strony, zupełnie nie po drodze nam z Niemcami w sprawie neutralnego dla środowiska atomu. Nasi sąsiedzi są jego przeciwnikiem z uwagi na nastawienie społeczeństwa, które z powodów historycznych nie chce być łączone z technologią mogącą doprowadzić do katastrofy – uważa Musiałek.

Polska, jak oświadczył podczas kwietniowego szczytu klimatycznego w USA prezydent Andrzej Duda, planuje otwarcie pierwszej elektrowni atomowej w 2033 r. Nie wiadomo jednak, czy te plany kiedykolwiek się ziszczą. Koszty takich inwestycji są ogromne, a my nie mamy w tej dziedzinie ani tradycji, ani odpowiednich technologii oraz specjalistów. Poza tym nie wiemy, czy polityka unijna pod naciskiem Niemiec nie będzie jej coraz bardziej niechętna. Być może więc nie ma sensu wikłać się w tę kosztowną technologię, bo uwiąże nas na długie dziesięciolecia, biorąc pod uwagę czas budowy, użytkowania, a potem rozebrania instalacji i utylizacji odpadów promieniotwórczych.

Inną opcją mogłyby być małe reaktory jądrowe. Ich budowę zapowiedzieli Zygmunt Solorz-Żak i Michał Sołowow, którzy powołują spółkę do budowy „małego atomu” pod Koninem. Przedsięwzięcie ma być oparte na obiecującej technologii SMR, z której w Polsce chce też skorzystać światowy koncern Hitachi. Niestety, technologia ta nigdzie dotychczas nie została jeszcze zastosowana, nawet w USA, gdzie dopiero kończą się prace badawcze. Pierwszy reaktor ma powstać w Kanadzie w 2028 r. Debatowanie dziś o roli „małego atomu” dla polskiego miksu energetycznego nie ma zatem sensu. Zanim to nastąpi, czeka nas jeszcze niejeden kryzys. ©

POLSKA FOTOWOLTAIKA NA ROZDROŻU

KIEDYŚ SIECI ENERGETYCZNE działały w jedną stronę: od elektrowni do klienta. Teraz, gdy mamy w kraju coraz więcej prosumentów, jednocześnie konsumujących i produkujących prąd, napotykamy na bariery technologiczne uniemożliwiające ruch dwukierunkowy. Polski system energetyczny nie jest w stanie w okresie wzmożonej produkcji przyjmować prądu z ponad 600 tys. rozproszonych urządzeń.

WEDŁUG AGENCJI RYNKU ENERGII moc instalacji fotowoltaicznych wzrosła w ­Polsce w latach 2013-20 z 4 MW do 3960 MW, a dziś sięga niemal 5000 MW. Z kolei z wyliczeń portalu WysokieNapiecie.pl wynika, że tylko w ubiegłym roku inwestycje w ten sektor rynku energetycznego wyniosły 10 mld zł, z czego 6 mld ­przypadało na małe gospodarstwa domowe, a reszta na firmy oraz samorządy. Co prawda rządowe dotacje z programu „Mój Prąd” już się wyczerpały, ale być może pojawią się ­następne edycje projektu.

WIĘKSZYM PROBLEMEM jest fakt, że krajowe sieci energetyczne dochodzą do granicy możliwości integrowania z systemem kolejnych przyłączy. Zdarzało się już nawet tak, że podczas słonecznych i wietrznych dni trzeba było wyłączać z sieci niektóre farmy wiatrowe i instalacje fotowoltaiczne. Jeśli nie będzie nowych inwestycji w sieć i magazyny zielonej energii, to przy dzisiejszym tempie rozwoju OZE takie wyłączenia staną się normą. Dla małych producentów energii oznaczać to będzie straty, bo tylko właściciele dużych farm słonecznych mogą liczyć na ­odszkodowania. ­Państwowe spółki zapowiadają co prawda ­inwestycje w infrastrukturę rzędu 43 mld zł w najbliższych pięciu latach, ale nie ma pewności, iż tak się stanie.

NIEPOKÓJ budzą również ­zapowiadane przez rząd zmiany sposobu rozliczania energii. Dziś prosumenci mogą przekazywać do sieci nadwyżki, a potem w pochmurne dni odebrać 80 proc. z oddanego prądu – za darmo. Rząd chce, by od przyszłego roku nadwyżki sprzedawane były pośrednikom w handlu energią, a w okresie niedoboru – odkupywane. Zapewne po wyższej cenie.

© KĘS

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Jako reporter rozpoczynał pracę w dzienniku toruńskim „Nowości”, pracował następnie w „Czasie Krakowskim”, „Super Expressie”, czasopiśmie „Newsweek Polska”, telewizji TVN. W lutym 2012 r. został redaktorem naczelnym „Dziennika Polskiego”. Odszedł z pracy w… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 41/2021