Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Pozostał mit

Pozostał mit

07.12.2011
Czyta się kilka minut
Stan wojenny oznaczał koniec snu o wolności dla całego społeczeństwa. Ale na celowniku znalazła się zwłaszcza Solidarność: 13 grudnia zniszczono nie tylko związek zawodowy, ale wielki oddolny ruch społeczny.
K

Kiedy władze PRL uruchamiały operację wprowadzenia stanu wojennego, członkowie Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność" i najważniejsi doradcy związku - zgromadzeni w słynnej Sali BHP Stoczni Gdańskiej im. Lenina - dyskutowali zawzięcie m.in. o amnestii dla funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa.

Większość z nich zostało zatrzymanych przez funkcjonariuszy MO oraz SB niemal zaraz po tym, jak wrócili z obrad do trójmiejskich hoteli. Kolejny dzień - niedzielę 13 grudnia 1981 r. - spędzili już za kratami.

Bezpieka kupuje łomy

Okres między sierpniem 1980 r. a grudniem 1981 r. nazywany jest często "solidarnościowym karnawałem". Niewątpliwie był to czas nadziei - ale także obaw: obaw przed zduszeniem rodzącej się demokracji. Jej wyrazem był chociażby I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ "Solidarność", który odbył się we wrześniu i październiku 1981 r. - i był jedynym demokratycznym parlamentem w dziejach PRL. Pokazał on siłę i paradoksalnie (mimo wielu różnic dzielących delegatów i gorących sporów) jedność związku, liczącego blisko 10 milionów członków.

Działaczom Solidarności wydawało się - jak się później okazało, niesłusznie - że władze PRL nie są w stanie zagrozić związkowi, a jedynym realnym dla niego niebezpieczeństwem jest ZSRR. Co prawda, w 1981 r. w Solidarności przygotowywano instrukcje zarówno na wypadek obcej interwencji, jak i stanu wyjątkowego. Ale po 13 grudnia na niewiele się one przydały. Na szczęście w kilku regionach dosłownie w ostatnich godzinach legalnego funkcjonowania udało się wypłacić z banków związkowe fundusze, które po 13 grudnia zostały wykorzystane w działalności podziemnej.

Do przywódców Solidarności docierały oczywiście - m.in. nawet z resortu spraw wewnętrznych - ostrzeżenia przed planowanym "rozwiązaniem siłowym", ale były one lekceważone. Postawę najważniejszych działaczy dobrze oddaje relacja jednego z funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej, który w 1981 r. próbował w MO prowadzić działalność związkową. Jak wspomina, w Barbórkę, czyli na kilka dni przed wprowadzeniem stanu wojennego, w rozmowie z jednym z prominentnych działaczy Solidarności przekazał mu informację o wykupywaniu przez Służbę Bezpieczeństwa łomów. W odpowiedzi usłyszał: "Czapkami ich nakryjemy".

Eskalacja napięcia

Tymczasem ostatnie tygodnie przed 13 grudnia upływały w napiętej atmosferze, tym bardziej że od pewnego czasu negocjacje przedstawicieli związku z rządem kończyły się fiaskiem. Doskonale oddają ją słowa Bronisława Geremka, jednego z najważniejszych doradców związku, na temat rozmów z 17 listopada 1981 r.: "Solidarność chce rozmawiać o praworządności. Rząd odpowiada nie, bo nie. Solidarność chce rozmawiać o dostępie do środków masowego przekazu. Rząd odpowiada - nie, bo nie jesteśmy przygotowani. O podwyżkach cen - rząd chce rozmawiać natychmiast. Stanowisko rządu w sprawie strajków też jest wyraźne - strajków powinno nie być".

Sytuację zaostrzyło skierowanie przez rząd pod obrady Sejmu, 28 października 1981 r., projektu ustawy o nadzwyczajnych środkach działania w interesie ochrony obywateli i państwa. Ograniczała ona znacznie możliwość prowadzenia działalności związkowej, m.in. prawa do strajku.

To wszystko powodowało radykalizację działaczy Solidarności, czego wyrazem było stanowisko zajęte 3 grudnia 1981 r. podczas nieformalnego posiedzenia przewodniczących zarządów regionów i Prezydium Komisji Krajowej. Odpowiedzią związku na działania władz było przyjęcie dokumentu, w którym stwierdzano: "Rozmowy o porozumieniu narodowym wykorzystane zostały przez stronę rządową jako parawan osłaniający przygotowania do ataku na Związek. W tej sytuacji dalsze pertraktacje na temat porozumienia narodowego stały się bezprzedmiotowe".

Uderzenie

Podczas obrad padło wiele ostrych sformułowań, nawet z ust umiarkowanego i skłonnego do kompromisu z władzami Lecha Wałęsy. Potajemnie nagrane, zostały one następnie, oczywiście po odpowiednim montażu, wykorzystane przez przywódców PRL jako propagandowy argument uzasadniający rozwiązanie siłowe - z argumentem, że to Solidarność dążyła do konfrontacji.

Prawda była jednak zupełnie inna.

Zebrani 11-12 grudnia 1981 r. w Gdańsku przywódcy Solidarności szukali wyjścia z sytuacji, w jakiej znalazła się Polska. Rozważano m.in. kwestię powołania Społecznej Rady Gospodarki Narodowej czy rozmów o porozumieniu narodowym. Padła nawet propozycja amnestii dla funkcjonariuszy SB zaangażowanych w przeszłości w działania przestępcze. Nomen omen ostatnie przed wprowadzeniem stanu wojennego posiedzenie Komisji Krajowej zakończyło się słowami: "Nie kracz, Słowik!" - a wypowiedział je prowadzący dyskusję wiceprzewodniczący Komisji Krajowej Mirosław Krupiński do Andrzeja Słowika, działacza łódzkiej Solidarności.

Obaj co prawda znaleźli się w nielicznej grupie członków Komisji Krajowej, którzy w nocy z 12 na 13 grudnia uniknęli internowania. Ale pierwszy z nich został aresztowany 16 grudnia, po pacyfikacji strajkującej Stoczni Gdańskiej (stał na czele tamtejszego Krajowego Komitetu Strajkowego), a drugi nawet jeszcze wcześniej - za wzywanie do strajku generalnego w regionie łódzkim. Jednak większość działaczy władz krajowych nie miała nawet tyle szczęścia - została zatrzymana wkrótce po powrocie z obrad do trójmiejskich hoteli i zwykle kolejne miesiące spędziła za kratami w tzw. ośrodkach internowania.

Ci, którzy jak Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk czy Eugeniusz Szumiejko uniknęli internowania, zaczęli tworzyć podziemne władze Solidarności. Bujak i Frasyniuk początkowo regionalne na Mazowszu i Dolnym Śląsku, a Szumiejko ogólnopolskie (przynajmniej w założeniu) - Ogólnopolski Komitet Oporu. Czasem, jak w przypadku Bujaka, decydował szczęśliwy traf. Uniknął on internowania tylko dlatego, że postanowił wracać do stolicy, gdyż zaprzyjaźniony z nim Zbigniew Janas zdecydował się na powrót. A że małżonki obu również się przyjaźniły, więc nie miał wyboru... Frasyniuka z kolei ostrzegli kolejarze, dzięki czemu nie wpadł w ręce czekających na niego we Wrocławiu funkcjonariuszy SB.

Co by było...

Można się w tym miejscu zastanowić, jak potoczyłaby się historia, gdyby na wolności pozostało więcej przywódców związku. A była na to szansa, gdyż do obradujących członków Komisji Krajowej docierały informacje o prowadzonych przez władze działaniach, maskowanych zresztą jako kroki skierowane przeciw spekulantom i "półświatkowi".

Najdokładniejsze dane napłynęły z Zarządu Regionu Warmińsko-Mazurskiego: "Ze szkoły milicyjnej w Szczytnie wywieziono wszystkie starsze roczniki w ilości około tysiąca pięciuset osób w nieznanym kierunku. W dniu dzisiejszym wyjeżdża, co nie było nigdy dotychczas praktykowane, pierwszy rocznik, prawdopodobnie do Gdańska. Milicjanci otrzymali dwie instrukcje. Pierwsza zaleca lokowanie rodzin we wsiach i małych ośrodkach. Druga jest do otwarcia w późniejszym terminie na hasło. W Nidzicy i Ostródzie zauważono wzmożony ruch wozów wojskowych". Ale obrad władz Solidarności nie przerwały nawet informacje o głuchnących telefonach w Trójmieście.

Ryszard Bugaj, wtedy jeden z najważniejszych doradców ekonomicznych związku, powiedział po latach, że stan wojenny zniszczył co prawda Solidarność, ale jednocześnie uratował - przynajmniej na kilka lat - jej mit. Pod koniec 1981 r. związek nie był bowiem w stanie spełnić pokładanych w nim nadziei. Nic zatem dziwnego, że między wrześniem a listopadem 1981 r. społeczne zaufanie do Solidarności spadło z 74 do 58 proc.

Oczywiście należy pamiętać, że po części było to wynikiem działalności PRL-owskiej propagandy i Służby Bezpieczeństwa. Nie zmienia to jednak faktu, że - jak wspomina Bugaj - po pacyfikacji przez władze strajkującej Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej w Warszawie (2 grudnia 1981 r.), która później okazała się próbą generalną przed wprowadzeniem stanu wojennego (m.in. wyłączono telefony w stolicy), Solidarność miała problem z zebraniem kilkunastu tysięcy osób, które by przeciw tej akcji protestowały.

GRZEGORZ MAJCHRZAK (ur. 1969 r.) jest historykiem, pracuje w centrali IPN w Warszawie. Zajmuje się dziejami aparatu represji i opozycją demokratyczną, głównie Solidarnością. Ostatnio opublikował (wspólnie z Janem Markiem Owsińskim) "I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ »Solidarność«. Stenogramy, t. 1: I tura" (2011).

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]