Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Szachiści i bokserzy

Szachiści i bokserzy

05.12.2016
Czyta się kilka minut
„My wierzyliśmy władzy, a władza niechlubnie się zachowała” – mówił 13 grudnia Alojzy Szablewski, przewodniczący Solidarności w Stoczni Gdańskiej. Co działo się w tym legendarnym zakładzie w pierwszych dniach stanu wojennego?
W środę 16 grudnia, około szóstej rano, władza przypuściła kolejny atak. Czołgi za rozbitą bramą Stoczni Gdańskiej, grudzień 1981 r. Fot. Autor Nieznany / ZBIORY ECS
W

W 1981 r. atmosfera w Stoczni Gdańskiej im. Lenina była bardzo napięta. Dwie strony – dy- rekcja wraz z Komitetem Zakładowym PZPR oraz nowy związek zawodowy – nieustannie prowadziły „wojenkę”, raz przypominającą szachy, a raz pojedynek bokserski. Sztucznie „pompowana” organizacja partyjna borykała się z wieloma problemami. Dochodziło do kuriozalnych sytuacji, kiedy partyjni uzależniali swoje stanowisko od wyników I Zjazdu NSZZ „Solidarność”. Na sytuację w tym legendarnym zakładzie pracy – gdzie w sierpniu 1980 r. podpisano porozumienie między władzami i strajkującymi, które dało początek Solidarności – wpływał też klimat w regionie. Po sierpniu 1980 r. w województwie gdańskim legitymacje PZPR zwróciło ok. 12 tys. jej członków. Wielu partyjnych było jednocześnie i w PZPR, i w Solidarności.

Także działania zakładowego komitetu PZPR w Stoczni były ograniczone, wpływ na załogę żaden. Podkreślano, że nie ma możliwości prowadzenia skutecznej propagandy, stoczniowy radiowęzeł opanowali bowiem robotnicy z Solidarności. Komunistyczni włodarze zdawali sobie sprawę z problemów oraz z pęknięcia partyjnej jednomyślności. Należało oczyścić szeregi z ludzi niepewnych, zauroczonych „solidarnościowym ekstremizmem”. Od sierpnia 1981 r. na zebraniach partyjnych powtarzano jak mantrę opinię o rosnących kłopotach gospodarczych, wywołanych nieodpowiedzialnością Solidarności, i podkreślano, że „ojczyzna znalazła się w dramatycznej sytuacji”.

W połowie października 1981 r. w kraju rozpoczęły aktywność wojskowe terenowe grupy operacyjne. Oficjalnie miały walczyć z niegospodarnością, marnotrawstwem, patologiami społecznymi, pomagać ludności i administracji. Faktycznie rozpoznawały teren oraz badały nastroje wśród robotników i członków Solidarności. Skierowano je do blisko 500 zakładów pracy na terenie całej Polski, głównie do tych, które sprawiały władzom największe kłopoty.

Sekretarza partyjnego z 7. Łużyckiej Dywizji Desantowej, zwanej popularnie „Niebieskimi Beretami”, oddelegowano do Stoczni. Oficjalnie omawiał kwestie przedłużenia służby zasadniczej w wojsku, działalności grup operacyjnych, zapewniał o współpracy organizacji partyjnych.

Radość generała

Podczas ostatniego przed wprowadzeniem stanu wojennego grudniowego plenum Komitetu Zakładowego PZPR Stoczni panował nerwowy nastrój. Z działaczami spotkał się pierwszy sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku – Tadeusz Fiszbach.

Próbował on uspokoić zdenerwowanych, jednak lista zarzutów pod adresem władz centralnych była długa: brak rozliczenia prominentnych urzędników państwowych, kryzys gospodarczy w kraju, marazm i stagnacja partii. Padały wnioski o ukaranie członków Biura Politycznego PZPR, a stoczniowcy mieli pełnić rolę oskarżyciela społecznego przeciwko byłemu premierowi Piotrowi Jaroszewiczowi. Padły zapewnienia, że generał Wojciech Jaruzelski to właściwy człowiek, któremu spotkanie z aktywem stoczniowym „sprawi radość”. Spotkanie zakończono uchwaleniem odezwy do premiera Jaruzelskiego, prymasa abp. Józefa Glempa oraz przewodniczącego NSZZ „Solidarność” Lecha Wałęsy o niezwłoczne przystąpienie do rozmów w celu przezwyciężenia impasu politycznego.

Apel nie miał już znaczenia. Część działaczy przeczuwała, że „coś” nadchodzi. Fiszbach mimochodem wspomniał nawet o stanie wyjątkowym, na co jeden z towarzyszy partyjnych skomentował: „Bezkrwawo nie można zmienić ustroju. Poniesiemy odpowiedzialność wszyscy”.

Związkowcy zaskoczeni

11 grudnia 1981 r. w stoczniowej Sali BHP – miejscu symbolicznym, bo tu właśnie sygnowano w Sierpniu ’80 Porozumienie Gdańskie – rozpoczęły się dwudniowe obrady Krajowej Komisji Porozumiewawczej NSZZ „Solidarność”.

Lech Wałęsa był zaniepokojony przegrupowaniami oddziałów milicji i wojska na dużą skalę. Jednak dla większości solidarnościowych działaczy wprowadzenie stanu wojennego miało okazać się zaskoczeniem. Wspominano wprawdzie o możliwości użycia siły przeciwko związkowi, ale nikt nie przewidywał takiego rozwiązania już w grudniu 1981 r. Nie wypracowano procedur w przypadku konfrontacji, dlatego też – poza pewnymi wyjątkami – nie poczyniono właściwie żadnych przygotowań.

Próbą takiego rozwiązania w regionie gdańskim miała być zawiązana kilka dni przed wprowadzeniem stanu wojennego specjalna grupa z Bogdanem Lisem i Janem Samsonowiczem na czele. Ale planów wypłaty z banku pieniędzy związku, zabezpieczenia sprzętu poligraficznego czy ustalenia sposobów komunikacji międzyzakładowej właściwie nie dokonano.

Zamach na Solidarność

O wprowadzeniu stanu wojennego Polacy dowiedzieli się z radia i telewizji w niedzielę 13 grudnia. Już wtedy milicja i Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej zdążyły wyłapać prawie wszystkich solidarnościowych liderów. Choć Bogdan Borusewicz, współorganizator stoczniowego strajku w Sierpniu ’80 i współautor strajkowych postulatów, ukrył się na terenie Stoczni Gdańskiej.

Już w nocy z 12 na 13 grudnia oddziały ZOMO i funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa rozbili protest, który zawiązał się w Stoczni. W Porcie Gdańskim powstał Krajowy Komitet Strajkowy, zwany też Ogólnopolskim Komitetem Strajkowym. W jego skład weszli działacze, którzy ocaleli przed internowaniem: Mirosław Krupiński – wiceprzewodniczący związku, Antoni Macierewicz, Andrzej Konarski, Eugeniusz Szumiejko, Jan Waszkiewicz, Aleksander Przygodziński. Komitet proklamował strajk generalny w całym kraju. W województwie gdańskim protest podjęło ponad 40 zakładów.

W niedzielę 13 grudnia, rankiem, do Portu Gdańskiego dotarli m.in. Stanisław Fudakowski i Bogusław Gołąb – członkowie prezydium zarządu regionu gdańskiego – oraz Alojzy Szablewski, przewodniczący Solidarności w Stoczni Gdańskiej. Szablewski był inżynierem, pracował w zakładzie od 1952 r.; uczestniczył w protestach już w grudniu 1970 r.

Czyniono przygotowania do ogłoszenia kolejnego strajku planowanego na 14 grudnia. Szablewski wspomina: „Była to niedziela. Prędziutko wyszedłem na dach, agitowałem, mówiłem społeczeństwu, że przecież zerwano porozumienie, które nas łączyło. My wierzyliśmy władzy, a władza niechlubnie się zachowała, zrywa w ten sposób. To jest zamach na związek. No i tak bardzo ostro mówiłem, że musimy bezwzględnie strajkować”.

To nie replika Sierpnia

Wieczorem do stołówki w Stoczni Gdańskiej przyjechał ks. Henryk Jankowski, duszpasterz Solidarności, wraz z Danutą Wałęsową oraz z informacją, że Lech Wałęsa żyje i prosi, aby nie podejmować radykalnych kroków.
Jak twierdzi Stanisław Fudakowski, z niedzieli na poniedziałek o godz. 2.08 na teren Stoczni wkroczyły oddziały ZOMO. Fudakowski razem z Marianem Miąstkowskim z zarządu regionu uszli wolno, ukryci przez lekarzy ze szpitala stoczniowego w łóżkach dla pacjentów.

Zomowcy opuścili jednak zakład.

14 grudnia w Stoczni powstał Regionalny Komitet Strajkowy. W jego skład weszli: Lesław Buczkowski, Krzysztof Dowgiałło, Stanisław Fudakowski, Jerzy Gawęda, Marian Miąstkowski, Szymon Pawlicki, Alojzy Szablewski. Pomagali także Bogdan i Jarosław Borusewiczowie oraz Anna Walentynowicz. Na terenie zakładu przebywało ok. 6 tys. pracowników. Załoga przez aklamację zaaprobowała strajk.

Około południa do Szablewskiego przybiegł Tomasz Moszczak – członek stoczniowego prezydium komitetu zakładowego. Krzyczał, że pod stoczniową bramą numer 2 pracownicy chcą się bić między sobą. Okazało się, że część załogi chce opuścić zakład, co reszta nazywa zdradą i tchórzostwem.

Szablewski wyszedł na drugą bramę i powiedział: „Proszę Państwa, sytuacja nie jest repliką Sierpnia. Mamy zimę, ostry mróz, strach, logistyka żywieniowa słaba, niepewna sytuacja, nic nie wiemy. Proszę natychmiast otworzyć drugą bramę. Wszyscy, którzy chcą wyjść, mają wyjść. I nie mamy do nich żadnych pretensji, to są nasi bracia. Proszę wiedzieć, że to jest duży stres. I żadnego rzucania śniegiem w tych, którzy chcą opuścić, mają prawo i nie są zdrajcami”.

Lance na czołgi

Po latach Alojzy Szablewski wspominał, że podszedł do niego jeden ze stoczniowców i zakomunikował: „Panie przewodniczący, my na esach [wydziały silnikowe] tniemy dwumetrowe pręty stalowe i na kuźni zaklepujemy na ostrze, i każdy stoczniowiec dostanie taką lancę”. Na co Szablewski: „Słuchaj, bójcie się Boga. Po co wam te lance? Co ty będziesz z tą lancą? Będziesz bronił? Kogo? Przecież oni mają broń palną. Przecież zanim ty podbiegniesz do nich, to już będziesz trupem! Zostawcie to wszystko. (...) A jeżeli zginiecie, jak będę się tłumaczył waszym matkom i waszym żonom? Nie wolno. Jeżeli ktoś nie posłucha, każę wyrzucić za bramę”.

Kierownictwo strajku nie chciało dopuścić do masakry. Podjęto decyzję o biernym oporze. Zaspawano bramy i zabarykadowano je ciężkim sprzętem.

Tymczasem w nocy z 14 na 15 grudnia oddział składający się z 814 milicjantów wraz z pułkiem czołgów przypuścił atak na stocznię. Fudakowski wspomina: „Gdzieś koło pierwszej w nocy był drugi atak ZOMO na terenie stoczni. Chodzili przed tymi wydziałami, które były zabarykadowane, i mówili: »Macie się poddać i wychodzić«. Ustawili oczywiście szpaler i mówią: »Szukamy tylko przywódców«”.

Nie minęło pięć godzin, gdy ok. 7 tys. strajkujących zmuszono do opuszczenia terenu Stoczni. Aresztowano 51 osób, a dziewięć z nich internowano.

Nie wszystko jednak poszło po myśli władz. Nie zatrzymano części przywódców strajku. Nie zrewidowano wszystkich pomieszczeń stoczniowych, w tym wydziału W-3, gdzie ukrywali się liderzy. Nie zablokowano też terenu Stoczni – i w konsekwencji zaczęli przybywać do niej robotnicy z innych zakładów Trójmiasta oraz studenci, działacze Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Wraz z grupą stoczniowców rozpoczęli oni nowy strajk, w którym brało udział ok. 600-700 osób. Bogdan Borusewicz próbował uczynić protest bardziej aktywnym, ale nie wszyscy działacze widzieli sens kontynuowania oporu. „Borsuk” zdawał sobie sprawę z beznadziei sytuacji, ale był również przekonany, że opór właśnie w Stoczni Gdańskiej ma znaczenie symboliczne.

Brakowało jednak ludzi. Kilkaset osób nie mogło utrzymać skutecznej blokady na tak wielkim terenie, jaki zajmowała Stocznia. Ściągnięto m.in. studentów z Uniwersytetu Gdańskiego, którzy obsadzili pierwszą bramę. Drugą przejęła grupa z różnych zakładów z działaczami Solidarności. Trzeciej pilnowali stoczniowcy.

Zapraszamy na ciepłą zupę

Tymczasem na placu przed Stocznią Gdańską – dziś noszącym imię Solidarności – we wtorek 15 grudnia było już bardzo tłoczno. Z jednej strony czołgi i wojsko, z drugiej zomowcy, a z trzeciej mieszkańcy Gdańska.
Niebezpiecznie dla władz, ludność zaczęła bratać się z żołnierzami. Zachowało się wiele fotografii ukazujących kwiaty wetknięte w lufy czołgów.

Bogusław Gołąb również to zauważył i wyszedł ze Stoczni z propozycją do dowódcy załóg czołgowych. Wspominał: „[Powiedziałem:] »Mając na uwadze, że wyście trwali pod tą stocznią w nocy i w dzień, żeby zdążyć na czas, a my mamy w stołówce ciepłą zupę, zapraszam żołnierzy«. Pierwszy moment jest automatycznie: »Nie ma mowy«. Przedstawiłem się i mówię: »Chętnie zostanę jako zabezpieczenie, że ludzie wrócą«. Po chwili propozycja: »Niech pójdzie dwóch pierwszych, zobaczymy, jak to będzie wyglądało«”.

W efekcie ekipa żołnierzy została w nocy wymieniona – ich przełożeni uznali, że nie ma gwarancji, iż wykonają rozkazy.

Snopy iskier

Tymczasem w Stoczni zatarasowano bramy, a strajkujących uzbrojono w metalowe rurki. Zenon Kwoka, działacz Solidarności, wspomina: „Przy bramie numer jeden przyspawaliśmy do torów wagon pełen stali. Zorganizowaliśmy też system obrony, w tym węże z wodą i tablicę z trupią czaszką ostrzegającą, że brama jest pod napięciem 2000 V. Imitował to wiszący luzem kabel spawarki. Wyglądało to groźnie, jak ten kabel się majtał i sypały się z niego snopy iskier”. Atmosfera była jednak przygnębiająca. Strajkujący nie wierzyli w powodzenie protestu.

W środę 16 grudnia, około szóstej rano, władza przypuściła kolejny atak. Bramę numer dwa rozbił czołg. Na teren zakładu wkroczyły oddziały komandosów i ZOMO. Część zatrzymanych stoczniowców pobito, w sali BHP urządzając im tzw. ścieżkę zdrowia. Aresztowano większość przywódców strajku. Bogdanowi Borusewiczowi udało się uciec.

Pacyfikacja Stoczni Gdańskiej wywołała w mieście dwudniowe zamieszki. Według oficjalnych danych w ich trakcie obrażenia odniosło 179 funkcjonariuszy milicji, dwóch żołnierzy oraz 196 osób cywilnych, z których jedna zmarła. Zatrzymano 424 uczestników rozruchów.

W konsekwencji ze Stoczni zwolniono ok. 2 tys. osób. Pracę przywrócono w zakładzie na początku stycznia 1982 r.

Bilans strat

W maju 1982 r. przed Sądem Wojewódzkim w Gdańsku zapadły wyroki w sprawie przywódców grudniowego strajku w Stoczni. Krzysztof Dowgiałło został skazany na 4 lata więzienia, Regina Jung na 3 lata, Tomasz Moszczak na 3 lata i 6 miesięcy, Alojzy Szablewski na 2 lata w zawieszeniu. Mirosława Krupińskiego Sąd Marynarki Wojennej w Gdyni skazał na 3 lata i 5 miesięcy więzienia.

Wprowadzenie stanu wojennego przekreśliło nadzieję na reformę systemu, który był niewydolny gospodarczo, obcy ideologicznie oraz odrzucał znaczną część historycznej i kulturowej tradycji Polaków. Po szesnastomiesięcznej względnej liberalizacji wróciły ostre represje wobec opozycjonistów, cenzura z wulgarną propagandą oraz wszechobecna partyjna kontrola.
Tymczasem dla Solidarności rozpoczął się nowy okres, być może najświetniejszy w jej dziejach – okres podziemny. ©

Autor, doktor historii, jest pracownikiem Wydziału Myśli Społecznej w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]