Wymiar niesprawiedliwości

Stan wojenny był dziełem nie tylko Wojciecha Jaruzelskiego, PZPR, SB i armii. Kluczową rolę odegrały też posłuszne sądy. Ale większość ówczesnych sędziów do dziś uważa, że nie ma sobie nic do zarzucenia.

04.12.2017

Czyta się kilka minut

Proces organizatorów podziemnego Radia Solidarność w Sądzie Warszawskiego Okręgu Wojskowego. Od lewej: adwokat Jan Olszewski, oskarżeni Zbigniew Romaszewski i Zofia Romaszewska, adwokat Stanisław Szczuka. Warszawa, 17 lutego 1983 r. / WOJTEK LASKI / EAST NEWS
Proces organizatorów podziemnego Radia Solidarność w Sądzie Warszawskiego Okręgu Wojskowego. Od lewej: adwokat Jan Olszewski, oskarżeni Zbigniew Romaszewski i Zofia Romaszewska, adwokat Stanisław Szczuka. Warszawa, 17 lutego 1983 r. / WOJTEK LASKI / EAST NEWS

Przez cały okres istnienia komunistycznej PRL pojęcie „wymiar sprawiedliwości” było eufemizmem. Począwszy od lat 1944/45 aż do roku 1989 sądy były instrumentem: służyły do zwalczania przeciwników politycznych, prawdziwych i domniemanych.

Po 13 grudnia 1981 r. stały się jednym z głównych filarów stanu wojennego. Posłużyły nie tylko do skazywania najbardziej niepokornych obywateli, lecz również do zastraszania pozostałych, skłonnych potencjalnie do podjęcia oporu.

Łagodność to bojkot władzy

W okresie stanu wojennego sądy wojskowe, na które spadł główny ciężar „walki z kontrrewolucją”, skazały z przyczyn politycznych dokładnie 10 191 osób. W tym czasie sądy powszechne za tzw. przestępstwa polityczne ukarały „jedynie” 1685 osób.

Ale to nie wszystko. Największy „przerób” miały kolegia ds. wykroczeń – instytucje w gruncie rzeczy pozasądowe, funkcjonujące przy administracji, ale mające uprawnienia sądownicze (istniały od 1951 r., a ich ostateczna likwidacja nastąpiła dopiero w 2001 r.).

Za wykroczenia z dekretu o stanie wojennym kolegia ukarały aż 207 692 osoby, w tym 4273 karą aresztu. Ich działanie dobrze oddaje stwierdzenie – bynajmniej nie anegdotyczne – że „do skazania uczestników ulicznych manifestacji starczy jeden kamień i jeden milicjant”. Dla pełnej jasności: obecni w tym samym czasie w kilku różnych miejscach.

Sumując wszystkie te dane, otrzymamy więc liczbę ok. 220 tys. osób, które były wtedy osądzone i skazane – na drodze sądowej bądź administracyjnej.

Nie ulega wątpliwości: okres po 13 grudnia 1981 r. należy do najciemniejszych kart w powojennej historii sądów i sędziów – oczywiście po najbardziej niechlubnym okresie stalinowskim. Można powiedzieć, że wprowadzenie stanu wojennego ukazało w całej okazałości, iż sądy pozostawały po prostu na usługach władz, stając się jednym z najważniejszych narzędzi do walki z opozycją.

Zresztą po stronie władz PRL nikt tego specjalnie nawet nie ukrywał... Podczas międzywojewódzkiej narady sędziów orzekających w sprawach karnych 6 października 1982 r. ówczesny minister sprawiedliwości Sylwester Zawadzki otwarcie mówił: „Nie można patrzeć na orzeczenia z punktu widzenia fachowca, specjalisty od prawa karnego – każdy wyrok przedstawiany jest społeczeństwu jako oręż walki. Wyroki łagodne traktowane są jako bojkot władzy”.

I tak zazwyczaj – dzięki grupie w pełni dyspozycyjnych sędziów – było.

Źródłem prawa jest telefon

Funkcjonowanie „wymiaru sprawiedliwości” po 13 grudnia 1981 r. dobrze ilustruje anegdotyczna rozmowa aplikanta z sędzią Sądu Najwyższego, przytoczona przed laty przez dziennikarzy „Rzeczpospolitej” Piotra Adamowicza i Filipa Gawrysia.

„Aplikant przychodzi po radę do wieloletniego sędziego Sądu Najwyższego, a jest jego protegowanym.

– Mam problem, panie sędzio... – rzecze aplikant.

– Czego nie możesz rozwiązać? – dopytuje się nobliwy sędzia.

– Spieramy się o to, co jest najwyższym źródłem prawa, na podstawie którego należy orzekać. Konstytucja? Ustawa? Rozporządzenia? A może prawo międzynarodowe?

Sędzia spojrzał na aplikanta i odparł:

– Powiem ci, Józiu, prywatnie, bo cię lubię i widzę przed tobą karierę. Dla sędziego orzekającego najwyższym źródłem prawa jest telefon”.

Z anegdotą koresponduje zaskakująco szczera wypowiedź sędziego Sądu Wojewódzkiego we Wrocławiu Mariana Mizio, który podczas jednej z rozpraw stwierdził wówczas: „Nie będziemy się bawić w ceregiele – nie te czasy. Konstytucja konstytucją, a jak władza nie pozwala, to nie wolno”.

W nagrodę za swoją postawę, w marcu 1983 r. Mizio został powołany do SN. Zresztą pasował do tego grona. W uzasadnieniu wyroku SN wobec dwóch organizatorów strajku w Krakowskich Zakładach Armatur, Jana Blicharza i Stanisława Urbana, można znaleźć taki oto fragment: „Sprawa jest polityczna i jako taka musi być rozpatrywana w aspekcie politycznym, a dopiero na drugim miejscu – prawnym”.

Jaruzelski żąda wyroków

W realizacji wytycznych władz PRL pomogło „oczyszczenie” aparatu podległego ministerstwu sprawiedliwości z osób uznanych za element niepewny; dotyczyło to szczególnie sędziów i prokuratorów. W efekcie pozbyto się kilkudziesięciu z nich, inni – nie sposób dzisiaj określić, jak liczna była to grupa – sami odeszli z zawodu.

Na pozostałych wywierano presję od pierwszych dni stanu wojennego. Już 13 grudnia 1981 r. Biuro Polityczne KC PZPR nakazywało: „Utrzymać psychozę stanu wojennego. Reagować zdecydowanie na przypadki łamania postanowień dekretów i zarządzeń stanu wojennego”.

Podobne były wytyczne I sekretarza PZPR i premiera w jednej osobie, czyli Wojciecha Jaruzelskiego – głównego architekta stanu wojennego. Jak odnotował 17 grudnia 1981 r. w swych dziennikach ówczesny wicepremier Mieczysław Rakowski, jego szef „każdego dnia naciskał, żeby wreszcie zaczęły sypać się wyroki”.

I te rzeczywiście zaczęły się sypać. Chociaż prokuratorzy i sędziowie doskonale zdawali sobie sprawę, że oskarżają i skazują za czyny popełnione w pierwszych kilku dniach stanu wojennego na podstawie prawa, którego wtedy jeszcze de facto nie było. Zdecydowanej większości z nich w niczym to nie przeszkadzało.

Surowe sądy pracy

Inna kwestia, że w sprawach politycznych najczęściej orzekali starannie dobrani, dyspozycyjni sędziowie.

Komitet Helsiński – niezależna organizacja, powołana w 1982 r. i w PRL istniejąca nielegalnie, a mająca monitorować przestrzeganie praw człowieka przez władze – przygotował raport dotyczący pierwszego roku stanu wojennego. Do grona posłusznych, tchórzliwych i „symbolizujących wręcz sądy stanu wojennego” sędziów zaliczył: Helenę Gawlicką, Marię Pszczółkowską-Chłopecką, Helenę Kopytowską (z Sądu Wojewódzkiego w Warszawie), Bogusława Włóczewskiego i wspominanego Mariana Mizio (z Sądu Wojewódzkiego we Wrocławiu), Mieczysława Przybosia (z Sądu Warszawskiego Okręgu Wojskowego), Henryka Mroza (z Sądu Wojewódzkiego w Bydgoszczy), Andrzeja Grzybowskiego, Andrzeja Finkego i Aleksandra Głowę (z Sądu Marynarki Wojennej w Gdyni).

Co ciekawe, adwokaci broniący oskarżonych w procesach politycznych po 13 grudnia 1981 r. twierdzili, że bardziej nieprzychylne w przypadku tego rodzaju spraw od sądów wojskowych okazywały się sądy cywilne. Nie tylko zresztą karne. Adwokat Jerzy Johann wspominał, że „wyjątkowo brudną kartę” zapisały wówczas sądy pracy. „Tak jak w sądzie karnym mogłem czasami liczyć na sukces, na wydanie w miarę łagodnego wyroku z zawieszeniem wykonania kary, na zmianę kwalifikacji, tak w sądach pracy właściwie nie zdarzało się przywrócenie ludzi do pracy” – relacjonował po latach w rozmowie z Marią Dłużewską.

Sześć kar śmierci

Po wprowadzeniu stanu wojennego najsurowsze wyroki były orzekane w przypadku osób, które po 13 grudnia 1981 r. nie zaprzestały działalności związkowej w Solidarności i organizowały strajki oraz inne akcje protestacyjne na terenie dużych zakładów pracy, szczególnie tych uznanych przez władze za zmilitaryzowane. Najłagodniej – o ile można użyć takiego określenia – byli traktowani szeregowi członkowie Solidarności, których aktywność ograniczała się do niezorganizowanej, krótkotrwałej działalności przeciw władzy, np. próby zwołania zebrania czy choćby wywieszenia flagi państwowej.

Wiele spraw rozpatrywano w trybie doraźnym wprowadzonym wraz ze stanem wojennym. W zdecydowanej większości wyroki nie przekraczały trzech lat (w przypadku niespełna 2100 osób), ale zdarzały się surowsze, niekiedy zdecydowanie surowsze. Zapadło także sześć kar śmierci – na szczęście zaocznych. Trzy z nich zostały orzeczone w przypadku „zdrajców” ze Służby Bezpieczeństwa i Wojskowej Służby Wewnętrznej (tj. wojskowego odpowiednika bezpieki), dwa wobec ambasadorów Zdzisława Rurarza i Romualda Spasowskiego, którzy po 13 grudnia 1981 r. „zdezerterowali”, a ostatni wobec Zdzisława Najdera, działacza opozycji, m.in. współzałożyciela Polskiego Porozumienia Niepodległościowego, który w 1982 r. został dyrektorem Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa.

Z kolei najwyższy wyrok za strajk, który zaczął się w odpowiedzi na wprowadzenie stanu wojennego, został orzeczony w przypadku Ewy Kubasiewicz. Za zorganizowanie trwającego ok. 20 godzin protestu w zmilitaryzowanej Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni skazano ją na 10 lat więzienia, a dwie inne osoby – Jerzego Kowalczyka i Władysława Trzcińskiego – na 9 lat.

Za pisanie rymowanek

Niektóre z wyroków, nawet tych najwyższych, zapadły mimo braku jakichkolwiek dowodów winy oskarżonych.

W przypadku uzasadnienia kary śmierci dla Najdera, skazanego przez Sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego za rzekome szpiegostwo na rzecz Stanów Zjednoczonych, w uzasadnieniu wyroku można znaleźć stwierdzenie: „Obiektywnie stwierdzić należy, że nie ma dowodów na to, że osk[arżony] Najder współpracował z wywiadem amerykańskim od 25 lat, choć praktycznie nie jest to wykluczone”.

Z kolei Patrycjusz Kosmowski – przewodniczący Regionu Podbeskidzie Solidarności i członek Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” – otrzymał wyrok sześciu lat więzienia, gdyż sędziowie Sądu Wojewódzkiego w Białymstoku uznali, że „nieprawdopodobnym jest, by oskarżony (...) w jednej chwili [czyli po wprowadzeniu stanu wojennego – red.] zdecydował, że należy zaniechać wszelkiej działalności związkowej”.

W wielu przypadkach kuriozalne były też kwalifikacje czynów. I tak, internowany Edward Antończyk został skazany na karę czterech lat więzienia za „pisanie wierszy, listów i rymowanek zawierających fałszywe wiadomości”. Niestety nie wiadomo, co w tym przypadku uznano za nieprawdziwe informacje.

Natomiast w jednym z najgłośniejszych procesów stanu wojennego – działaczy warszawskiego Radia Solidarność – za „fałszywe wiadomości” uznano m.in. takie stwierdzenia jak: „Żyjemy w kraju, w którym toczy się wojna, którą władze wypowiedziały swemu narodowi” albo „Działalność WRON obraca kraj w ruinę”.

Z kolei Wiesława Kwiatkowska we wspomnianym wcześniej procesie pracowników Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni została oskarżona o „nieodstąpienie” od działalności związkowej po wprowadzeniu stanu wojennego, a także „sporządzanie, gromadzenie, przechowywanie i kolportowanie” ulotek „zawierających wiadomości mogące osłabić gotowość obronną PRL, wywołać niepokój publiczny lub rozruchy”. Natomiast skazana przez Sąd Marynarki Wojennej w Gdyni na karę pięciu lat pozbawienia wolności została de facto jedynie za to, że po 13 grudnia zbierała materiały do książki o masakrze robotników w Grudniu 1970 r. na Wybrzeżu.

Sąd Najwyższy czuwa

Tam, gdzie zbyt łagodne okazywały się niższe instancje, wkraczał Sąd Najwyższy. W ocenie sędziego Krzysztofa Kauby w latach 1982-84 w Izbie Karnej Sądu Najwyższego utworzono zresztą „w sposób nieformalny specjalną sekcję do rozpoznawania spraw politycznych”. Według ustaleń Adama Strzembosza i Marii Stanowskiej najczęściej w pogorszeniu sytuacji oskarżonych uczestniczyli sędziowie: Sabina Pawelec i Wiesław Sutkowski (wobec 38 osób), Ryszard Bodecki i Tadeusz Rybicki (34) oraz Czesław Łukaszewicz (33).

A jednak rządzący i tak nie byli w pełni zadowoleni z funkcjonowania „wymiaru sprawiedliwości” po 13 grudnia. W swym raporcie Komitet Helsiński zauważał: „Sądy, zarówno powszechne, jak i wojskowe, w opinii władzy nie spełniły jednak do końca wyznaczonej im roli”.

Zdarzali się przyzwoici sędziowie, którzy z powodu braku podstaw prawnych do sądzenia odstępowali od wymierzenia kary. Np. Sąd Wojewódzki w Olsztynie na początku 1982 r. uniewinnił jednego z działaczy Solidarności, „powołując się na fakt, że Dziennik Ustaw nie mógł obowiązywać w pierwszych dniach stanu wojennego”. Z kolei Sąd Śląskiego Okręgu Wojskowego, pod przewodnictwem sędziego Józefa Medyka, uniewinnił osoby oskarżone o kierowanie strajkiem w Kopalni Węgla Kamiennego „Piast”.

Gwarancja bezkarności

Jednak były to jedynie odstępstwa od smutnej normy. Podobnie jak samokrytyczna wypowiedź Zbigniewa Gwizdka, sędziego Sądu Apelacyjnego w Katowicach dla „Dziennika Zachodniego” z 2007 r.: „Orzekaliśmy na podstawie nieobowiązującego prawa i to jest bardzo smutne. Nie ma co udawać, ani gdzie indziej szukać winnych (...). Przy orzekaniu zabrakło rozsądku, odwagi, czasu na myślenie. Strach z tamtego okresu we mnie pozostał”.

Po roku 1989 dla środowiska sędziowskiego bardziej miarodajna była jednak zupełnie inna postawa: większość sędziów twierdziła i twierdzi do dziś, że nie ma sobie nic do zarzucenia.

Efektem takiego stanowiska była również kuriozalna uchwała Sądu Najwyższego z 2007 r., praktycznie uniemożliwiająca postawienie przed sądem wolnej już Rzeczypospolitej nawet tych sędziów, którzy w pierwszych dniach po 13 grudnia 1981 r. skazywali na podstawie prawa, którego nie było.

W czasie wydawania tej kuriozalnej uchwały co najmniej dwóch sędziów Izby Wojskowej Sądu Najwyższego – Wiesław Maciak i Jerzy Steckiewicz – mogło być osobiście zainteresowanych, aby sobie zapewnić bezkarność: obaj skazywali po 13 grudnia.

Steckiewicz, który w okresie stanu wojennego orzekał w 26 sprawach, sędzią Sądu Najwyższego pozostaje do dziś. ©

Autor jest historykiem, pracuje w Biurze Badań Historycznych IPN. Zajmuje się aparatem represji PRL, opozycją (głównie Solidarnością), mediami i sportem w PRL, a także stanem wojennym. Autor wielu książek. Ostatnio wydał „Tajemnice stanu wojennego” (2016 r.) i „Tajna historia futbolu. Służby, afery i skandale” (2017 r.).

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 50/2017