Adaptacja wspomnieniowej powieści Azar Nafisi mogła okazać się szczególnie problematyczna w dobie izraelsko-irańskiej wymiany ognia. Bo jakże to – urodzony w Beer Szewie reżyser, po służbie w IDF i przy finansowym wsparciu swojego rządu, bierze na warsztat książkę napisaną przez Irankę. Tyle że mieszkającą dzisiaj w USA i opozycyjną wobec reżymu ajatollahów, co z daleka pachnie izraelską soft power.
„Czytając Lolitę w Teheranie” okazuje się jednak filmem tak bezzębnym i – jak na ironię – bezpłciowym w swojej formie, że trudno wpisywać go w jakieś bieżące konteksty i widzieć w nim polityczną kontrabandę. Poza tym, że w kwestii irańskich kobiet i reżymu ajatollahów stoi po słusznej stronie historii.
Uznany izraelski filmowiec Eran Riklis zobaczył w opowieści irańskiej pisarki, która przed emigracją prowadziła w Teheranie tajny klub czytelniczy dla kobiet, historię uniwersalną. I chyba właśnie ta uniwersalizacja jest problemem filmu, ślizgającego się po powierzchni społeczno-politycznych problemów, portretów psychologicznych czy historycznych wydarzeń. Ale trudno wyobrazić sobie bardziej elektryzujący punkt wyjścia: oto młoda Azar, uzbrojona w doktorat z anglojęzycznej literatury obroniony na amerykańskim uniwersytecie, powraca do Teheranu tuż po wybuchu rewolucji islamskiej.
Ojciec Nafisi, niegdysiejszy burmistrz irańskiej stolicy, trafił do więzienia za czasów szacha (tej informacji akurat w filmie nie ma), nic więc dziwnego, że jego córka szczerze wierzy w społeczną zmianę. Jeszcze nie musi zasłaniać włosów, choć wśród jej studentów są już gorliwi strażnicy kobiecej moralności, a wkrótce dojdzie do zamieszek i aresztowań. Kiedy więc uniwersytet przestaje być przestrzenią swobodnej debaty, zwłaszcza o zachodniej literaturze, i Azar musi opuścić jego mury, nie rezygnuje całkowicie z pracy dydaktycznej. A w połowie lat 90. otwiera swój dom dla „sióstr” złaknionych zakazanej lektury.
Wszystko to zostało opowiedziane w sposób pobieżny i skokowy, zachowując z grubsza książkowy podział na rozdziały: „Wielki Gatsby”, „Lolita”, „Daisy Miller”… Kluczowy jest tu oczywiście Nabokov, jakkolwiek tłumaczenie, że w teokratycznym państwie „wszystkie jesteśmy Lolitami”, także w znaczeniu męskich projekcji, brzmi mało oryginalnie. Uczestniczki tajnych kompletów z literatury przynoszą do mieszkania Azar swoje osobiste historie – tłumionej seksualności, przemocy domowej czy politycznej, nie sposób jednak zaangażować się w którykolwiek z tych wątków.
Podobnie jak w dylematy samej Nafisi prowadzące do dramatycznej decyzji o emigracji. W tle dzieje się ta wielka Historia: wojna z Irakiem, kult męczenników, kolejne wybory i kolejne niespełnione nadzieje. Do tego absurdy systemu, jak oglądanie w kinie pociętego przez cenzurę „Ofiarowania” Tarkowskiego. Tylko dlaczego przez większą część akcji film nie potrafi wyjść poza grzeczną ilustracyjność?
Ciekawszy okazuje się kontekst kinofilski. Na przykład udział aktorek wyklętych przez irański reżym, a dobrze już zadomowionych w europejskim i amerykańskim kinie. Grająca główną rolę Golshifteh Farahani, zanim pojawiła się w „Kurczaku ze śliwkami” (2011) zmarłej niedawno Marjane Satrapi, a potem w „Patersonie” (2016) Jima Jarmuscha, była w Islamskiej Republice wielką gwiazdą, znaną choćby z „Co wiesz o Elly?” (2009) Asghara Farhadiego. Z kolei Zar Amir Ebrahimi, wcielającą się w jedną z czytelniczek „Lolity”, znamy ze szwedzkiego „Holy Spider” (2022) Alego Abbasiego czy z „Tatami” (2023), współreżyserowanego przez nią z innym izraelskim reżyserem, Guyem Nattivem.
Obie aktorki, które spotkały się prawie dwie dekady temu na planie „Shirin” Abbasa Kiarostamiego, mieszkają obecnie we Francji i od lat mają szlaban w swojej ojczyźnie. Zapewne waży on dużo więcej po wystąpieniu w izraelsko-włoskim filmie, gdzie Rzym musiał udawać Teheran, a tamtejszy kampus odtworzono w studiu Cinecittà.
W gruncie rzeczy nie ma o co kruszyć kopii. Dobre intencje i ciekawy materiał wyjściowy w tak doświadczonych reżyserskich rękach i z doborową obsadą to za mało na kino prawdziwie wywrotowe. Słabo też odnajduje się Riklis w celebrowaniu na ekranie siostrzeńskiego buntu, niezależnie od tego, czy wyraża się czytaniem, objadaniem się słodkościami, czy wspólnym tańcem. Zawiodła także podkreślana tu na każdym kroku zbójecka potęga słowa, bo to po prostu film kiepsko napisany, pełen suchych ogólników, płaskich porównań i licznych powtórzeń.
Wołanie o irańską demokrację, zwłaszcza w ustach postępowego reżysera z Izraela, mogłoby być ciekawym materiałem do dyskusji o literaturze (i kinie) ponad podziałami – oraz ewentualnych pułapkach takiego myślenia. Czytając irańską „Lolitę” w Tel Awiwie, nie wyszedł Riklis poza schematy poznawcze czy narracyjne i nawet nazwisko pisarki, firmujące adaptację, nie pomogło. Ci zaś, którzy znają literacki pierwowzór, rozpoczynający się wierszem Czesława Miłosza, bywają w tej ocenie jeszcze surowsi.
I byłby to być może seans całkowicie zbyteczny, gdyby nie finał, kiedy podczas napisów końcowych pojawia się, trochę na amerykańską modłę, materiał archiwalny. Czyli fragment koncertu, na którym Farahani wespół z wokalistą Shervinem Hajipourem i zespołem Coldplay wykonuje „Baraye” – hymn irańskich protestów sprzed kilku lat. Hajipour napisał go po śmierci Mahsy Amini, młodej Iranki aresztowanej za nieprzepisowe noszenie hidżabu i zmarłej w niewyjaśnionych okolicznościach, prawdopodobnie w następstwie pobicia.
Najsłynniejszy irański protest song trafił oczywiście na listę utworów zakazanych, a jego autor do więzienia, lecz udało mu się wyjść za kaucją, podczas gdy piosenka, odtwarzana przez miliony internautów na całym świecie, rychło stała się viralem i zdobyła w 2022 r. nagrodę Grammy.
Przypomnijmy: tekst „Baraye” to lista „intencji” zamieszczanych przez młodych Irańczyków i Iranki w mediach społecznościowych. Układa się w przeszywającą litanię bardzo zwyczajnych tęsknot i pragnień, jakie napędzały jeszcze niedawno wychodzących na ulice. Gdzieś pomiędzy wierszami, obok prawa do tańca i normalnego życia, są też oczywiście książki i wielka szkoda, że ów doklejony epilog aż tak mocno odstaje od fabuły. Do bólu czytankowej i poprawnej, zwłaszcza w zderzeniu z wyśpiewanym skowytem Hajipoura.
CZYTAJĄC LOLITĘ W TEHERANIE („Reading Lolita in Tehran”) – reż. Eran Riklis. Prod. Izrael/Włochy 2024. Dystryb. Aurora Films. W kinach.
Eran Riklis to izraelski reżyser znany dotąd z filmów, które próbowały uczciwie przedstawić sytuację Palestyńczyków, często też z nimi współpracował przy produkcji. Takie tytuły, jak „Drzewo cytrynowe” (2008), „Misja kadrowego” (2010) czy „Mój przyjaciel wróg” (2012) były nagradzane na najważniejszych festiwalach.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











